Dzień 6 – Stoj! Fotoaparat prigatow i idi ka mnie!
Plan na ten dzień był taki, żeby po Petersburgu i okolicach pojeździć na motocyklach, ale lejący od rana deszcz szybciutko nas przekonuje, że nie należy być niewolnikiem własnych planów. Metrem dojeżdżamy do stacji Moskowskaja, skąd marszrutką wkrótce docieramy do miejscowości Puszkin. Tu w otoczeniu pięknego parku stoi jeden z najsłynniejszych pałaców Europy – Царское Село czyli ‘letni domek’ pewnej Niemki ze Szczecina, której udało się zawładnąć Rosją i sporą częścią XVIII wiecznego świata, szerzej znanej jako Caryca Katarzyna II Wielka (lata panowania 1762-1796).
Wstęp do parku jest płatny 100 rubli, a bilet należy zachować, gdyż bez niego nie sprzedadzą później biletu do pałacu. Możliwość zwiedzania pałacu jest regulowana godzinami i żeby dostać się do środka trzeba swoje odstać w całkiem niemałej kolejce. W związku z tym, że ciągle pada postanawiamy, że zamiast moknąć bez ruchu zwiedzimy sobie park, a potem jakoś się do pałacu dostaniemy. Robimy rundę po parku, który wyglądem przypomina nieco nasze Łazienki tyle, że jest kilkukrotnie większy. O określonej godzinie stajemy w kolejce do pałacu, która podczas naszej nieobecności znacznie urosła, ale stojąca przed nami przewodniczka turystyczna zapewnia nas, że wcale nie jest taka duża jak się wydaje i na pewno szybko pójdzie. Zwiedzanie pałacu teoretycznie jest podzielone na czas dla turystów indywidualnych i czas dla grup zorganizowanych, ale w praktyce wygląda to tak, że w kolejce dla turystów indywidualnych stoją przewodnicy, a jak ochroniarze zaczynają wpuszczać do pałacu to wokół takiego przewodnika nagle pojawia się cała grupa ‘turystów indywidualnych’ i kolejka wyglądająca np. na 30 osób nagle potrafi urosnąć do 150. Ciekawostką przez nas zaobserwowaną jest fakt, że mimo wszystko ludzie stoją spokojnie i grzecznie czekają na swoją kolej – wszyscy poza Francuzami i Amerykanami. Te dwie nacje wrzeszcząc w swoich językach i po chamsku rozpychając się łokciami prą do przodu nie patrząc czy na drodze jest dziecko, osoba starsza czy niepełnosprawna – oni i tak muszą być pierwsi. Ciekawe, że i jedni i drudzy jak ich zapytać to zapewne będą twierdzili, że najmniej cywilizowaną częścią Europy jest wschód…
Pałac w środku jest wręcz oszałamiający. Kolejne zwiedzane komnaty kapią od złota, a olbrzymia ilość luster potęguje jeszcze wrażenie niesamowitego przepychu i bogactwa. Wrażenie dzisiaj jest bardzo mocne, a te 200 lat temu musiało wręcz powalać. Słynna bursztynowa komnata zrekonstruowana kilka lat temu objęta jest całkowitym zakazem fotografowania i filmowania i trzeba przyznać, że zakaz ten jest egzekwowany przez strażników. Jedyną możliwością cyknięcia fotki jest zrobienie tego bez flesza i z sąsiedniego pomieszczenia, ale i tak warto. Bursztynowy wystrój jest rzeczywiście przepiękny – warto tam pojechać i zobaczyć to na własne oczy.
Po wyjściu z pałacu kierujemy się do bramy parkowej. Kiedy tylko wychodzimy na ulicę nagle dobiega nas nieznosząca sprzeciwu komenda:
- Stoj! Fotoaparat prigatow i idi ka mnie!
Komendę wydaje jedna ze skądinąd uroczych dziewczyn w paradnych mundurach i zanim się orientujemy o co chodzi lądujemy każdy w objęciach swojej ‘kamandirki’, a aparat w rękach ich czujnego kolegi, który natychmiast zaczyna strzelać fotki. Dziewczyny uśmiechając się zalotnie szczebioczą coś w swoim śpiewnym języku i jednocześnie ustawiają nas do coraz to nowych ujęć. Gdzieś między wierszami pada stawka za ujęcie i zanim udaje nam się dojść do głosu i przerwać to pozowanie okazuje się, że jesteśmy im winni po kilkaset rubli od głowy. Chcąc nie chcąc wyskakujemy z gotówki i spadamy. No dobra, może i nie wyrywaliśmy się tak bardzo z tej sesji, ale w wersji dla naszych żon niech zostanie tak jak napisałem powyżej.
