Oddychamy swobodniej, powoli jedziemy coraz gorszą drogą. Jest w końcu równowaga w przyrodzie. Drogi gorsze, ale klimat jakby przyjaźniejszy. Ciekawostka: zauważyliśmy, że owczarki kaukaskie hasające stadami po stronie rosyjskiej bardzo lubią gonić za motocyklami. Za to te po gruzińskiej raczej uciekają albo co najwyżej przyglądają się ziewając.
Do Stepantsmindy dojeżdżamy ok. 11 w nocy. Zatrzymujemy się żeby wypłacić miejscową kasę z bankomatu i od razu znajduje się nocleg, gruzińska kolacja i rodacy na kwaterze.
11 czerwca zaczynamy od obowiązkowego punktu dla każdej wycieczki w gruzińskim Zakopanem czyli od podjazdu pod Kazbeg i zwiedzenia Cminda Sameba. Potem enduro w deszczu Gruzińską Drogą Wojenną. Na 1 biegu w błocie i w deszczu i tak kilkadziesiąt kilometrów. Połowa czerwca, a na poboczu spokojnie leży sobie śnieg.
Na Przełęczy Krzyżowej spotykamy dwóch Austriaków, którzy wracają z Armenii. Opowiadają nam o przygodzie. Połamali felgę w motocyklu podczas gleby w dziurze zamaskowanej kałużą. Wydawało się, że to koniec wycieczki, jednak poratował ich serwis Yamahy w Tbilisi. Za 60 lari (czyli za jakieś 30 zł) regenerowana felga wygląda i jeździ jak nowa.
Odbijamy na Chewsureti. Droga Wojenna jest dość turystyczna, ale ta na Chewsureti to częściowo grawiejka, pusta, piękna. Wąwozy, źródła. Jedziemy znów bez kasków. W Gruzji wolno. Podobno w tym regionie mieszkają potomkowie rycerzy krzyżowych. W dawnych czasach tutejsi mieszkańcy nie płacili podatków. Wspomagali tylko królów Gruzji wojskowo. Pierwszy napotkany pasterz, zresztą napojony czaczą maksymalnie, rzuca mi się na szyję i chce oczywiście jechać z nami. Ma długie rude włosy i brodę, zielone oczy. Może jest ziarno prawdy w legendzie.
Tommy zaczyna zgłaszać jakieś dziwne dźwięki podczas hamowania. Zaszkodziło hamulcom ekstremalne błoto na Gruzińskiej Drodze Wojennej? Trzeba popatrzeć, ale nie tu. Dokładniejsza eksploracja tego rejonu Gruzji będzie więc następnym razem. Zawracamy na Tbilisi gdzie póki co czeka nas wspaniała supra, gruzińskie toasty i pieśni. Oczywiście wcześniej telefonujemy do Saszy: „dojeżdżamy do Tbliisi, i mamy plan. Sasza ma wybrać knajpę, a my stawiamy kolację. No, ale to jest przecież GRUZJA! Sasza stwierdza, że mamy na niego chwilkę poczekać i kolacja będzie u niego w domu. Na tradycyjnych gruzińskich toastach zeszła nam większa część nocy. Pragniemy tu jeszcze raz podziękować naszemu gospodarzowi za wspaniałą gościnę!
Po konsultacjach z Saszą podejmujemy decyzję żeby nie wracać przez Rosję. Coś zbyt miły był ten oficer na granicy.
12 czerwca znowu trochę zaspaliśmy. Zeszło się do późnego popołudnia zanim się zebraliśmy. I tak nie da się jechać. Wygląda na to, że Yamaha Tommy’ego nie ma już klocków. Przynajmniej z tyłu. Autoryzowany serwis Yamahy w Warszawie zapewnił że klocki są ok. i że spokojnie można jechać następne 10 tys.km. Trochę usprawiedliwia ich fakt, że mało kto zdaje sobie sprawę co to jest Kaukaz dla ciężkiego motocykla typu cruiser. A zresztą kto przy zdrowych zmysłach jedzie na cruiserze na Elbrusa, Bałkarię, drogę wojenną w Gruzji i jeszcze pcha się na koniec świata do Swanetii?
