<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Cruiserowcy</title>
	<atom:link href="http://cruiserowcy.com/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://cruiserowcy.com</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Tue, 21 Jul 2020 19:52:41 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.5.1</generator>
		<item>
		<title>Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)</title>
		<link>http://cruiserowcy.com/bialorus-vel-skandynawia-czyli-wyjazd-perfekcyjnie-improwizowany-2019/</link>
		<comments>http://cruiserowcy.com/bialorus-vel-skandynawia-czyli-wyjazd-perfekcyjnie-improwizowany-2019/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 21 Jul 2020 19:49:23 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Damianczyk</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://cruiserowcy.com/?p=2163</guid>
		<description><![CDATA[- Jest problem, leasing nie pozwala mi zabrać moto na Białoruś. Z takim oto komunikatem pewnego dnia dzwoni do mnie Grześ. A miało być tak prosto, spokojnie i sielsko – wyjazd na bliską zagranicę, na 5 moto, w tym dwie zabytkowe MZ, bez pośpiechu i na luzie. Tymczasem najpierw okazało się, że jest jakiś problem...]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>- Jest problem, leasing nie pozwala mi zabrać moto na Białoruś.</p>
<p>Z takim oto komunikatem pewnego dnia dzwoni do mnie Grześ.</p>
<p>A miało być tak prosto, spokojnie i sielsko – wyjazd na bliską zagranicę, na 5 moto, w tym dwie zabytkowe MZ, bez pośpiechu i na luzie. Tymczasem najpierw okazało się, że jest jakiś problem z rejestracją zabytków i wyjazdem za granicę w ogóle, więc MZki odpadły, a teraz jeszcze problem z leasingiem Grzesia. Paradoks polega na tym, że firma leasingowa bez większego problemu pozwoliłaby wyjechać motocyklem na Ukrainę (w celu np. wypróbowania możliwości terenowych GSa w okopach Donbasu pod ostrzałem zielonych ludzików ;-) ), a mają jakiś bliżej niesprecyzowany problem z wyjazdem tymże GSem na spokojną Białoruś. Nie, bo nie i koniec.</p>
<p>No cóż, trzeba poszukać alternatywy. Białoruś poczeka.</p>
<p>- To może Szwecja? Nigdy tam nie byłem – rzuca pomysł Gadżet.</p>
<p>Może być i Szwecja. W sumie też blisko. Co prawda może być nieco nudnawo na tamtejszych drogach z ograniczeniami prędkości, no i drogo ale za to kraj piękny, a koszty można ograniczyć zabierając ze sobą komplet prowiantu i nocując w namiotach.</p>
<p>Decyzja zapada szybko i zaczynamy organizowanie. Gadżet ogarnia bilety promowe, ja ubezpieczenie, a Grześ łapie oddech i napełnia się entuzjazmem na rejsie jachtem po Morzu Śródziemnym, który trafił mu się po znajomości w ostatniej chwili i aż żal było nie skorzystać.</p>
<p>Bilety promowe już są, ubezpieczenie jest, komplet wyżywienia zakupiony, dni mijają powoli ale termin wyjazdu coraz bliżej.</p>
<p>- Nie pojadę z Wami – dzwoni pewnego dnia Grześ – był sztorm, strasznie nas sponiewierało i mam wykręcony bark. Przez jakiś czas nie siądę na moto.</p>
<p>Coś w tym roku nasze plany wyjazdowe słabo się spinają. Jeszcze tylko tego brakuje, żeby któryś z pozostałej dwójki się wysypał i w ogóle żadnego wyjazdu nie będzie. Do tego bilety na prom w celu oszczędnościowym zakupione w opcji bezzwrotnej, no bo co takiego mogłoby się stać, żebyśmy nie pojechali?&#8230;</p>
<p>W sumie to przecież w zasadzie nic nie może się stać. No prawie nic, … poza np. idiotycznym skręceniem nogi w kostce na niecałe dwa tygodnie przed wyjazdem, w biegu przełajowym z biura do teatru, który to bieg odbywam dla podniesienia poziomu kultury osobistej i w celu wykupienia się u drogiej małżonki za ciągłe wyjazdy i nieobecności w domu ;-). Niech to szlag, do wyjazdu 10 dni, a lewa kostka boli jak cholera.</p>