Marszrutką wracamy do Petersburga i idziemy w miasto. Oczywiście żelaznym punktem programu jest ulica Newski Prospekt (Невский проспект). Idąc w kierunku Ermitażu na jednej z kamienic po prawej stronie ulicy znajduje się taki oto napis: Граждане! При артобстреле эта сторона улицы наиболее опасна! (Obywatele! Przy obstrzale artyleryjskim ta strona ulicy jest najniebezpieczniejsza). Jest to oryginalny napis z czasów blokady Leningradu przez Niemców podczas II Wojny Światowej pozostawiony na murze jako pamiątka tamtych czasów. Zwiedzanie Ermitażu świadomie odpuszczamy z braku czasu i idziemy do Muzeum Etnologii, gdzie najbardziej interesuje nas tzw. Kunstkamera Piotra Wielkiego czyli, innymi słowy, gabinet osobliwości albo raczej różnego rodzaju patologii występujących w naturze. Można tam obejrzeć mniej lub bardziej drastyczne eksponaty w słojach z formaliną. Rzecz dla ludzi o mocniejszych nerwach i raczej na czczo. Z muzeum po krótkim spacerze docieramy do Twierdzy Pietropawłowskiej. Z ciekawostek warto wspomnieć, że do 1917 r. w twierdzy mieściło się więzienie polityczne, w którym siedział m.in. Tadeusz Kościuszko. W twierdzy zwiedzamy wystawę pt. ‘Tajny Da Vinci’ z modelami maszyn wg planów słynnego Włocha. Można tam obejrzeć m.in. czołg i karabin maszynowy, ale również scenę malowania ‘Ostatniej Wieczerzy’ w skali 1:1 ustawioną z figur woskowych.
Po twierdzy przychodzi czas na krótką sesję fotograficzną przy krążowniku Aurora – z bliska wcale nie robi on groźnego wrażenia, a jednak strzałem ze ślepaka zapoczątkował rewolucję bolszewicką. Co owa rewolucja znaczyła dla sporej części świata chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba. Czujemy już w nogach te przespacerowane kilometry i postanawiamy poszukać miejsca na kolację. Po drodze oglądamy jeszcze (niestety tylko z zewnątrz bo już zamknięta) tzw. Cerkiew na Krwi (Храм Спаса на Крови). Przepiękny, kolorowy budynek jakby żywcem wyjęty z rosyjskich kreskówek o carach i księżniczkach, które za naszego dzieciństwa leciały w TVP. Obok cerkwi znajduje się, niestety również zamknięte (chyba nawet w likwidacji), muzeum motoryzacji – szkoda, na osłodę zostaje nam jedynie złoty Hummer o długości jumbojeta stojący przed cerkwią.
Na kolację wbijamy się do restauracji Jołki-Połki (Ёлки-Палки) i jest to bardzo dobry wybór. Jedzenie wyśmienite, dania kuchni rosyjskiej, lokalne piwo i drineczki o nazwie Коктейль „Хлеб да Соль” (jakiś likier zalany sokiem z cytryny i na zakąskę kiszony ogórek w miodzie) – po prostu miodzio! I to wszystko okraszone w dodatku tańcami w wykonaniu pięknych kelnerek. No po prostu aż się nie chce wychodzić. Zdecydowanie polecamy tę knajpkę zwłaszcza, że jest to sieciówka i można ją spotkać nie tylko w Petersburgu.
Wraz z zapadnięciem zmroku (czyli ok 23.30 ) lądujemy w hotelu i idziemy spać. Nazajutrz czeka nas przeskok do Estonii.
Dzień 7 – A my wszędzie jak w domu
Petersburg opuszczamy z samego rana i wyrywamy w kierunku granicy z Estonią. Po drodze przed powrotem do europejskiej drogiej rzeczywistości jeszcze jedno tankowanie w cenach wschodnich. Oczywiście jak to zwykle przy takich okazjach zaraz znajdują się jacyś ludzie chcący sobie fotki z motocyklami zrobić i standardowo musimy odpowiadać na pytania: ile kosztuje, ile pali, jaka pojemność, jak szybko jeździ, ile waży, itd. Droga do granicy jest dosyć fajna, nawierzchnia niezła także sprawnie docieramy do Ivanogrodu gdzie już przed wjazdem do miasta stoi patrol i wypytuje o paszporty. Ma to swoje uzasadnienie, gdyż Ivanogród po stronie rosyjskiej i Narva po stronie estońskiej to w zasadzie jedno miasto przez środek którego idzie granica i ruch ‘mrówek’ przez przejście odbywa się w zasadzie non stop. Na przejściu granicznym po stronie rosyjskiej zostajemy pozbawieni mniejszej z magicznych karteczek, a większa po ostemplowaniu z każdej możliwej strony pozostaje nam na pamiątkę. Celnik rosyjski nie wiedzieć czemu każe sobie otwierać wszystkie sakwy i zagląda wszędzie gdzie się tylko da. Wyglądamy na przemytników, czy jak?! Niemniej jednak odprawa idzie sprawnie i po mniej więcej pół godzinie możemy juz jechać na drugą stronę. Estońska policjantka (tam granicę obsługuje właśnie policja) zaczyna coś do nas mówić w języku niepodobnym do niczego, ale widząc nasze miny szybko przechodzi na łamany angielsko-rosyjski. Ciekawostką samego przejścia po stronie estońskiej, oprócz policji, jest to, że kontrola odbywa się bez wybebeszania bagaży, ale za to z pieskami. Strażnicy ze swoimi czworonożnymi pupilami dokładnie obchodzą motocykle, a my zastanawiamy się czy te pieski faktycznie są takie dobre, żeby wyczuć np. gandzię zawiniętą w szmaty nasączone olejem? Hmm, chyba jednak całe szczęście, że nic takiego nie mamy bo gdyby coś znalazły to pewnie sporo czasu byśmy mieli na przemyślenia.