Jak to w Gruzji. Mapa ani adres nie jest do końca konieczny. Tubylcy wskazują nam drogę do wspomnianego przez Austriaków serwisu Yamahy. Sympatyczna obsługa drapie się po głowie, brodzie itd. Klocki do Yamahy generalnie są, no ale nie do takiego modelu. Nie ma problema, zamówią i za trzy tygodnie będą. Ewentualnie w tureckim goradzie Trabzonie załatwi się wszystko. O Trabzonie i legendarnych serwisach motocykli tam się znajdujących słyszę już drugi raz. Pierwszy był rok temu. W Trabzonie już byłem, ale w warsztatach jeszcze nie. Cóż, przy kolejnej okazji. Bardzo chętnie byśmy przystali na 3 tygodnie w Tbilisi, ale urlop (i wątroba) nie pozwala. Chcemy jednak zajrzeć do motocykli więc jedziemy na warsztat.
Mechanik długo grzebie w szafie. Wreszcie z triumfalnym uśmiechem od ucha do ucha wyjmuje oryginalne nówki klocki do Yamahy na tył. Dobra, zmieniamy. Dla porządku zaglądamy jeszcze na przód. Zostało z 1 mm okładzin. Nie dojedziemy na tym nigdzie. Klocków na przód nie ma jednak w szafie. Po krótkich konsultacjach z tym i owym pyta czy zadowolimy się rzeźbionymi. Hę? No tak, jest taki jeden w Tbilisi, który na poczekaniu dorabia klocki do wszystkiego co jeździ.
Biorę stare klocki na wzór i jadę z tubylcami gdzieś na obrzeża miasta. W blaszanym garażu, starszy facet patrzy na klocki i mówi: godzina. Zjechał starą okładzinę do metalu, przynitował i przykleił nową. Za pomocą stołowej szlifierki nadał kształt i grubość jak w oryginale i gotowe. Pasują, a Yamaha dojechała spokojnie do Polski. Dawno temu w ten sposób pracowałem w warsztacie w technikum. Regenerowaliśmy hamulce w autobusach Autosan. Z tą różnicą, że nie używało się kleju. Prawdopodobnie z powodu wystarczającego mocowania za pomocą nitów. Powierzchnia szczęki hamulcowej w autobusie jest wielokrotnie większa. Tak czy owak regenerowane działają jak nówki made in Yamaha!
Dla porządku wymieniam też komplet klocków w Hondzie. Mam zapas, który wiozę z Polski. Przeglądam jeszcze chłodzenie, gdyż cały czas miga mi lampka przegrzania silnika. Wszystko wygląda ok. Dochodzę do wniosku, że musi być walnięty czujnik.
Dziś czeka nas motocyklowy raj. Droga z Tbilisi do Wardzi to jedna z najlepszych dróg motocyklowych jakimi dane było mi jeździć. Takie jakby Bieszczady i zachodnie Tatry w jednym, z tą różnicą, że to jakieś 250 km, idealne zakręty, przez większość trasy idealna nawierzchnia, brak ruchu, widoki niezapomniane. Jak to w Gruzji w zakręty składamy się dopiero gdy widzimy ich koniec. Często w takich miejscach wygrzewają się krowy. Nie brakuje tez świnek, osłów, kur itp.
Późnym wieczorem moczymy już tyłki w gorących źródłach w Wardzi popijając piwo. Gorące źródło, a nad nami bardzo jasne gwiazdy. Nie ma tu jeszcze zbyt wiele cywilizacji, nic nie świeci, to i niebo wydaje się bliższe. Po wspaniałej trasie znowu to co lubimy najbardziej.
Widać jednak zmiany. Poprawiają drogę. Pracują także w nocy. Okolica bardziej ogarnięta niż rok temu. Gorące źródła też. Być może to ostatnie chwile, kiedy można tu pobyć na luzie. Za rok, dwa albo trzy trzeba będzie płacić za wszystko grube pieniądze. Niemniej jednak póki co klimat jeszcze jest.
13 czerwca. Gruzja jest niewielka. Coś jak Słowacja. Postanawiamy przeskoczyć na drugą stronę i zobaczyć jeszcze jedno Zakopane tego kraju, miejscowość Mesti. Na niewielkim dystansie czyli ok. 450 km, zmienna przyroda. Przez Borjomi, Kutaisi docieramy w okolice Senaki. Tu zatrzymuje nas patrol policji. Robimy krótki rachunek sumienia. Co prawda bywało trochę ponad prędkość sugerowaną przez znaki, no ale przecież jechaliśmy bezpiecznie. A tu nic z tych rzeczy. Panowie tylko pytają skąd, dokąd. Aha, jeśli do Mesti, to pokażą chętnie drogę. Pytają czy mamy paliwo. Chętnie pokażą też stację benzynową. Robi się z tego sztafeta. Wzdłuż granic Abchazji zmieniają się 3 razy. Jeden tajniak jedzie za nami cały czas. Kiedy już są pewni, że nie możemy odbić z drogi w góry, żegnają się grzecznie.