<p>Całe szczęście, że skręcenie okazuje się niezbyt poważne i 10 dni chodzenia w ortezie i smarowania żelami przeciwbólowymi pomaga na tyle, że biegi mogę przełączać. Wreszcie jedziemy. Jedyne co mamy zaplanowane to prom Gdynia-Karlskrona z biletem Grzesia, którego nie dało się anulować, ale za to dało się zamienić na tzw. ‘inne usługi’ na pokładzie. W ramach owych ‘innych usług’ mamy podobno dostać jakąś kolację.</p>
<p>Po zakwaterowaniu w kajucie idziemy na poszukiwanie baru, w którym ma na nas czekać owa kolacja. Bar okazuje się być całkiem ekskluzywną restauracją ze stolikiem zarezerwowanym specjalnie dla nas, a kolacja to dwa dania, deser i do degustacji trzy rodzaje wina, z których jedno zamieniamy na browarka. Kelner skacze wokół nas pytając co chwila czy wszystko w porządku i czy czegoś nam nie potrzeba, a my cykamy sobie fotki i wyglądamy chyba trochę jak para gejów w podróży poślubnej ;-)</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/111.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2173" alt="111" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/111-225x300.jpg" /></a></p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/112.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2174" alt="112" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/112-300x225.jpg" /></a></p>
<p>Poranek w Karlskronie wita nas dosyć chłodną, ale na szczęście bezdeszczową pogodą. Robimy szybki objazd miasta z ekspresowyym zwiedzaniem z zewnątrz najważniejszych punktów miasta: pomnik (pomniczek?) Nilsa Holgerssona uciekającego z kart powieści Selmy Lagerlof, pomnik handlarki rybami na dawnym placu targowym na wybrzeżu, drewniany Kościół Admiralicji. Ten kościół ma ok. 350 lat  i jest największą drewnianą świątynią w całej Szwecji, ale jeśli ktoś spodziewa się mastodonta niczym bazylika w Licheniu, to raczej się zawiedzie. W podwarszawskich miejscowościach nietrudno znaleźć większe domy ‘wybudowane z 500+’ ;-)</p>
<p>Nasz dzień zaczął się bardzo wcześnie, tak więc zgodnie uznajemy, że następnym punktem programu musi być kawka, obowiązkowo w pięknych okolicznościach przyrody, które niedługo później udaje nam się znaleźć na półwyspie Torhamn. Siedząc przy pysznej kawce i studiując mapę Szwecji zastanawiamy się nad dalszą marszrutą. W sukurs przychodzi nam aplikacja pogodowa Gadżeta, która wskazuje, że na bezdeszczową pogodę możemy liczyć na wyspie Öland. Zgodnie z przyjętą od początku formułą perfekcyjnej improwizacji decyzja zapada szybko – jedziemy na wyspę. Po drodze mijamy zamek Kalmar Slott malowniczo położony na wyspie w zatoce w miejscowości Kalmar. Historia zamku sięga XII w, a jego burzliwe dzieje mają nawet wątek polski – otóż w oku 1598 król Polski Zygmunt III Waza zdobył zamek, a następnie, przez rok, wojska polskie (pod wodzą Władysława Bekiesza) broniły twierdzy przed najazdami oddziałów szwedzkich.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/113.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2175" alt="113" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/113-300x225.jpg" /></a></p>
<p>Obecnie zamek jedną z najlepiej zachowanych renesansowych twierdz w Szwecji, jest lokalną atrakcją turystyczną i stanowi tło dla rozmaitych imprez o historycznym czy też sportowym charakterze. Przykładowo podczas naszej wizyty wokół zamku odbywa się jakiś runmageddon – ludzi cała masa i zero możliwości podjechania bliżej i jakiegokolwiek zwiedzania. Nie martwi nas to jednak specjalnie – zaliczamy szybkie zwiedzanie od zewnątrz i lecimy dalej.</p>