Wydostanie się z powrotem do UE zajmuje nam około godzinki. Parkujemy na chwilę zaraz za przejściem, żeby się pozbierać i spojrzeć na mapę i natychmiast podchodzi do nas jakiś emeryt. Zaczyna gadkę po angielsku i okazuje się, że jest Belgiem i podróżuje z żoną kamperem. Strasznie jest zdziwiony, że przyjechaliśmy z Rosji:
- Wy z Rosji przyjechaliście?! A jak sobie tam poradziliście? Ten język, te litery… jak to można zrozumieć?
- Bardzo prosto, tam przecież wszystko po rosyjsku jest więc… wystarczy znać rosyjski.
- To wy znacie rosyjski?!? A skąd jesteście?
- Z Polski
- I tam w Polsce ludzie tak znają rosyjski??
- Oczywiście, że tak. My Polacy generalnie wszędzie gdzie pojedziemy to czujemy się jak w domu – na wschodzie rozmawiamy po rosyjsku, na zachodzie po angielsku, a jak trzeba to i w Ameryce Południowej po hiszpańsku damy radę.
- A dlaczego akurat na wschód, a nie na zachód pojechaliście?
- Bo na zachodzie nudno, wszystko takie poukładane, zorganizowane… a na wschodzie jest przygoda!
Widok miny belgijskiego emeryta – bezcenny. A co – niech wie, że Polacy sroce z pod ogona nie wypadli. Zostawiamy zdziwionego emeryta i pomykamy w stronę Tallina. Droga jest bardzo dobra, malownicza, co jakiś czas przecinamy tumany mgieł, a niemal na każdym skrzyżowaniu mijamy fotoradary. W tym względzie jest prawie tak jak u nas, natomiast wszystko pozostałe jest całkowicie inne. To znaczy drogi jak spod linijki, język na znakach drogowych niepodobny do niczego, zabudowania takie jakby skandynawskie. Generalnie to miejsce jest tak inne od odwiedzanych przez nas wcześniej wschodnich krajów, że aż trudno sobie wyobrazić, że kiedyś stanowiło część ZSRR. W mojej głowie następuje jakieś takie swoiste ‘klik’ i jakby z automatu przestawiam się na myślenie po angielsku. Rosyjski jakoś tak mi pasuje do tego kraju jak Valec do jazdy terenowej.
Poza mnogością fotoradarów i dobrymi drogami cechą charakterystyczną Estonii zdaje się być praktyczny brak stacji benzynowych wzdłuż drogi. W efekcie przy pierwszym tankowaniu udaje mi się wlać do Valca 20,5 litra przy nominalnej pojemności zbiornika 20 litrów. Stacje benzynowe częste nie są, ale za to na autostradzie można natrafić na kolumnę wozów opancerzonych zawracających przez pas zieleni. No cóż, co kraj to obyczaj.
Niedługo później dobijamy do Tallina. Jestem tak skoncentrowany na wypatrywaniu znaku z nazwą Tallin, że… przeoczam wysoki na dwa metry napis TALLINN i w rezultacie wjeżdżamy do miasta bez tradycyjnej fotki na rogatkach. Kompletnie na czuja, poprzez jakieś objazdy wbijamy się do samego centrum i parkujemy kilkanaście metrów od bramy prowadzącej na starówkę. Porada praktyczna dla innych motocyklistów, którzy będą jechali naszym śladem: uwaga na wszechobecny żwirek na ulicach estońskiej stolicy! Hamowanie przed skrzyżowaniami, zakręty, ronda i tym podobne manewry należy pokonywać z dużą ostrożnością, żeby się na owym żwirku nie przejechać w sposób absolutnie niekontrolowany. Natychmiast po zaparkowaniu motocykli wyrasta obok nas jak z pod ziemi uśmiechnięty starszy człowiek w bandance na głowie, przedstawia się po rosyjsku i mówi, że kiedyś też jeździł na motocyklu. Okazuje się, że Leonid jest Ukraińcem z Odessy i teraz mieszka w Tallinie ze swoją żoną Walentiną, którą poderwał był parędziesiąt lat temu już na Jawę 350. He, he, motocykle są wszędzie i za motórem panny sznurem :-). Gdyby ktoś kiedyś będąc w Tallinie potrzebował pomocy otolaryngologa to służymy kontaktem do pani Walentiny. Leonid poleca nam obiad w Tallinie, ale nocleg na wyspie Saaremaa leżącej jakieś 200km na zachód. Leonid pokazuje nam na mapie którędy najlepiej dojechać do promu i gdzie na wyspie szukać noclegu. Jak się później okazuje ma całkowitą rację.
