Turcja i Gruzja 2012, cz. 2

Po opuszczeniu serwisu czym prędzej kierujemy się na obwodnicę. Chcemy tego dnia odskoczyć na wschód tak daleko jak to tylko będzie możliwe. Udaje nam się tego dnia zrobić jakieś 650km ciągle po bardzo dobrej drodze, w dużej części dwupasmówce a tam gdzie jeszcze drugiego pasa nie ma, to właśnie go budują. Dla porządku należy tylko wspomnieć, że droga przeważnie prowadzi przez tereny górzyste ale chyba nikt tutejszych firm drogowych nie poinformował, że może to stanowić jakąś komplikację bowiem nie sprawiają wrażenia jakby im to przeszkadzało. Widać wyraźnie, że w celu rozwoju danego regionu w pierwszej kolejności tutejsze władze stawiają na drogi i infrastrukturę – reszta przyjdzie i przyjedzie sama bo będzie miała po czym.

W ciągu całego dnia doskonale bawimy się na górskich serpentynach, podziwiamy zapierające dech w piersiach widoki i gramy w ciuciubabkę z burzami. W pewnym momencie stajemy na stacji benzynowej dokładnie w momencie kiedy wokoło rozpoczyna się potężne gradobicie a kilkanaście minut potem jedziemy już w pięknym słońcu i tylko białe pobocza zdradzają, co działo się tu przed chwilą. Ciekawą obserwacją tego dnia jest to, że im dalej na wschód tym bardziej serdeczni i bezinteresowni są ludzie. Przejawia się to m.in. faktem, że praktycznie nie udaje nam się ruszać z kolejnych stacji benzynowych zanim nie usiądziemy na chwilę, nie napijemy się doskonałej herbaty i nie opowiemy kilku słów pt: skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, ile kosztują nasze motocykle itp. itd. Rzecz jasna herbata wszędzie jest bezpłatnie i w dowolnych ilościach.

Tego dnia mamy również szczęście do zwierząt na drodze, z których największe wrażenie robi na nas…

…żółw jak gdyby nigdy nic maszerujący sobie w poprzek jezdni na obwodnicy jakiejś miejscowości. Sympatyczny zwierzak wydaje się nic sobie nie robić z przejeżdżających obok niego ciężarówek i dopiero huk naszych wydechów skłania go do schowania się w muszli. Jakiś czas potem mijamy na środku drogi węża, który wykonuje w moją stronę ruch jakby chciał zaatakować oponę VTXa a na koniec mamy jeszcze okazję prawie że klepnąć po zadku osiołka, który postanawia akurat na szosie wpaść w zadumę nad swoim oślim życiem.

Późnym popołudniem docieramy na przełęcz Kizildag na wysokości 2190m npm. Zimno tu tak, że szczękając zębami szybko robimy sesję zdjęciową i uciekamy przed zbliżającą się burzą, chociaż widok błyskawic na granatowym niebie nad ośnieżonymi szczytami gór robi tak niesamowite wrażenie, że dla niego samego chciałoby się tutaj zostać.

Na dół zjeżdżamy już w strugach deszczu, po ciemku i co gorsza na resztkach paliwa a w dodatku nadal jest cholernie zimno. W końcu trafiamy na stację benzynową Shella a obok spory plac pełen autobusów i jasno oświetlony hotel. Szybko tankujemy i idziemy szukać noclegu. W pełnych strojach motocyklowych, mokrzy, ubłoceni wchodzimy do wielkiej sali na parterze hotelu i… nagle zalega tam cisza. Sala pełna jest ludzi wyglądających na pielgrzymów – odświętnie ubrani mężczyźni, kobiety z zakrytymi twarzami i owinięte w husty i wyróżniający się z tego tłumu kelnerzy (na sali znajduje się wielka stołówka i kawiarnia a w ramach dopełnienia całości duży sklep z tutejszymi dewocjonaliami). Cały ten tłum na chwilę zamiera w bezruchu i patrzy na nas jak na przybyszy z obcej planety. Szczerze mówiąc wcale im się nie dziwię – niech ktoś spróbuje sobie wyobrazić reakcję pielgrzymów w Licheniu gdyby nagle w środku nocy (dajmy na to podczas pasterki) i w szalejącej burzy (u nas niech będzie to zamieć) do bazyliki weszło dwóch gości w turbanach na głowach i z fajką wodną po pachą i spytało się czy tu jest jakiś hotel :-) . Co prawda hotel z restauracją to jeszcze nie bazylika ani meczet ale najwyraźniej trafiliśmy do jakiegoś miejsca kultu.