Droga do Mesti ma miejscami kiepską nawierzchnię ale w większości to kolejny motocyklowy raj. Takie Alpy, tylko znów pusto. Kilka różnic jest oczywistych. Np. brak oświetlenia w tunelach, pogłowie na drodze, czy od czasu do czasu taxi dżigit style wiozące turystów do Mesti i z powrotem. Jeden z takich dżigitów jedzie wolno pod górę. Gdy widzi zbliżające się motocykle znacznie przyśpiesza. Po chwili jedzie już ponad swoje możliwości. Ścina zakręty, opony piszczą, trochę się nie wyrabia i łapie pobocze nad przepaścią. Turyści w taxi mają coraz bardziej niewyraźne miny. Wreszcie w desperackiej próbie odejścia motocyklom przy zerowej widoczności decyduje się na wyprzedzenie ciężarówki. Okazuje się, że jedzie na czołowe z policją. Ma facet nerwy bo nie odpuszcza. Odpuściła policja hamując awaryjnie i łapiąc pobocze. Ale tylko na chwilę. Moment później widzę koguta w lusterku. Na tym kursie taxi driver pewnie wyszedł na minusie, ale za to turyści będą mieli co wspominać. W końcu to kraj turystyczny i trzeba ich jakoś zachęcić.
Wrażenie robi szczyt Uszba widoczny z drogi. Aż chce się połazić po górach. Na dojeździe do Mesti zaczynają się pojawiać tradycyjne kamienne wieże. Zastanawiamy się nad mentalnością Swaneckich górali. Tu było tak, że nie wiadomo kiedy który sąsiad przyjdzie żeby odrąbać głowę sąsiadowi. Kto nie miał wieży obronnej miał przechlapane. Podobno dopiero prezydent Saakaszwili wytłumaczył im, że lepiej zarabiać na turystach ciągle, niż porywać ich dla okupu.
Mesti więc obecnie w pełnym makijażu. Ma to być wizytówka. Wybudowali nawet lotnisko, żeby turyści mieli łatwiej. I rzeczywiście. Zatrzymujemy się na rynku, idziemy do knajpki, a wszędzie dookoła tłum. Tłum mówi przeważnie po polsku. Drugą nacją, której jest najwięcej są Izraelczycy, potem Rosjanie, Grecy i kilku Niemców.
Szukamy hotelu jadąc powoli po okolicy. W pewnej chwili naprzeciwko wyjeżdżają 2 lekkie enduro. Znów myślimy, że Polacy, ale okazuje się, że Rosjanie. Pytamy o nocleg. Oni, że zaprowadzą nas do hotelu gdzie jak określili wszyscy wieczorami piją wspólnie – oni też. Na naszych ciężkich motocyklach jesteśmy ubrani w koszulki enduro. Rosjanie mają dysonans poznawczy. Zdążyłem tylko krzyknąć żeby jechali spokojnie, bo każdy z nas waży minimum 300 kg więcej od każdego z nich i pojechali. Takiego enduro na naszych maszynach jeszcze nie przeżyliśmy. Jednak daliśmy radę. Po chwili meldujemy się w hotelu. Rosjanie przyjechali całą grupą busem. Motocykle na przyczepce. Śmigają po górach do lodowców i z powrotem. W Gruzji wolno.
Ciekawostka. Młode dziewczyny na recepcji usiłują o czymś dyskutować z lekko wstawionym klientem. On twierdzi, że do jego pokoju klucz ma ktoś inny i tam śpi. One nie rozumieją. On próbuje się dogadać po rosyjsku, a one po angielsku. Całkowity brak komunikacji. Znak czasów. Starsze pokolenie naturalnie porozumiewa się przecież po rosyjsku.
14 czerwca lecimy w kierunku Turcji. Z kraju docierają informacje, że w Turcji niespokojnie. W Stambule może dojść do zamieszek ulicznych i jest groźba wprowadzenia wojska. Przychodzi nam do głowy, żeby w Poti sprawdzić czy jest prom. Okazuje się, że tak. Kupujemy bilety.