Tymczasem jednak udajemy się na poszukiwanie odpowiednio klimatycznego miejsca na jedzonko, które wkrótce namierzamy i którym delektujemy się przy dźwiękach folkowej muzyki i ciesząc oko tańcem urodziwych kelnerek. Starówka tallińska robi na nas niesamowite wrażenie – jest po prostu piękna i nie dziwi, że została wpisana na listę UNESCO. Uporządkowany, ‘skandynawski’ charakter miasta i mnogość zabytków nie pojawiły się znikąd. Tallin już od X w. był jednym z silniejszych ośrodków gospodarczych w tej części świata. Przez wieki w mieście osiedlali się i walczyli o panowanie nad nim Finowie, Duńczycy, Szwedzi, Polacy, Rosjanie nie wspominając o samych Estończykach. Wszystko to spowodowało, że urok starego miasta przyćmiewa jedynie (a może wręcz odwrotnie – wzbogaca?) uroda tutejszych dziewcząt, które w ludowych strojach zachęcają do odwiedzenia regionalnych restauracji, popróbowania lokalnych specjałów lub zakupu wyrobów rękodzieła. Jednym słowem – zdecydowanie warto do Tallina pojechać i zobaczyć to wszystko na własne oczy.
Za radą Leonida prosto z estońskiej stolicy udajemy się w kierunku wyspy ciesząc się możliwością dynamicznej jazdy po krętych, ale doskonałej jakości drogach. Jako ostatnie pojazdy wbijamy się na prom i po 20 minutach rejsu schodzimy na ląd. 80km fantastycznej jazdy i parkujemy przed hotelem w miejscowości Kuressaare zostawiając maszyny w otoczeniu całego stada motocykli na fińskich numerach. Kolację postanawiamy zjeść w jednej z mijanych w mieście knajpek po drodze zaliczając krótką jednozdjęciową sesję z miejscowymi dziewczętami. Wszystkie są ubrane na różowo, roześmiane i przed sobą niosą świeżutkie, pachnące muffinki po 50 eurocentów za sztukę. Taki to lokalny zwyczaj świętowania wieczoru panieńskiego, ale my i tak będziemy trzymali się wersji, że to nasz motocyklowy urok je przyciągnął . Wszak wiadomo – za motórem panny sznurem!
Kolację jemy w klimatycznej knajpie słuchając muzyki na żywo i zapijając pyszne mięseczko równie doskonałym cidrem. Szkoda, że nasz wyjazd już dobiega końca bo takie proste, chłopskie życie zdecydowanie nam odpowiada.
Dzień 8 – Na każdym naszym wyjeździe tak jest, że coś w końcu musi pęknąć
Hotel, w którym zatrzymaliśmy się w Kuressaare nosi w swojej nazwie dumne SPA co oznacza m.in., iż wyposażony jest w basen. Korzystając z tego dobrodziejstwa cywilizacji wliczonego w cenę pokoju z samego rana lecę trochę się rozruszać. Pół godzinki pływania po tygodniu w siodle jest czymś wspaniałym i trochę tylko psują mi nastrój wszechobecne na basenie ‘sportsmenki’ w wieku mocno po-balzakowskim prezentujące swe dawniej niewątpliwie wspaniałe figury w strojach typu bikini. Nie chciałbym nikogo tutaj urazić, ale tak jak facet w pewnym wieku zamiast krótkich spodenek powinien raczej wybierać max ¾ tak i kobieta, której wnuki idą właśnie na studia powinna się kilka razy zastanowić zanim wskoczy w bikini. Doceniając tolerancyjność UE cieszę się jednocześnie, że śniadanko jeszcze przede mną.