<p>Olanda jest płaską i długą wyspą oferującą fajne widoki na morze, trochę pozostałości po starożytnych mieszkańcach tego regionu w formie kurhanów i murów obronnych, a także dużo zimnego wiatru i w ramach bonusa dla nas: zlot fanów samochodów marki Morgan. Roadstery w stylu vintage z załogami ubranymi w skórzane czapki pilotki i gogle mijają nas co chwila i trzeba przyznać, że w scenerii wyspy prezentują się wspaniale. Mieszkańcy krajów skandynawskich w ogóle odznaczają się zamiłowaniem do starych i stylowych samochodów, także wszelkim miłośnikom starej motoryzacji spokojnie możemy polecać wycieczkę w te rejony.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/114.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2176" alt="114" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/114-300x225.jpg" /></a></p>
<p>Po przejechaniu wyspy z południa na północ i odwiedzeniu dwóch latarni morskich dojeżdżamy do przystani promowej w miejscowości Byxelkrok licząc na to, że zamiast wracać na południe uda nam się przepłynąć od razu na stały ląd.  Niestety promy nie pływają – sezon jeszcze się nie rozpoczął i następnego dnia czeka nas ponowny przejazd wzdłuż całej wyspy do mostu na południu. Całe szczęście, że kemping już się otworzył i znajdujemy przynajmniej dość przyzwoite miejsce na nocleg.</p>
<p>Następnego dnia po kilkudziesięciu minutach jazdy w zimnie i przy lekkim deszczyku trafiamy na ruiny zamku Borgholm. Budowla, w czasach swej świetności była jednym z najważniejszych i najpotężniejszych zamków szwedzkiego królestwa. Zadaniem zamku była kontrola ruchu statków w Cieśninie Kalmarskiej. Liczne ataki i najazdy doprowadziły zamek do ruiny a całości zniszczenia dopełnił pożar z roku 1806. Pomimo tego, że z zamku pozostały jedynie ruiny, nadal robi on imponujące wrażenie. Jest tu wszystko czego można oczekiwać po średniowiecznym zamku &#8211; wysokie mury, przestronny dziedziniec, widoki na surowe i groźne morze, a także kamienny tron. Klimat jest ;-)</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/115.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2177" alt="115" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/115-300x225.jpg" /></a></p>
<p>Silny wiatr przegania deszczowe chmury na północ, a my kierując się ponownie tam gdzie wg aplikacji pogodowych ma nie padać, jedziemy pięknymi, krętymi drogami przez lasy do miejscowości Ljungby na kolejny kemping. To jest pierwszy, ale nie ostatni odcinek podczas tego wyjazdu, gdy mamy okazję wyszaleć się na motocyklach w Szwecji. Tak, dokładnie to mam na myśli – wyszaleć się na maksa na motocyklach w Szwecji. Obiegowa opinia głosi, że po tym kraju jeździ się nudno, bezwzględnie przestrzegając ograniczeń prędkości i uważając na lokalesow donoszących na policję o wszelkich przejawach ułańskiej fantazji u innych kierujących. Okazuje się, że niekoniecznie musi tak być. Wybierając opcję ‘drogi kręte’ w nawigacji i jadąc trochę na azymut bez konkretnego celu, do którego musimy dotrzeć danego dnia, mamy do dyspozycji świetnej jakości, bardzo przyczepny asfalt, wąziutkie i kręte widokowe drogi przez lasy i pola, na których łatwiej spotkać zające niż inne pojazdy. Do tego ograniczenie do 80km/h praktycznie non stop, również przez tzw. obszary zabudowane, a bardziej drastyczne ograniczenia ustawione są tylko przy miejscach faktycznie wymagających większej ostrożności (szkoły, sklepy, rynki, itp.). Poza tym wszędzie równe 80km/h. Takie ograniczenie absolutnie wystarcza do pozamykania opon na drodze o szerokości jednego pasa, wijącej się jak metr drutu upchniętego w kieszeni. Praktycznie nie ma odcinka prostego, a przy tym co chwila górki i dołki – normalnie jak na kolejce górskiej w lunaparku i wcale nie jest łatwo utrzymać prędkość w pobliżu narzuconego limitu, nie wspominając już w ogóle o jego przekroczeniu. To wszystko przy praktycznie zerowym stresie, że nagle na drodze pojawi się jakiś niedorozwinięty umysłowo rajdowiec przekonany o swoich nadnaturalnych umiejętnościach za kierownicą. Nieliczne mijane samochody są absolutnie przewidywalne  i ani razu nie powodują u nas wzrostu ciśnienia. Po prostu nic, tylko czysta radość z jazdy ;-). Polecamy!!!</p>