Zakupu dokonaliśmy ok. godz. 14. To, że prom odpływa wiadomo. Nie wiadomo jednak dokładnie kiedy. Należy czekać przed biurem gdzie kupuje się bilety na wiadomość. Widzimy, że czekają Gruzini. Mówią, ze prawdopodobnie zaokrętujemy się dziś. Spotykamy Niemca Igora. On czeka już ze 2 dni. Przejechał na Trampku na obrzeżach cywilizacji Turcję i Gruzję. Po chwili dołącza jeszcze 2 bikerów z Bawarii. Ci są już nieco podłamani, bo od zakupu biletów czekają już tydzień i nikt nic nie wie.
W biurze obsługi promu słychać rozmowę telefoniczną:
- A prom?
- Jak przyjedzie to będzie.
- A ile czasu on płynie?
- Dzień, może dwa.
- Kiedy będzie?
- Ja nie wiem, kapitan wie.
- Czemu płynie już 6 dni?
- Nie wiem.
- Czy mógł być na Krymie?
- Może.
- I tu facet mówi do mnie, no tłumaczę, że prom będzie jak przyjedzie, a on nijak nie rozumie! Co za ludzie!
Powoli rozkręca się piknik na krawężniku. Dołączają miejscowi. Nie chcemy, ale przynoszą zaopatrzenie i napoje rozweselające. Trudno odmówić. Gruzini mają ubaw patrząc na coraz większą liczbę panien, które coś za bardzo wymalowane, coś za bardzo na szpilkach i coś za bardzo strzelają oczami. Śmiejemy się, że pojawiają się tak tłumnie, bo liczą na tych ze strefy euro.
Wieczorem podjeżdża bus, który eskortuje nas na prom. Załadunek idzie dość sprawnie. Motocykle przypięte. Kontrola paszportowa odbyta. Zostajemy rozlokowani w 2 kajutach razem z Niemcami. Kontynuujemy zatem imprezę.
15 czerwca rano po obudzeniu stwierdzamy, że statek Gieroj Szybki dalej stoi w porcie. Okazuje się, że czeka nas kolejna kontrola tym razem na promie. Nazywa się to face control. Ta sama grupa celników, którzy sprawdzali nas wczoraj, sprawdzają czy nasze twarze zgadzają się z tymi na zdjęciach w paszporcie.
Stoimy dalej. Nikt nic nie wie. Piwkujemy, opalamy się. Odkrywamy na planie statku, że jest basen. I rzeczywiście na górnym pokładzie jest coś w tym rodzaju. Zatem pływamy. Po chwili okazuje się, ze to zakazane, tak jak i wiele innych rzeczy na promie.
Wreszcie ruszamy. W międzynarodowym towarzystwie (oprócz nas z byłych republik sojuza) podróż mija wesoło. Oglądamy na świetlicy rosyjskie filmy propagandowe. Są dwa rodzaje. Rodzaj pierwszy dotyczy II wojny światowej. Gdzieś na zachodzie Rosji w 1941 roku, w takich miejscowościach jak Kowel, Mińsk itp. toczy się spokojne życie obywateli sowieckich. Nagle łubudu, atakują Niemcy i zwykle zaczynają od rzezi kobiet i dzieci. Chcąc nie chcąc mężczyźni przechodzą do konspiracji. Oczywiście od tej chwili Niemcy zaczynają wymiękać.
Drugi rodzaj filmów zaczyna się tak samo. Tyle, ze czasy współczesne. Gdzieś w Rosji. Nagle atak rakietowy. Zmasakrowane kobiety i dzieci. Atakuje jakiś wróg, ale długo nie wiadomo jaki. Mężczyźni służą przeważnie w armii, muszą tylko szybciej skończyć urlop. Po czasie okazuje się, że atakuje Gruzja. Z wielkim wysiłkiem, ale jednak Rosjanie dają radę. Na koniec jest już humorystycznie. Czołgiści jadą na Tbilisi i denerwują się, że nie mogą przejechać bo po drogach łażą cywile spowalniając ruch.
Drugiego dnia jest już trochę przesyt. Na najbardziej cierpiących wyglądają Niemcy, ale twardo oglądają.