Szybciutko załatwiamy formalności w recepcji hotelu, dostajemy pozwolenie na wprowadzenie motocykli na zadaszony taras przed głównym wejściem i wkrótce odświeżeni meldujemy się w stołówce na kolację. Poza doskonałym jedzeniem herbata oczywiście w dowolnych ilościach i za darmo. W przewodniku wyczytujemy, że rejon przez który właśnie przejeżdżamy  (okolice Refahiye) to najzimniejsze miejsce w całej Turcji a sezon narciarski kończy się w tej okolicy w maju. Dzisiaj jest 31 maja co wiele wyjaśnia w kwestii temperatury :-)

Na koniec wypada wspomnieć o wyposażeniu samego pokoju: otóż na stoliczku złożony jest kocyk (ręcznik?) mający służyć jako dywanik do modlitwy, na nim ułożony coś jakby różaniec a na suficie pokoju przyklejona strzałka, którą interpretujemy jako kierunek, w którym należy się zwracać w trakcie modlitwy, chociaż napis na strzałce w naszym języku kojarzy się zupełnie inaczej. Klimatu całości dopełnia program telewizyjny w stylu TV Trwam i śpiewy muezina za oknem. Nawet nie czujemy kiedy zasypiamy.

Następnego dnia rano wyruszamy dalej w kierunku Gruzji odległej już tylko o jakieś 300km. Dobry humor psują mi lagi, których naprawa okazuje sie skuteczna na bardzo krótko – najpierw niestrawności dostaje prawa a niedługo potem już obydwie rzygają olejem jakby serwisu wcale nie było. Cóż, szczerze mówiąc nawet nie ma o co mieć pretensji do warsztatu w Ankarze – w końcu z jakiegoś powodu do motocykli produkuje się części motocyklowe a nie kupuje uszczelki w sklepie hydraulicznym. Chłopaki chcieli dobrze i się starali ale nie wyszło. Tak czy inaczej jest już zdecydowanie za późno, żeby zawracać więc kontynuujemy z nadzieją, że damy radę znaleźć jakiś warsztat w Gruzji. Wiemy, że w Tbilisi jest klub motocyklowy i liczymy na to, że uda się ich jakoś namierzyć. Wraz z upływem kolejnych kilometrów tarcze hamulcowe mam coraz dokładniej nasmarowane a droga przez góry do najprostszych nie należy. Dochodzę do coraz większej wprawy w pokonywaniu winkli wisząc niemal całym ciałem po wewnętrznej w celu utrzymania motocykla możliwie pionowo – w ten sposób sterowność przy odczuwalnie słabszym tłumieniu pozostaje na przyzwoitym poziomie. Tego dnia zawadzamy delikatnie o północny Kurdystan i wyraźnie widać oznaki napięcia – mijamy dużą ilość baz wojskowych otoczonych zasiekami i stanowiskami ogniowymi zabezpieczonymi workami z piaskiem, na drogach co jakiś czas spotyka się uzbrojone pojazdy patrolowe (taka niewielka opancerzona terenówka mająca na dachu wieżyczkę z karabinem). Późnym popołudniem pokonując po drodze przepiękne kaniony jakby żywcem wyjęte z westernów i najwyższy punkt naszej wyprawy – przełęcz Ilgar Dagi Gecidi na wys. 2550m, a także zaliczając po drodze bliskie spotkanie z turecką drogówką docieramy w końcu do granicy turecko-gruzińskiej.