<p>W Ljungby okazuje się, że kemping, do którego zaprowadził nas Garmin jeszcze nie rozpoczął sezonu i zamknięty jest na głucho. Kolejny wpisany w nawigację okazuje się być zatoczką w lesie przy samej drodze, na której nie ma możliwości biwakowania. Dopiero trzecia miejscówka działa – prywatny kemping nad jeziorem proponuje nam domek za 600 SEK (ok 250 PLN!!!) albo miejsce na dwa namioty za 200 SEK. Wybór jest oczywisty :-).</p>
<p>Kolejnego dnia niestety nie udaje nam się już uciec przed szwedzką wiosną – cały dzień pada i temperatura oscyluje wokół 11 st C. Tym niemniej wg wskazań gadżetowych aplikacji udaje nam się złapać maksymalne prędkości w okolicach 125 km/h, co jak na tutejsze standardy można uznać za  wynik bardziej niż przyzwoity. Wieczorem na szczęście przeciera się na tyle, że dane nam jest podziwiać widoki na olbrzymie jezioro Vattern.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/116.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2178" alt="116" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/116-300x225.jpg" /></a></p>
<p>Pozwalamy sobie też na odrobinę szaleństwa kulinarnego – miła odmiana po liofilizowanych obiadkach i konserwach.</p>
<p>Ranek wita nas pięknym słońcem. Jedziemy zwiedzić twierdzę Karlsborg &#8211; jedną z największych budowli Szwecji. Twierdza zajmuje powierzchnię 13 ha a kubatura wszystkich budynków wynosi 550000 metrów sześciennych. O ogromie prac podjętych na półwyspie Vanäs w celu wzniesienia tej fortyfikacji świadczy też czas prowadzenia robót &#8211; 90 lat. W twierdzy nadal stacjonuje wojsko, ale mimo to można wjechać na jej teren i z bliska poczuć rozmach tej inwestycji. Robi wrażenie.  Następnie zawadzamy o miasteczko Mariestad, a potem kierujemy się na zamek Lacko malowniczo położony na brzegach jeziora Vanern. Kolejnym punktem naszej eskapady jest Trollhatan zwane także Trollywood – stolica szwedzkiej kinematografii, siedziba centrali Saaba,  a także miejsce, w którym co roku odbywa się tzw. festiwal wodospadów. My niestety nie trafiamy w termin tego widowiska, ale i tak podziwiamy imponującą budowlę zabytkowej elektrowni wodnej i ponad 200 &#8211; letnich śluz pozwalających w przeszłości pokonywać statkami różnicę poziomów pomiędzy jeziorami Vannern i Vattern wynoszącą 44 m!</p>
<p>Cały system budowli hydrotechnicznych powstawał na przestrzeni wieków XVII-XX i pomimo, że najstarsze przez nas oglądane śluzy już wycofano z eksploatacji, to nowsza część służy w dalszym ciągu umożliwiając śluzowanie jednostek o długości powyżej 80 metrów i wyporności do 4 tys ton.</p>
<p>Pod koniec dnia trzymając się zasady perfekcyjnej improwizacji prawie doganiamy chmurę deszczową, przed którą dotychczas uciekaliśmy. W miejscowości Karlstad znajdujemy jeden z najdroższych ale też i najwygodniejszych kempingów podczas całego wyjazdu. Za cenę 390 SEK (ok 160 PLN) mamy do dyspozycji prysznice z nielimitowaną wodą, przestronną kuchnię z jadalnią i wyposażeniem (czajnik, mikrofala, kuchenka elektryczna, TV, internet) oraz widoki na pobliskie jezioro i pełno miejsca na rozstawienie namiotów. W bonusie dostajemy też najzimniejszą jak dotychczas noc – wg informacji od Marcina pracującego w obsłudze technicznej kempingu temperatura w nocy spadła do niecałych 6 st C. No cóż – północy nam się na wiosnę zachciało, to i tropików nie ma co oczekiwać :-).</p>