Po sytym śniadaniu wymeldowujemy sie z hotelu i zaczynamy objazd wyspy. Tak jak i poprzedniego dnia krajobrazy mijane po drodze są wprost fantastyczne. Trochę surowe, zimne ale jednocześnie pełne niesamowitego uroku, brakuje tylko łodzi z Wikingami przybijających do brzegu. Drogi, którymi jedziemy są w części asfaltowe i pomimo którejś tam kategorii odśnieżania bardzo dobre, a w części szutrowe, ale na tyle równe, że przejazd nimi nie stanowi wielkiego wyzwania nawet dla naszych obładowanych bagażami cruiserów. Kręcąc się po wyspie ani się spostrzegamy jak pęka nam 100km i po zatoczeniu kółka wjeżdżamy z powrotem do Kuressaare, skąd kierujemy się do maleńkiej miejscowości Kaali, żeby obejrzeć niemal idealnie okrągłe jezioro powstałe gdy w VII wieku przed naszą erą z siłą bomby jądrowej uderzył w ziemię meteoryt. Wg informacji, które można wyczytać z tablicy przy kraterze meteoryt o masie 400-10000 ton wszedł w ziemską atmosferę z prędkością ok. 15-45 km na sekundę, rozpalił się i rozpadł na kawałki na wysokości 5-10 km. Największy, o masie 20-80 ton z prędkością 10-20 km/s uderzył z ogromną siłą w ziemię. Siła wybuchu była porównywalna z bombą jądrową zrzuconą na Hiroszimę. W promieniu sześciu kilometrów las został spopielony a pożary ogarnęły całą wyspę. Meteoryt wybił w ziemi krater o średnicy 110 metrów i głęboki na 22 m. Osiem mniejszych odłamków uczyniło w promieniu kilkuset metrów swoje mniejsze kratery. W wyniku eksplozji wokół największego krateru powstał wał wysokości kilkunastu metrów, który teraz można podziwiać jako jedną z największych atrakcji Estonii.
Podobno źródła historyczne potwierdzają, że ludzie widzieli eksplozję. Do dziś jezioro nazywa się Jeziorem Poświęconym, a archeologowie znaleźli nad nim miejsca składania ofiar. Informacje o meteorycie są także w fińskim eposie narodowym Kalevala. Jej bohaterowie widzą ognistą kulę, która spadła gdzieś za Newą. Idą tam i znajdują spalony las. Jest też miejscowa legenda, według której stał tu kościół, w którym wzięli ślub brat i siostra. Na rozkaz rozwścieczonego Boga ziemia pochłonęła świątynię. Według innej wersji, był tu dwór bardzo rozpustnego rycerza. Efekt ten sam.
Tak czy inaczej, niezależnie czy meteoryt przyleciał na Ziemię z własnej woli, czy też bogowie grający w piłkę wybili na aut, warto tam pojechać i zobaczyć to miejsce na własne oczy bo wygląda niesamowicie.
Z Kaali kierujemy się prosto na prom i dokładnie tak jak poprzedniego dnia wbijamy się na pokład dokładnie na moment przed zamknięciem grodzi. Po drugiej stronie odnajdujemy drogowskazy na Parnu i Rygę i wyrywamy prosto na południe. Tego dnia mamy już za sobą sporo km, więc stacja benzynowa jest miejscem coraz bardziej poszukiwanym. Niestety jak na złość droga, którą jedziemy wije się pięknie poprzez lasy i pola, ale wiedzie kompletnym odludziem i stacji ani dudu. W końcu, gdy mój Valec napędzany jest chyba jedynie pięknem krajobrazu, przed nami pojawiają się pierwsze zabudowania Parnu, a wśród nich długo wypatrywana stacja benzynowa. Motocykl gaśnie dokładnie w momencie kiedy podjeżdżam pod dystrybutor – wynik to 20,7 litra do 20-litrowego zbiornika .
Nad drogą do Rygi nie ma co się rozwodzić – jak to w tych okolicach jest po prostu bardzo dobra i niezbyt ruchliwa, także kolejne km mijają nam sprawnie. Jakieś 100km przed Rygą zaczyna kropić deszcz i w mniejszym bądź większym natężeniu będzie nam już towarzyszył do końca dnia. Po drodze mijamy jadących wyjątkowo ślamazarnie bajkerów z Finlandii. Bardzo nas bawi prowadzący, który w pewnym momencie orientując się, że ma za sobą dwóch kompletnie mu nieznanych motocyklistów jest w wyraźnym szoku. Zostawiamy Finów za sobą i gonimy dalej – przed wieczorem chcemy dobić do Kowna. Deszcz jest coraz silniejszy i ostatnie 150-200km pokonujemy w istnej ulewie i przy znacznie większym ruchu. Jednym słowem lekko nie jest, tym bardziej, że kask paruje, a w spodniach coraz większa wilgoć. Gdy na przedmieściach Kowna stajemy na tankowanie czuję jak woda spływa mi po nogach wprost do butów – najwyraźniej pancerne gacie tym razem nie wytrzymały. Jeszcze tylko krótka i miła pogawędka z miejscowym bajkerem i jedziemy na poszukiwanie noclegu. Po krótkim błądzeniu odnajdujemy kemping Kaunas i za całkiem sensowne pieniądze stajemy się jedno-nocnymi posiadaczami domku kempingowego typu fińskiego wyposażonego w genialne wynalazki: kuchenkę gazową 4-palnikową oraz piecyk gazowy. Dzięki owym wynalazkom już po jakichś 2 godzinach można powiedzieć, że nasze ciuchy ze stanu kompletnego przemoczenia przeszły w stan ograniczonej wilgotności. Za to atmosfera w domku przypomina fińską saunę. Wyjaśnia się również przyczyna moich mokrych gaci – otóż guma, znaczy się membrana nie wytrzymała i pękła. No cóż – widać tak już musi być, że na naszych wyjazdach coś pęka tudzież się dziurawi: była już opona, bagażnik, uszczelniacze w lagach to i w końcu przyszedł czas na membranę.