I tu słów kilka o przebiegu samej kontroli policyjnej, gdyż klimacik jest to dość niezwykły. Otóż w Turcji podobnie jak w Polsce na drogach sporo jest znaków ostrzegających przed kontrolą radarową i tak jak u nas większość znaków jest pusta – tzn żadnego radaru za nimi nie ma (w Turcji nie ma nawet atrap). Tym niemniej jakieś 20% znaków ma pokrycie w postaci samochodu, oznakowanego bądź nie, który nie zatrzymuje nikogo a tylko mierzy prędkość. 2-3 km dalej ruch na dwupasmówce skanalizowany jest do jednego pasa przy pomocy plastikowych pachołków, stoi znak ograniczenia prędkości do 20km/h i policjant wyłuskuje z kolejki pojazdów co któregoś i zaprasza na rozmowę. Tak też dzieje się z nami: zostajemy zaproszeni do zatoczki i młody policjant gestem ręki nakazuje wyłączenie silników. Następnie z uśmiechem wita nas uściskiem dłoni, zapytuje uprzejmie skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, co to za motocykle i czy podoba nam się w Turcji itp itd. Potem nakazuje zabrać dokumenty i iść za nim. Zapewne nieprzypadkowo miejsce zatrzymania znajduje się dokładnie naprzeciw posterunku, przed którym w zaciszu altanki przy dymiącym grillu i parującym samowarze siedzi przy stoliku komendant i wypisuje ‘dyplomy’. Obok w cieniu drzewka odpoczywa policjant w kamizelce i z pistoletem maszynowym w ręku – to zapewne na wypadek gdyby znalazł się ktoś, kto zupełnie nie ma ochoty na zapoznanie się z komendantem. I tu znowu uprzejma rozmowa: a skąd? a dokąd? a dlaczego motocykle? a czy mamy rodziny? a dzieci? a jak tam EURO2012 – czy Polska wygra z Grecją? itp itd. Próbował zacny komendant pogadać trochę więcej ale jego angielski ograniczył się do stwierdzenia: polish driver no problem!, Turskich driver oh Allah Allah!W międzyczasie nasze ‘dyplomy’ są wypisane i zostajemy skierowani do kasy celem uiszczenia opłaty. Nagroda w naszym przypadku wynosi po 120 TLR od głowy (jakieś 240 PLN) co w porównaniu do stawek, o których czytaliśmy w różnych relacjach naszych poprzedników nie wydaje się być strasznie wygórowaną sumą.

Tymczasem wjeżdżamy do Gruzji i wrażenie jest trochę takie jakbyśmy przenieśli się nagle z Mordoru do krainy Elfów. Podczas gdy po stronie tureckiej krajobraz jest surowy, góry są piękne ale puste i prawie pozbawione roślinności to po stronie gruzińskiej zieleń aż kipi a osady ludzkie mijamy jedną za drugą a wszędzie przy drodze pełno ludzi i wszyscy uśmiechnięci, pozdrawiają nas i w ogóle wygląda to niezwykle sympatycznie. Drogi też są zaskakująco dobre jeśli chodzi o jakość nawierzchni ale bardzo szybko orientujemy się, że poszaleć to tu nie można z bardzo prozaicznego powodu – otóż za każdym winklem można się spodziewać swobodnie spacerujących krów, koni, kóz, świń i wszelkiego innego inwentarza, który poza tym że spaceruje to i zostawia po sobie pamiątki, na których ślizg jest o tyle łatwy co i potencjalnie mocno obciążający psychikę. Na wieczór dojeżdżamy do miejscowości Vardzia, w której znajdują się ruiny średniowiecznego skalnego miasta. Oczywiście nasze motocykle wszędzie gdzie się zatrzymujemy wzbudzają sensację – motocyklistów w ogóle jest tu niewielu a już na cruiserach to chyba jesteśmy jedynymi nie-Gruzinami. Rozbijamy się z namiotami na polance obok knajpki, która leży praktycznie naprzeciw skalnego miasta po drugiej stronie rzeki i spędzamy bardzo przyjemny wieczór racząc się znakomitym szaszłykiem i zimnym piwkiem okraszonymi konwersacją z miejscowymi.