<p>Korzystając z dostępu do sieci sprawdzamy pogodę na najbliższe dni in wychodzi nam, że aby nie dać się zmoczyć musimy wiać na wschód. Jest wtorek wieczór, a pogodynka zapowiada, że od czwartku leje w całej Szwecji. Mamy jeden dzień, żeby przed tym uciec. Udaje nam się zakupić bilety na nocny prom ze Sztokholmu do Turku i następnego dnia rano ustawiamy kierunek na Sztokholm przez … Falun czyli jakieś 140km odbicia na północ od najprostszej trasy wiodącej do stolicy i oczywiście wbijając w Garmina opcję ‘drogi kręte’. Niestety szybko okazuje się, że tym razem drogi kręte są przeraźliwie proste i nudne, a w dodatku jest dosyć zimno. Wygląda na to, że wraz ze zmianą regionu zmienił się też charakter dróg i lepiej tu już raczej nie będzie. Do promu mamy jeszcze jakieś 3h, kiedy ze zdziwieniem spostrzegam, że Gadżet prowadzi nas bardziej na zachód niż na wschód. WTF?! Trochę mało czasu na błądzenie….</p>
<p>Z drugiej strony Gadżet to jest rozsądny facet, z całą pewnością wie co robi, a poza tym droga zaczyna coraz bardziej się kręcić – a więc enjoy J. To nic, że mój Garmin pokazuje dobrze ponad 200km do Sztokholmu i przyjazd na miejsce kwadrans po odpłynięciu promu. Drogi kręte, a więc enjoy J!!! Gadżet na pewno ma jakiś plan, wbił w Garmina jakąś fajną traskę i trochę się pobawimy, a potem pogonimy. Na pewno tak jest. Na peeeewno…</p>
<p>W pewnym momencie Gadżet zatrzymuje się i pyta ile jeszcze mamy czasu, żeby się tak pobawić?</p>
<p>- Mój Garmin twierdzi, że mamy jakąś godzinę w plecy – oznajmiam, ale po przestawieniu na najszybszą trasę pokazuje jeszcze 1h zapasu do odpłynięcia promu</p>
<p>- A, to trzeba przyspieszyć, bo jeszcze tankowanie musimy ogarnąć.</p>
<p>I mówiąc to Gadżet znowu rusza na winkielki, wybierając wszystkie kierunki tylko nie wschód. Garmin szybko pokazuje już tylko 45min zapasu.</p>
<p>W pewnym momencie pomiędzy nasze motocykle wbija się peogeot 206 i zarówno jego kierowcy jak i Gadżetowi załącza się tryb sportowej rywalizacji. Gadżet wyprzedzić się nie daje, peugeocik nie odpuszcza, a ja lecę z tyłu na jego zderzaku i też wyprzedzić nie mam jak bo zakręt za zakrętem, a droga wąska. Cała kawalkada mocno powyżej dopuszczalnej na tym odcinku. Jest fajnie, a Garmin ze spokojem pokazuje już tylko 40 min zapasu…</p>
<p>W końcu lokalny Kubica odpuszcza, a my zajeżdżamy na stację benzynową, gdzie daje o sobie znać złośliwość niejakiego Murphy’ego &#8211; Gadżetowi nie działa karta.</p>
<p>35 min zapasu</p>
<p>Podjeżdżamy na kolejną stację. Karta w dalszym ciągu nie działa.</p>
<p>30 min zapasu</p>
<p>Płacę za Gadżeta i ruszamy pełną dzidą na wschód.</p>
<p>25 min zapasu.</p>
<p>Całe szczęście, że mamy już teraz autostradę do samego Sztokhholmu to pogonimy. To znaczy pogonilibyśmy, gdyby autostrady nie zamknęli. Objazd.</p>
<p>20 min zapasu</p>
<p>Wbijamy z powrotem na autostradę i pełny ogień. Po drodze zastanawiam się czy i ile ewentualnie po powrocie będziemy musieli doliczyć do tego promu, jak już przyjdą za nami wszystkie ewentualne doniesienia od szwedzkich kierowców o dwóch wariatach z Polski, którzy za nic mają ograniczenia prędkości tu obowiązujące. Dla podniesienia ciśnienia w Sztokholmie wita nas korek, który na szczęście udaje się nam w miarę sprawnie minąć. W kolejkę do odprawy wpadamy niecałe 40 min przed odpłynięciem promu i na pokładzie meldujemy się praktycznie w punkt – zanim udaje nam się zabezpieczyć i rozpakować motocykle oraz dojść do kajuty, to prom jest już w drodze. Było ostro, ufff</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/117.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2179" alt="117" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/117-300x225.jpg" /></a></p>
<p>Następnego dnia rano lekkie zaskoczenie – tu jest 1h do przodu, a budzenia w kabinie nie ma. Nasze zegarki i organizmy wskazują godzinę 6 rano, a tymczasem jest już 7 i jesteśmy na miejscu. W efekcie z promu zjeżdżamy w dość dużym pośpiechu i bez śniadania. Nic to – ważne, że się udało i jesteśmy w Finlandii. Pogodynka zapowiada całkiem dobrą pogodę, przed nami cały dzień śmigania po tutejszych winkielkach i na wieczór spokojnie zameldujemy się w Helsinkach. Prom do Tallina odpływa 19:30 także mamy sporo czasu. Po szybkim ‘zwiedzeniu’ od zewnątrz muzeum morskiego w Turku wyjeżdżamy z miasta i znajdujemy sobie przyjemne miejsce na śniadanko na łonie przyrody:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/118.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2180" alt="118" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/118-300x225.jpg" /></a></p>