Mniej więcej wysuszeni udajemy się na poszukiwanie knajpy, ale niestety tym razem nie mamy szczęścia. Dwie pobliskie restauracje akurat obsługują wesela i w rezultacie dzień kończymy przy zapobiegliwie kupionych na stacji kanapkach zapijanych gorącymi kubkami Knorra.
Dzień 9 – I znowu w pięknym, dzikim kraju Polską zwanym
Po słabej kolacji przynajmniej śniadanie musi być przyzwoite – kierując się tą myślą bladym świtem lekko po 9-tej jedziemy do oddalonego o niecałe 2 km centrum. Tradycyjnie już jak to w litewskich miastach delikatnie błądzimy i po jakichś 10 km parkujemy przy samym deptaku przy pomniku jakiegoś ważnego rycerza, którego wpływ na nasze życie ma okazać się wkrótce znamienny. Znajdująca się tuż obok knajpka wygląda obiecująco i faktycznie chwilę później możemy już delektować się pyszną kawą i omletami. Po skończonym śniadaniu na widok rachunku opadają nam szczęki, jest duży… śmiało mogę zaryzykować twierdzenie, że większego rachunku nigdy wcześniej w żadnej knajpie nie dostałem. Ma format tak coś pomiędzy A5 a A4 i jest wypisany ręcznie. Nie mają tu kas fiskalnych czy jak?!
Po śniadanku robimy sobie jeszcze spacer po deptaku, oglądając z zainteresowaniem rozmaite stragany. Można tutaj spróbować kwasu, litewskiego chleba, czekolady krojonej na wagę z wielkich bloków, chałwy, orzechów w syropie i innych lokalnych specjałów. Poza tym masa wszelkiej maści rękodzieła. Na jednym ze straganów po krótkim targu Damian nabywa ekskluzywną wersję walonków czyli filcowe kapcie z biedronkami jako wotum ofiarne dla żony za to, że go puściła na wyprawę. Chłop wie co robi, gdyż albowiem w głowach już nam kiełkuje pomysł na wyjazd w przyszłym roku.
Tymczasem jednak zbliżamy się ponownie do pomnika ważnego rycerza. Napis w dwu językach – angielskim i litewskim głosi, że jest to niejaki Vytautas Magnus, który to w roku pańskim 1410, stojąc na czele zjednoczonych wojsk litewsko-rusko-tatarskich, przy wsparciu najemnych Czechów, i przy udziale wojsk polskich pod wodzą króla Jagiełły pokonał Teutonów (czyli Niemców) w wielkiej bitwie nieopodal wsi Żalia w Prusach, obecnie znajdującej się na terenie Polski i nazywanej Grunwald. Niemal siadamy z wrażenia. Cały nasz światopogląd właśnie legł w gruzach. Niby zdawaliśmy sobie zawsze sprawę, że podróże kształcą, ale żeby tak nagle dowiedzieć się, że tyle lat nauki historii poszło na darmo?!? I czy nasi nauczyciele wciskali nam kit z premedytacją czy oni również padli ofiarą tej paskudnej manipulacji? Te dwa nagie miecze to pewnie też bujda. I jak teraz żyć, jak żyć???
Pełni takich smutnych refleksji siadamy na motocykle i kierujemy koła w stronę Polski i kilka godzin później naszym oczom jak zwykle na naszych granicach ukazuje się olbrzymia tablica z instrukcją obsługi tutejszych dróg, do zgłębienia której niezbędna jest co najmniej przynależność do MENSY. Na pierwszych 100 km owych wspaniałych szlaków doświadczamy całego bogactwa ‘cywilizowanych zachodnich’ zachowań innych kierowców: poczynając od zajeżdżania drogi, poprzez spychanie na pobocze, wymuszanie pierwszeństwa aż po wyprzedzanie ‘na czołówkę’. Coś niesamowitego, przez niemal 4 tys. km po podobno niebezpiecznym wschodzie, podobne akcje dalibyśmy radę policzyć na palcach jednej ręki. I między innymi z tego właśnie powodu na pewno nie był to nasz ostatni wyjazd w tym kierunku – w głowach już kiełkuje pomysł na kolejny rok.