Spanko w namiotach przy szumiącym potoku jest fantastyczne i z samego rana jesteśmy rześcy i gotowi na zwiedzanie Vardzi. Niestety okazuje się, że otwierają dopiero za dwie godziny ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – główna atrakcja tego miejsca to termalne źródła. Bierzemy ręczniki, kąpielówki i dziarsko idziemy do znajdującego się nieopodal ‘local SPA’ czyli zardzewiałej, rozpadającej się budy stanowiącej bez wątpienia smutny skansen epoki dawno i słusznie minionej za to z fantastycznym widokiem na Vardzię. W środku znajduje się murowany basen i ‘poradziecko’ wyglądająca instalacja zbudowana z zardzewiałych rur i jakiegoś bojlera zupełnie nie wiadomo w jakim celu wykonana. Zresztą cel przyświecający tamtejszym hydraulikom średnio nas zajmuje gdyż albowiem z rury leci woda prosto z wnętrza ziemi – ma tak na oko z 50 st Celsiusza i zalatuje siarkowodorem, że aż miło ;-) Szybki prysznic, podłączamy do rury leżącego nieopodal szlaucha i tym zaawansowanym technicznie sposobem kierujemy źródło prosto do basenu. Woda w basenie szybko osiąga przyjemną temperaturę co pozwala nam spędzić na moczeniu się dobrze ponad pół godzinki. Być może jest to jedna z ostatnich okazji w życiu, żeby z tego SPA w tej formie skorzystać. W Vardzi widać już wpływy zachodniego stylu zagospodarowywania atrakcji turystycznych i zapewne wkrótce znajdzie się ktoś kto zechce starą budę rozebrać, odnowić basen i pobierać grube ilości Euro za możliwość popławienia się w termalnych źródłach z widokiem na skalne miasto. Tymczasem my mamy to zupełnie za darmo i z nielimitowanym czasem.

Za wstęp do skalnego miasta trzeba już zapłacić ale obydwaj jesteśmy zgodni, że mimo wszystko warto. Biorąc pod uwagę, iż w XIII w 2/3 miasta zostało zniszczone w wyniku trzęsienia ziemi, to co pozostało budzi szacunek dla ludzi, którzy przed wiekami zdecydowali się tu osiedlić. Labirynt korytarzy, pomieszczeń, schodów wydrążonych w litej skale jest imponujący. Widać pozostałości po prawdopodobnie urządzeniach sanitarnych, spiżarniach, ołtarzach, kuchniach itp. W czasach swojej świetności musiało to być bardzo gwarne i kolorowe miejsce a w dodatku znakomicie zorganizowane i praktycznie niemożliwe do zdobycia. Do zwiedzania udostępniona jest jedynie część miasta, gdyz w pozostałej nadal żyją mnisi. Jeden z nich podchodzi do naszego obozowiska w jakiś czas potem i po krótkiej rozmowie okazuje się, że ma kolegę motocyklistę w Tbilisi. Na wieść o naszych problemach technicznych łapie za komórkę i po chwili mamy kontakt do niejakiego Akakiego, który z pewnością będzie mógł nam pomóc. Jeszcze z Polski mamy również kontakt do Saszy, który w Polsce robił doktorat, także pełni pozytywnego nastawienia zwijamy obozowisko i wyruszamy w drogę. O tym, że za nocleg nie musimy nic płacić nie trzeba nawet wspominać – przecież to Gruzja :-)

Droga do Tbilisi jest wspaniała – dobrej jakości asfalt i setki zakrętów. Po prostu motocyklowy raj. W Tbilisi kontaktujemy się telefonicznie z Saszą i ustalamy miejsce spotkania. Wkrótce pojawia się kolega Saszy, który tłumaczy nam jak w plątaninie jednokierunkowych wąskich uliczek dojechać pod konkretny adres. Jedziemy i po chwili jestem świadkiem zdumiewającej sceny – otóż brat mój zatrzymuje się obok jakiegoś gościa, który po krótkiej rozmowie ładuje mu się na stopa siadając na baku niczym na ramie roweru i wskazuje dalszą drogę.  Kłopot w tym, że jakoś nijak nie pasuje ona do tego co przed chwilą kolega Saszy nam tłumaczył. I faktycznie – po chwili Jacek zatrzymuje się i strząsa motostopowicza na chodnik jak natrętną muchę. Wracamy kawałek i wkrótce zajeżdżamy na podwórko kamienicy, w której mieszka Sasza. Okazało się, że nasz niedoszły przewodnik po prostu chciał nas wykorzystać jako darmowy transport. Zatrzymał Jacka jak dobrego znajomego i na pytanie, czy jest od Saszy powiedział, że oczywiście i że pokaże nam drogę. Dopiero dwie przecznice dalej Szczepan zorientował się, że facet jest na mocnej bańce i być może zna jakiegoś Saszę ale z pewnością nie tego, którego szukamy my.