Filmy powodują dyskusje polityczne. Najciekawiej jest z oficerem bezpieczeństwa na pokładzie. Mimo, że formalnie jest obywatelem Ukrainy, twierdzi że to sztuczny twór i tylko kwestią czasu jest kiedy będzie znowu Rosja w takiej lub innej formie. Uważa się zresztą za Rosjanina. Cały czas podpuszcza, że po rozpadzie ZSRR jest u nas gorzej. Po co było psuć, jak nam wszystkim w sojuzie było tak bajkowo. Jak mówi: Federacja Rosyjska tak naprawdę kończy się tam gdzie zatrzymają się nasze czołgi i tylko kwestią czasu jest kiedy zaprowadzimy znów porządek. Nie ma litości dla słabych narodów. Pytam, czy nie lepiej skoncentrować się na rozwijaniu gospodarki, ewentualnie na konkurowaniu z Chinami. Odpowiada, że gospodarczo podyktują nam wszystko cenami surowców, a na Chiny mają taką odpowiedź, że te ostatnie jakby co, znikną z powierzchni planety.
Oczywiście możemy go zagadać, tym bardziej, że przyłączają się Gruzini, ale wrażenie jednak pozostaje. Mimo różnic politycznych, język rosyjski powoduje, że wszyscy rozumieją się na głębszym poziomie. Rosjanie i Gruzini zgadzają się, że wojna w 2008 roku była bez sensu. Można było się dogadać i nie zginęli by młodzi ludzie po obu stronach. Przejścia z polityki na inne tematy odbywają się płynnie. Odpuszczam dalszą dyskusję.
17 czerwca. Śniadanie w stołówce na statku: gotowane ziemniaki, kasza manna, śledź marynowany, świeża cebula, oliwki, herbata. Zbliżamy się do Odessy, a właściwie Ilczewska – to przedmieścia. Błyszczą w słońcu kopuły cerkwi. W porcie karteczkowe i pieczątkowe szaleństwo. Jakakolwiek granica na kołach to bułka z masłem w porównaniu z tym szaleństwem. Po 5 godzinach zdobywania pieczątek i podpisów wyjeżdżamy za bramę portu. Niemcy są jeszcze w szoku. Dziękują nam za pomoc w wypełnianiu przeróżnych druczków. Zdają sobie sprawę, że sami wyjechaliby pewnie po tygodniu.
W sumie podróż promem wraz z formalnościami zajęła nam 3 dni!
Dostajemy zaproszenie do Bawarii i żegnamy się. Ten adres może być przydatny gdyby dla odmiany zachciało nam się jechać na zachód.
Wieczorem lądujemy na znanej już nam miejscówce w Winnicy. Jutro planujemy trochę się pokręcić. Kamieniec Podolski i okolice. Piwko i spać.
18 czerwca sprawnie startujemy. Na ukraińskich drogach czujemy się prawie jak w domu. Lecimy tak przez wertepy gdy nagle gaśnie mi moto. Jesteśmy w pobliżu Tarnopola. Jeszcze przed granicą II Rzeczypospolitej przed skrzyżowaniem z drogą na Kamieniec. Objaw jak za pierwszym razem, jednak reset nic nie daje. Mam całkowicie wyładowany akumulator. Sprawdzam masy, wszystko jest. Palimy na pych. Jadę dalej. Po chwili objaw się powtarza. Diagnoza – nie ma ładowania. Rozważamy różne opcje. Wreszcie Tommy wpada na pomysł, że on będzie ładował akumulator, a ja będę rozładowywał. Jest tylko taki kłopot, że akumulator Tomka nijak nie pasuje do mojego sprzęta. Aby go zaadoptować muszę dokonać istotnych przeróbek motocykla. Jak już wpasowałem akumulator, okazuje się, że zaciski ma z drugiej strony. A to oznacza, że kable są za krótkie. Grubych kabli rozruchowych nie mamy, sztukuję więc z jakichś cienkich. A to znowu oznacza, że nie mogę palić ze startera, tylko zawsze na pych. Odłączam bezpiecznik świateł, żeby prąd był tylko dla silnika, stopu i kierunków. Prowizorka działa. Musimy jednak co jakieś 100 km zmieniać akumulatory. No i staje się jasne, co motocykl sygnalizował od początku podróży.
Odpuszczamy Kamieniec i wjeżdżamy w Galicję Wschodnią. Jedziemy przez dawne Polskie miejscowości: Tarnopol, Brzeżany, Rohatyń, Stryj, Drohobycz, Stary Sambor. Jazda przez te tereny porusza. Zawsze podczas powrotów, gdy jesteśmy już jak w domu, widać że na siłę zacierana jest Polska historia. Nieremontowane Polskie domy, drogi jakby po bombardowaniach sprzed 70 lat nigdy nie były remontowane. Pomniki band upa. Szczególnie przygnębiające wrażenie robi Drohobycz. Mieszkańcy poza głównymi miastami patrzą spode łba i starają się mówić w taki sposób żebyśmy ich nie rozumieli. Wszystko w pięknych okolicznościach przyrody i czasem widać jakieś gospodarstwo które wygląda bardzo swojsko. Gotów był bym się założyć, że na oko można rozpoznać gdzie pozostali dawni mieszkańcy.