Damiano, dzięki za wspaniałą przygodę. Lewa w górę.
Podziękowania należą się także: Maszy, pani Annie, Igorowi i Swietłanie, Maximowi, Władimirowi, Gytisowi oraz oczywiście naszym żonom, bez których zgody pewnie byśmy tego wszystkiego nie doświadczyli (wiem, wiem, tu się trochę podlizuję, ale cóż – kolejne wypady czekają ).
Garść informacji praktycznych:
Paszport:
Wjeżdżając do Rosji trzeba mieć paszport ważny na 6 miesięcy do przodu. Jeśli jesteś blisko tego terminu warto pomyśleć o wyrobieniu nowego.
Wiza:
Do Rosji jest konieczna, natomiast pozostałe mijane przez nas kraje jej nie wymagają. Wizę najlepiej załatwiać przez pośrednika (polecamy: serwiskonsularny.pl) i należy zacząć za tym chodzić co najmniej 3 tygodnie przed wyjazdem, a znacznie lepiej jeszcze wcześniej. Czas oczekiwania na wizę to ok. 5 – 10 dni roboczych, koszt ok. 500 PLN. Do wniosku oprócz paszportu i zdjęcia (najlepiej żeby nie było to to samo zdjęcie co w paszporcie) trzeba załączyć przynajmniej jedną rezerwację noclegu – najlepiej szukać czegoś przez booking.com i rezerwować takie miejsca, które nie wymagają opłaty z góry i dają możliwość bezpłatnej rezygnacji. Obowiązkowe ubezpieczenie i całą resztę formalności załatwia pośrednik.
Ubezpieczenie:
Zieloną kartę wydaje bezpłatnie chyba każdy z ubezpieczycieli. Żadnych dodatkowych ubezpieczeń komunikacyjnych nikt nie wymagał (poza naciągaczami na granicy Ukraina – Rosja, którzy chcieli zarobić kilkadziesiąt EUR).
Co do Assistance to już gorzej. Jedynie Gothaer Towarzystwo Ubezpieczeń S.A. miało w ofercie Assistance na Rosję (ale tylko część europejską). W ostatnim czasie jednak zmienili warunki i jeśli nie masz u nich OC to niewiele oferują (holowanie do 300 km na terenie Rosji to trochę za mało). Reszta ubezpieczycieli (u których my szukaliśmy) nie mieli w ofercie Assistance na Rosję.
Autocasco to już totalna porażka. Samo w sobie jest poważnym wydatkiem w stosunku do wartości motocykla. Zakres terytorialny nie obejmuje Rosji. Za objęcie ubezpieczeniem Autocasco obszaru Rosji ubezpieczyciel podnosi stawkę o jakieś 20 – 30% (np. w przypadku PZU).
My pojechaliśmy tylko z zieloną kartą – dało radę.
Granice:
Polsko-ukraińska to żaden problem, trzeba swoje odstać, ale tragedii nie ma. Na wjeździe do strefy ukraińskiej dostaje się świętą karteczkę, na której wypisany jest rodzaj pojazdu, numer rejestracyjny i ilość pasażerów. Karteczkę podczas odprawy opieczętowują wszyscy święci pogranicznicy i na szlabanie wyjazdowym trzeba ją oddać. Inaczej nie opuścimy granicy. Pogranicznicy lubią sobie czasem pokrzyczeć, przetrzepać bagaże, ale generalnie jak zachowujemy się spokojnie i pewnie, a nawet z odrobiną obcesowości to szybko odpuszczają.
Ukraińsko-rosyjska to już zupełnie inna historia. Pierwsze na co nie należy dać się nabrać, to rzekoma konieczność wykupienia dodatkowego ubezpieczenia na Rosję. Przed granicą od strony ukraińskiej stoi tłum naganiaczy i wciska kit, że bez owego ubezpieczenia do Rosji nie wpuszczą, a nawet jak wpuszczą to zaraz dowalą mandat. W rzeczywistości pies z kulawą nogą nie pyta o żadne dodatkowe ubezpieczenie i 65 Euro od głowy zaoszczędzone. Druga istotna sprawa to święte karteczki – uwaga, tu są dwie. Pierwszą dostaje się na szlabanie wjazdowym i trzeba wypełnić samemu. Podstawowe dane pojazdu i kierowcy, formularz po rosyjsku i po angielsku. Drugą, znacznie większą i tylko po rosyjsku wypełniamy na samym przejściu zakładając, że wcześniej znajdziemy sobie czysty formularz. Trzeba obserwować innych ludzi i iść za nimi po druczki, bo ze strony służb granicznych na żadną pomoc w tym względzie liczyć nie należy. No, chyba że się ich wyraźnie poprosi i akurat nie mają niczego innego do roboty. Obydwie karteczki podczas odprawy zostają oklejone jakimiś kodami, ostemplowane, podpisane i należy je przechowywać jak najcenniejsze papiery wartościowe, gdyż bez nich Rosji nie opuścimy.