Sasza ze wszystkich sił stara się nam pomóc – dzwoni do Akakiego a następnie po wszystkich kontaktach jakie udaje mu się zdobyć ale niestety – po pierwsze jest akurat niedziela i wszystkie warsztaty są pozamykane a po drugie, nawet jeżeli jakikolwiek byłby otwarty, to raczej nie ma co liczyć, że będzie tam jakikolwiek kompetentny mechanik potrafiący zrobić cokolwiek sensownego z cieknącymi uszczelniaczami VTXa. Decydujemy , że dalsze poszukiwania w Tbilisi nie mają sensu i jedziemy do Gori – tam mamy kontakt do polskich żołnierzy z kontyngentu UE mającego za zadanie obserwację przestrzegania rozejmu pomiędzy Gruzją a jej zbuntowaną republiką Osetią Płd (czyli de facto rozejmu pomiędzy Gruzją a Rosją, gdyż to jej żołnierze stacjonują w Osetii). Gdzie jak gdzie ale u żołnierzy jakiś warsztat powinien być. Po drodze na autostradzie spotykamy miejscowych bajkerów, którzy szybko pozbawiają nas złudzeń – ich zdaniem najbliższy warsztat dysponujący jako taką kulturą techniczną znajduje się w … Trabzonie w Turcji, jakieś 300km od miejsca gdzie aktualnie się znajdujemy. Nasi rodacy w Gori wkrótce to potwierdzają i wygląda na to, że nie ma wyjścia – będę musiał wrócić do Polski tak jak jest bo czas nam się kończy a w to, że w Trabzonie akurat będą mieli na składzie oryginalne uszczelniacze jakoś trudno mi uwierzyć. Cóż, trochę ponad 4 tys km praktycznie bez tłumienia i z tarczami nasmarowanymi olejem… ehhhh, co to dla mnie, nie takie rzeczy ze Śwagrem po pijanemu… ;-)

Skoro sprawy techniczne zostały wyjaśnione to wreszcie można oddać się przyjemnościom cielesnym. Idziemy posmakować gruzińskich specjałów – chinkali i chaczapuri. W ramach komentarza co do smaku tych dań mogę powiedzieć tylko jedno: z całą pewnością wrócę jeszcze kiedyś do Gruzji chociażby tylko po to, żeby znowu to do gęby włożyć. Chinkali z mięsnym farszem to po prostu bajka, mniam, mniam ;-) Nocne Polaków rozmowy trwają do późna w nocy i upewniają nas w przekonaniu, że tym razem to zdecydowanie za krótko i musimy tu jeszcze wrócić.

Poranny przegląd moto wykazuje kolejny problem – otóż VTX zgubił cały płyn chłodniczy. Tym razem przyczyna okazuje się prozaiczna: zbiorniczek wyrównawczy znajdujący się przed tylnym kołem najprawdopodobniej oberwał jakimś kamulcem i po prostu nabawił się niewielkiej dziury. Sprawa zostaje rozwiązana przy pomocy pasty epoksydowej zabezpieczonej dla wszelkiej pewności srebrną taśmą (po raz kolejny okazuje się, że epoksyd i srebrną taśmę tak jak trytytki i kawałek sznurka motocyklista zawsze powinien mieć ze sobą ;-)). Po kilku godzinach pięknej drogi dojeżdżamy do Batumi. Od razu widać, że nawet za czasów ZSRR był to dobrze dofinansowany kurort dla sowieckich notabli. Promenady obsadzone palmami, wille w kolonialnym stylu i parki z dostępem do plaż bez większego problemu mogłyby udawać jakieś Malibu czy inny słoneczny patrol. Po niektórych widać konieczność remontu, niemniej jednak ogólne wrażenie jest bardzo pozytywne. Chwilowy postój na zrobienie fotek przyciąga tłum gapiów, także zwijamy się czym prędzej nie chcąc ryzykowac oskarżenia o zwołanie nielegalnego zgromadzenia :-)