<p>Analizujemy mapę i trzymając się formuły wyjazdowej pod tytułem perfekcyjna improwizacja dochodzimy do wniosku, że damy radę objechać od północy jezioro Päijänne (jakieś 300km na północny wschód), a potem drogami krętymi wrócimy sobie do Helsinek. Pomysł okazuje się być bardzo trafiony – drogi piękne, kręte, pogoda wspaniała, widoki cudowne, wokół pełno motocyklistów i luz pełny. W dodatku nie spieszy nam się specjalnie, bo mamy wystarczający zapas czasu.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/119.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2181" alt="119" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/119-300x225.jpg" /></a></p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/120.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2165" alt="120" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/120-300x225.jpg" /></a></p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/121.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2166" alt="121" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/121-300x225.jpg" /></a></p>
<p>- No właśnie, jak stoimy z czasem?</p>
<p>- Khmmm, tutaj jest chyba 1h do przodu, eee?</p>
<p>- Uuuups, nie mamy czasu!</p>
<p>Dzida na Helsinki! Po drodze oczywiście zaliczamy wszystkie możliwe czerwone światła, objazdy i roboty drogowe, jakie tylko mogły się pojawić. Do portu wpadamy o 18:50 podczas gdy prom odpływa o 19:30. Biletów jeszcze nie mamy. Biegnę do kas biletowych w terminalu. Bardzo miła pani w okienku informuje mnie, że miejsca na promie wprawdzie są, ale ona nie może nam już sprzedać biletów bo jest za późno. O tej porze musimy jechać bezpośrednio na bramki wjazdowe i tam nam sprzedadzą bilety, tylko musimy się pospieszyć, bo tam sprzedaż zamykają 20 min przed wypłynięciem. Jest godzina 18:57, mamy 33 minuty. Biegiem z powrotem do motocykla, do bramek dopadamy 19:02, luz mamy jeszcze 8 minut do końca sprzedaży biletów.</p>
<p>- Ja tu biletów nie sprzedaję, proszę odjechać – taki mniej więcej tekst słyszymy od nadętej baby w okienku odprawy. Do odpłynięcia promu pozostaje 25 min.</p>
<p>- Ale nam w kasie powiedzieli, że tutaj będziemy mogli bilety kupić – próbuję jeszcze walczyć, ale babsztyl jest nieubłagany. Ochrona każe nam wyjechać z kolejki i stanąć z boku. Niech to szlag – prom odpływa za 23 minuty, a my nie możemy dostać cholernych biletów.</p>
<p>W końcu przez bramki przejeżdża ostatni samochód i wołają nas do drugiego okienka, w którym pani jakby nieco sympatyczniejsza:</p>
<p>- Ile tych biletów? Dwa? I dwa motocykle? Ok, płatność kartą?</p>
<p>21 minut do odpłynięcia promu, mamy bilety! Rampa zaczyna się podnosić w tej samej sekundzie kiedy koła naszych motocykli dotykają pokładu. To się nazywa perfekcyjna improwizacja i punktualne przybycie na prom ????</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/122.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2167" alt="122" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/122-300x225.jpg" /></a></p>