Rosyjsko-estońska: tutaj zabiorą nam mniejszą ze świętych karteczek. Większa po ostemplowaniu z każdej strony zostaje nam na pamiątkę. Po stronie rosyjskiej można się spodziewać trzepania bagaży, po stronie estońskiej ograniczają się do obwąchania motocykli przy użyciu piesków.
Tankowanie:
Ukraina – generalnie nie ma problemu z płatnością kartą, chociaż czasami zdarza się, że chcą gotówkę. Ceny paliw – w przeliczeniu ok, 4-4,5 PLN/litr, paliwo dobre.
Rosja – płatności tylko gotówką i wszystkie dystrybutory z założenia są zablokowane. Dopiero zostawienie depozytu z gotówki w kasie pozwala zatankować. W większości wypadków zostawiając gotówkę można tankować ile wlezie, a potem ewentualnie dopłacić, ale zdarza się, że dystrybutor zamiera po wyczerpaniu kwoty depozytu i aby kontynuować trzeba dopłacić. Ceny jeszcze niższe niż na Ukrainie (ok. 3,3 – 3,5 PLN/litr), do jakości paliwa nie mieliśmy żadnych zastrzeżeń.
Pribałtyki – sposób tankowania i ceny absolutnie unijno-europejskie
Drogi:
Z 4500km, które zrobiliśmy maksymalnie jakieś 500km można uznać za drogi złe albo bardzo złe. Pozostałe to drogi dobre albo rewelacyjne. Ruch z zasady dużo mniejszy niż w Polsce, a agresywnie lub nieprzewidywalnie jeżdżących kierowców prawie się nie spotyka. Oczywiście są wyjątki: Moskwa – tam trzeba uważać albo, jeśli to możliwe, unikać jazdy motocyklem. Droga z Moskwy do Petersburga – dość dobra jeśli chodzi o nawierzchnię, ale koszmarnie zatłoczona i na wielu odcinkach remontowana, co powoduje kilkudziesięciokilometrowe korki TIRów (np. obwodnica miasta Тверь lub przejazd przez Вышний Волочек). Kierowcy ostrzegają przed policją, która jedynie z rzadka stoi schowana w krzakach. Z reguły stoją na wlotach i wylotach z miast przy specjalnie oznakowanych budkach widoczni na kilka km wcześniej. Na drodze Moskwa-Petersburg trzeba uważać na fotoradary – jest ich sporo i w najróżniejszych dziwnych miejscach: czasem na słupach, czasem na barierkach między pasami, czasem w specjalnych skrzynkach na poboczach. Często skrzynki są zardzewiałe i odrapane i nie rzucają się w oczy. Pribałtyki to już UE i na drogach nic nas nie zaskoczy – no, może z wyjątkiem tego, że policji prawie nie ma, kretyńskich ograniczeń prędkości i innych znaków również, fotoradarów niewiele, a wrażenie takie jakieś dziwne jakby było o niebo bezpieczniej niż w znanym nam kraju, w którym dzielne służby po łokcie się urabiają dla zapewnienia nam bezpieczeństwa.
Noclegi:
Generalnie w żadnym z odwiedzanych przez nas krajów nie ma problemu ze znalezieniem noclegu. Rozpiętość standardów i cen dowolna – jak po znajomości, nawet przypadkowej, to zanocujesz za darmo, a jak masz pecha to wydasz średnią krajową za łóżko w hostelu w Moskwie. Na Ukrainie można, a nawet należy się targować, bo da się w ten sposób sporo zaoszczędzić. W Rosji w miastach trzeba nastawiać się raczej na hotele/hostele, a te z reguły albo są dość drogie albo, jeśli tanie, to w nieciekawych dzielnicach i bez strzeżonych parkingów. Pribałtyki – to znowu UE czyli noclegi o absolutnie przewidywalnym standardzie i europejskich cenach. Można oczywiście próbować zaoszczędzić śpiąc w namiotach, ale liczyć na to raczej nie należy. Po pierwsze kempingów jest niewiele, a po drugie po całym dniu jazdy w deszczu nocleg w namiocie nie jest tym, o czym człowiek marzy.
Jedzenie, picie:
Próbować, testować, smakować i podniebienie radować. Zasada taka sama jak wszędzie: jak w knajpie jest dużo ludzi to i jedzenie dobre, a ceny można wywnioskować na podstawie ubioru gości i obsługi. Kuchnia ukraińska, rosyjska, nadbałtycka ze swoimi pielmieniami, szaszłykami, sałatami, zupami, pieczywem i innymi specjałami jest fantastyczna a kwas chlebowy każdy jeden niepowtarzalny. Dla samego kwasu pojadę tam jeszcze nie raz.