Przejście graniczne pomiędzy Gruzją a Turcją zaraz za Batumi to istny koszmar. Z 3 kolejek po stronie gruzińskiej w obrębie terminalu robi się jedna, okienek w których trzeba się zameldować i pokazac dokumenty 4 albo 5 i to wszystko w palącym słońcu na betonowym placu. Od góry żar słońca, od spodu żar silnika, z boku żar od samochodów z włączona na full klimą. Cała przeprawa to dobrze ponad godzinę. Wyjeżdżamy z granicy jak z jakiejś sauny i gonimy na wschód po drodze rozglądając się za jakimś noclegiem. Myliłby się ten kto by sądził, że nic prostszego niż naleźć nocleg nad brzegiem Morza Czarnego gdzie jeden kurort goni drugi. faktycznie jedziemy cały czas wzdłuż plaż i promenad ale wszystkie hotele są po drugiej stronie szosy (a to rzecz jasna dwupasmówka bez skrętu w lewo a po prawoskręcie to cholera wie jak dalej jechać, żeby do hotelu trafić) a poza tym kempingów po prostu nie ma. W ten sposób poszukując noclegu jedziemy a w międzyczasie kończy nam się dzień. Wreszcie trafiamy na szyld – Hotel, Camping – zajeżdżamy i… okazuje się, że jesteśmy jedynymi potencjalnymi gośćmi, proponowana cena jak za 4* co najmniej, karta nie działa a motocykle musielibyśmy zostawić na parkingu niestrzeżonym 100m od naszego pokoju. Czym prędzej spadamy z tego miejsca. Kolejna próba kilkanaście km dalej i podobny rezultat – hotel owszem jest ale po drugiej stronie dwupasmówki a motocykle możemy zostawić obok knajpy ale przy naszym pasie – odpada, jedziemy dalej. Tym sposobem przejeżdżamy już całkowicie po zmroku dobre 200km i ostatecznie lądujemy w hotelu ** położonym po właściwej stronie drogi i z parkingiem na wprost recepcji. Prosimy o pokój dwuosobowy a dostajemy dwa klucze.

- I wanted double room, not two rooms

- Double room – problem, Sir

Ok, niech mu będzie, cena sumarycznie ta sama to mogą być i dwa pokoje. Wchodzimy do pierwszego i co się okazuje? Otóż w pokoju są trzy łóżka.

- Hey, mister, there are 3 beds here so what is the problem with double room?!??!

- Double room – problem, Sir.

Wygląda na to, że nic nie wskóramy. Dochodzimy do wniosku, że ‘problem’ oznacza w tym wypadku uprzejmie okazaną niechęć do kwaterowania dwóch facetów w jednym pokoju ;-) Kiedyś w życiu już spotkałem się z czymś podobnym, gdy będąc w podróży poślubnej po Cykladach z moją cały czas kochaną żoną odmówiono nam sprzedaży jednej kabiny na promie bo w paszportach mieliśmy jeszcze inne nazwiska. Widać tu na południu tak dba się o moralność :-)

Dzień podsumowujemy znakomitym jedzeniem w lokalnym barze, który wyróżnia się delikatnym syfem, atmosferą nieco gęstą od oparów tłuszczu i dymu fajek ale za to jest pełen ludzi w odróżnieniu od kompletnie pustych okolicznych restauracji udających wysoki standard.

Pyszne śniadanko wraz z nieśmiertelnym czajem spożyte na tarasie na dachu hotelu z widokiem na wybrzeże nastraja nas bardzo dobrze na kolejny dzień jazdy. Dobry humor poprawiamy sobie jeszcze bardziej kąpielą w morzu – woda trochę jeszcze zimna ale przyjemność po tylu dniach w siodle wprost nieziemska. Po drodze w pewnym momencie mamy wrażenie, jakby przeniosło nas do jakiegoś Wietnamu albo Chin – wzdłuż drogi po horyzont ciągną się pola ryżowe i jedyne czego brakuje do dopełnienia obrazu to robotników w charakterystycznych spiczastych kapeluszach. Pod wieczór dojeżdżamy do Stambułu i decydujemy się na nocny tranzyt przez aglomerację. Okazuje sie to być bardzo dobrym pomysłem, bowiem już po godzinie z niewielkim hakiem zabudowania zaczynają się przerzedzać i wyskakujemy na autostradę prowadzącą do Edirne na granicy turecko-bułgarskiej. Pomimo późnej pory decydujemy się kontynuować jazdę i około północy meldujemy się w tej samej knajpie, w której spędziliśmy pierwszą noc w Turcji równo tydzień temu – tego dnia za nami coś około 1200km. Powitanie mamy bardzo serdeczne a widok opadniętej szczęki kucharza bezcenny. Za resztę zapłacimy Mastercardem :-)