<p>Podczas krótkiego rejsu rezerwujemy sobie nocleg w hostelu Paasu Villa w lesie ok. 60km za Tallinem obok miejscowości o nazwie Nelijarve. Do hostelu dojeżdżamy już o zmroku, ale miejscówka od razu nam się podoba. Klimat jak ze starych filmów epoki słusznie minionej o radzieckich pionierach na wakacjach. Hostel położony jest w zacisznym miejscu w lesie, nad jeziorem. Cały kompleks składa się z kilku budynków i widać, że jego historia sięga co  najmniej początków XX w. – potwierdza to zresztą tablica, z której wynika, że pierwsze schronisko turystyczne powstało tutaj w roku 1938 i zawsze nastawione było na turystykę aktywną – narty biegowe, kajaki, nurkowanie, itp. Teraz również w ofercie znajdują się atrakcje takie jak wyprawy samochodami terenowymi do lasu, przejażdżki amfibiami, quadami, rafting, nurkowanie i pomimo renowacji w początkach lat 2000 nadal odczuwalny jest tutaj duch starych czasów – recepcjonistka na widok aparatu fotograficznego z niepokojem pyta co i dlaczego chcę fotografować  i bacznie mnie obserwuje gdy robię kilka pamiątkowych zdjęć recepcji.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/123-e1595360274825.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2168" alt="123" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/123-e1595360274825-225x300.jpg" /></a></p>
<p>Na samym środku terenu, w otoczeniu zieleni uwagę przyciąga coś, co wygląda jak betonowa, omszała budka o bliżej nieokreślonym przeznaczeniu. Obiekt jest znakomicie wyeksponowany, stoi na podwyższeniu na środku terenu i pomimo koloru zlewającego się z otaczającym lasem nie da się tego czegoś nie zauważyć. Podchodzę bliżej i tajemnica się wyjaśnia – jest to najwyraźniej pomnik tzw. sławojki w bardziej nowoczesnym wydaniu ????</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/124.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2169" alt="124" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/124-300x225.jpg" /></a></p>
<p>To się nazywa mieć fantazję! ;-)</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Kolejny dzień przejazdu przez Estonię i Łotwę to ciągłe ganianie się z chmurą, zakończone niestety naszą porażką. Od południa praktycznie cały czas jedziemy w deszczu i w okolicach miejscowości Jakubowo na Łotwie postanawiamy, że na dzisiaj dosyć i czas szukać jakiegoś suchego noclegu. Zatrzymujemy się w przydrożnym barze i w ruch idzie booking.com., który wkrótce pokazuje nam motel Bu-Bu w odległości dwudziestu kilku km w kierunku dokładnie przeciwnym od naszego. Opinie o motelu są w porządku, a aplikacja w dodatku pokazuje, że ostatnia rezerwacja w tym obiekcie miała miejsce kilkanaście minut wcześniej. Jedziemy.</p>
<p>Wkrótce okazuje się, że wiarygodność bookinga jest równie wysoka jak typowego polityka na miesiąc przed wyborami. Nikt nie da ci tyle, ile taki obieca. Motel co prawda znajduje się dokładnie w miejscu wskazanym przez booking, ale jest zamknięty na głucho. Co więcej – wcale nie wygląda, jakby zamknęli go dzisiaj albo wczoraj. Sprawia raczej wrażenie, jakby kilka lat wcześniej dokonano tam jakiejś zbrodni, a duchy potępieńców ciągle tam zamieszkiwały. Zimny dreszcz przebiega mi przez plecy i nie wiem czy jest to bardziej wynik przemoczenia do skarpetek, czy klimatu tego miejsca. Tak czy inaczej nic tu po nas, trzeba szukać czegoś innego. Booking pokazuje najbliższy wolny nocleg ok 150 km dalej, a tymczasem zaczyna się robić późno i ciągle pada. Jedziemy powoli i rozglądamy się za czymś, co mogłoby posłużyć za kwaterę. Mijamy jakąś opuszczoną budowę i przychodzi mi nawet do głowy, żeby wbić na jej teren i rozłożyć namioty w żelbetowym szkielecie budynku, ale biorąc pod uwagę niezbyt wysoką temperaturę i nasze przemoczenie, nie jest to opcja napawająca przesadnym entuzjazmem. Podjeżdżamy pod kolejny bar, przy którym jest napis, że oferuje miejsca noclegowe i wokół stoi nawet kilka samochodów, ale ponownie nie jest to miejsce wzbudzające zaufanie. Decydujemy się jechać dalej.</p>