Jeśli droga do Wardzi albo do Mesti jest motocyklowym rajem, to drogi Wołynia i Galicji Wschodniej są motocyklowym piekłem. Tu jazda nocą jest absolutnie niemożliwa, a źle umocowany bagaż i plomby w zębach mają małe szanse. Na szczęście Ukraina jest wielka i są tu rejony przyjazne motocyklistom.
Wieczorem jesteśmy na granicy w Bieszczadach. Straż graniczna w postaci płci pięknej wypytuje nas o Gruzję. To jednak nie przesłuchanie. Po prostu dziewczyny marzą o podróży w tamte rejony.
Robi się ciemno i idzie deszcz. Załączam bezpiecznik świateł. Okazuje się, że w ogóle nie mam tyłu. Nic. Brak pozycji, stopu i kierunków. Do Przystani Motocyklowej zostało ze 20 km. Jedziemy więc. W deszczu i zmroku, jadący za mną Tommy mnie prawie nie widzi. Docieramy do Przystani na początku wielkiej burzy. Nawałnica jest taka, że po chwili nie tylko ja jestem bez prądu, ale także cała okolica.
W związku z tym, że nic nie widać odpuszczamy serwisowanie motocykla i wieczór spędzamy przy piwie, polskim chlebie, ogórkach i mielonce. Pycha!
19 czerwca. Jest prąd w Bieszczadach. Przyczyną braku oświetlenia tyłu było połamanie kostki na wertepach po tamtej stronie granicy. Jednak alternator jest zupełnie padnięty i u mnie prądu generalnie brak. Musimy kontynuować podróż do domu zmieniając akumulatory. Robimy jeszcze dużą pętlę, bo nie możemy sobie odmówić.
Wieczorem docieramy do domów.
W trakcie planowania i już w trasie, wielokrotnie modyfikowaliśmy nasze plany. W pierwszej wersji miała to być wyprawa dookoła Morza Czarnego. Po pewnym czasie Szczepan stwierdza, że przez Turcję to będzie nudno i drogo i że lepiej wracać przez Rosję. W tym celu załatwiliśmy dwukrotne wizy rosyjskie. W planach było odwiedzenie Groznego w Czeczeni.
Z powodu gościny w Nalcziku i objazdowi przemytniczych szlaków rosyjskiego Kaukazu odpuściliśmy Czeczenię, ale postanowiliśmy zaliczyć Armenię. Chodziło o to aby dojechać do granicy z Iranem, czyli do końca świata chrześcijańskiego.
Po konsultacji z Saszą zmieniliśmy marszrutę na objazd przez Turcję, Bułgarię, Rumunię, Mołdawię, Ukrainę. W związku z takim obrotem sprawy z trasy wypadła Armenia i granica Iranu.
Po informacji o zamieszkach w Turcji i odszukaniu promu w Potii, zmieniliśmy trasę na prom + Odessa.
Po awarii alternatora odpuściliśmy Kamieniec Podolski.
W sumie przejechaliśmy na kołach ponad 6 000km, plus prom przez Morze Czarne.
Była to kolejna wyprawa życia, podczas której wyżyliśmy się motocyklowo. Spotkaliśmy złych ludzi, ale także dobrych i to w przytłaczającej większości .Tym dobrym, za wszystko z serca dziękujemy. Jeździ się z wielu powodów. Jednym z najważniejszych są spotykani po drodze ludzie. Zobaczyliśmy dużo z tego co planowaliśmy, ale jeszcze więcej pozostaje do zobaczenia. Przemokliśmy i zmarzliśmy. Wyschliśmy i przegrzaliśmy się. Choć nigdy nie wiedzieliśmy gdzie dotrzemy danego dnia, wszędzie było ciekawie. Wszędzie jedliśmy wspaniale dania regionalnych kuchni. Mimo kłopotów technicznych, całość odbyliśmy na kołach.
Kolejna trasa za rok.
Szczepan, konsultacja & cenzura Tommy