Dalsza trasa to czysty tranzyt z założeniem, że noc spędzimy w Belgradzie. Z ciekawostek po drodze warto wspomnieć ‘dezynfekcję’ na granicy bułgarskiej. W czasach słusznie minionych taka ‘dezynfekcja’ polegała na konieczności przejazdu przez rów wypełniony jakąś breją o niewielkiej zawartości wody. Teraz w ramach ‘unowocześnienia’ dół z breją został zakryty kratką spod której tryska jakiś płyn o zapachu ‘zielonego jabłuszka’ i nie ma żadnej możliwości, żeby tą ‘atrakcję’ ominąć.

Na obiad zatrzymujemy się w knajpie motocyklowej na końcu ‘obwodnicy’ Sofii. Knajpa jest tak samo ‘motocyklowa’ jak owe wertepy, które właśnie pokonaliśmy po raz drugi podczas tej wyprawy są ‘obwodnicą’. Wystrój jest jak najbardziej amerykański, przed knajpą stoją motocykle, w środku jakiś custom, tabliczki ‘choppers parking only’ itp gadżety i tylko jeśli chodzi o motocyklistów to w całej knajpie jest … 2 (słownie: dwóch) – tzn ja i mój brat :-). Cała reszta motocykli to eksponaty wystawione przez właściciela a większość gości stanowią miejscowi lanserzy obwieszeni złotymi łańcuszkami, w towarzystwie cycatych lalek Barbie, którzy przyjechali tu różnej maści tuningowanymi autami na wypolerowanych na błysk felgach. Klimat niepowtarzalny. Nawet warszawska Hard Rock Cafe wysiada ;-)

Do Belgradu dojeżdżamy wieczorem ganiając się po drodze z frontami burzowymi. Czasami my jesteśmy górą a czasami przyroda pokazuje nam gdzie nasze miejsce. Po krótkich poszukiwaniach udaje nam się znaleźć tani hotel w samym centrum miasta – gdyby ktoś kiedyś poszukiwał bezpiecznego i taniego noclegu z podziemnym strzeżonym parkingiem to: http://www.slavijahotel.com/slavijahotel/slavijaab/indexabe.php. Belgrad jest bardzo ładnym miastem, pełnym życia, pomimo późnej pory na ulicach widać mnóstwo ludzi, pełno pubów, knajpek itp. Aż chciałoby się zostać tu trochę dłużej ale niestety – nam starcza czasu jedynie na dwa kebaby (notabene łatwiej o kebaba w Belgradzie niż w Turcji ;-)) i wracamy do hotelu. Następnego dnia czeka nas już tylko ‘spacerek’ do Rzeszowa, dokąd docieramy pod wieczór i lądujemy w gościnnych progach zaprzyjaźnionego Red Zone. Jasiu – pozdrawiamy i dziękujemy jeszcze raz za gościnę :-)

Po powrocie do domu liczniki naszych motocykli pokazują o ok. 8500km więcej. Jak na 12 dni podróży wynik jest, wydaje mi się, całkiem niezły. Czy było warto? Z całą pewnością tak. Czy pojedziemy tam ponownie? Na pewno tak, tylko następnym razem postaramy się tak ułożyć program, żeby więcej czasu było na zwiedzanie i ‘smakowanie’ mijanych krain a nie tylko na samą jazdę. Jedno jest pewne: po raz kolejny przekonaliśmy się, że cruiserem można dojechać praktycznie wszędzie gdzie się tylko chce. Jedynym warunkiem jest tylko to, że trzeba chcieć.

Bracie, dzięki za fantastyczną przygodę!

Aha, i jeszcze jedno: po drodze znowu się zakochałem i w moim garażu od kilku dni parkuje nowa wybranka. Na imię jej Valkyrie :-)