<p>Jadąc przez jakąś niewielką miejscowość i rozglądając się uważnie wokoło, nagle w oko wpada mi ciekawy zabytkowy budynek w trakcie renowacji, przed którym krząta się jakiś człowiek w roboczym ubraniu. Niewiele myśląc zatrzymuję się na podjeździe, podchodzę do gościa i pytam wprost czy nie znajdzie się u niego miejsce noclegowe dla dwóch zmokniętych i zmarzniętych motocyklistów. Budynek okazuje się być starą kuźnią, którą jej właściciel przerabia właśnie na zajazd i wprawdzie oficjalnie nie rozpoczął jeszcze działalności, ale ma już na tyle ogarnięte, że nocleg może nam zaoferować. Zasada perfekcyjnej improwizacji po raz kolejny sprawdza się znakomicie i chwilę później do naszej wyłącznej dyspozycji mamy kwaterę jak z filmu – na dole bar z kuchnią, na górze przestronny pokój z łóżkami, czystą pościelą i grzejnikiem. Mega klimatyczny nocleg i idealne podsumowanie naszej perfekcyjnie zaimprowizowanej eskapady.</p>
<p>O, tak to wygląda:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/125.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2170" alt="125" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/125-300x225.jpg" /></a></p>
<p>&nbsp;</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/126.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2171" alt="126" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/126-300x225.jpg" /></a></p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/127.jpg" rel="lightbox[2163]" title="Białoruś vel Skandynawia czyli wyjazd perfekcyjnie improwizowany (2019)"><img class="alignnone size-medium wp-image-2172" alt="127" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2020/07/127-300x224.jpg" /></a></p>
<p>Kolejny dzień to już jedynie szybki przelot do Warszawy i znowu trzeba będzie wracać do normalności. Szkoda, że przyjemności mają to do siebie, że szybko się kończą. Muszę przyznać, że był to jeden z fajniejszych wyjazdów, na których byłem. Wcześniej miałem okazję przejechać dużą część Szwecji, Norwegii i Finlandii kamperem i za każdym razem wracałem zachwycony i pełen wrażeń. Teraz wypróbowałem ten kierunek na motocyklu i z czystym sumieniem mogę polecić Skandynawię każdemu miłośnikowi motocyklowej, i nie tylko motocyklowej turystyki.</p>
<p>Gadżet – wielkie dzięki za wspaniały wyjazd i do następnego razu! :-)</p>
<p>W głowie kiełkuje mi już pomysł na następną wyprawę, i tym razem będzie to już większa i dłuższa sprawa. Szczegóły pojawią się na stronie <a href="http://www.cruiserowcy.com/">www.cruiserowcy.com</a> w swoim czasie…</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://cruiserowcy.com/bialorus-vel-skandynawia-czyli-wyjazd-perfekcyjnie-improwizowany-2019/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Gruzja off road 2017</title>
		<link>http://cruiserowcy.com/gruzja-off-road-2017/</link>
		<comments>http://cruiserowcy.com/gruzja-off-road-2017/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 28 Feb 2018 20:26:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://cruiserowcy.com/?p=2125</guid>
		<description><![CDATA[Szesnastego czerwca zaczęła się wielka przygoda. Wpakowaliśmy się do samolotu, żeby nie tracić prawie tygodnia na drogę lądem. Zarezerwowaliśmy sobie miejsca w ostatnim rzędzie i cieszyliśmy się jak dzieci, że to będzie nasz „koniec autobusu”. Niestety całą radosną atmosferę szlag trafił kiedy wzbiliśmy się w powietrze. Mianowicie na pokładzie było kilku małych pasażerów mających zaledwie dwanaście...]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Szesnastego czerwca zaczęła się wielka przygoda. Wpakowaliśmy się do samolotu, żeby nie tracić prawie tygodnia na drogę lądem. Zarezerwowaliśmy sobie miejsca w ostatnim rzędzie i cieszyliśmy się jak dzieci, że to będzie nasz „koniec autobusu”. Niestety całą radosną atmosferę szlag trafił kiedy wzbiliśmy się w powietrze. Mianowicie na pokładzie było kilku małych pasażerów mających zaledwie dwanaście miesięcy albo i mniej. Jeden z nich był wyjątkowo nieuprzejmy i zaczął wrzeszczeć tuż po starcie. Na nic zdały się lulanie, pomoc stewardes i zatyczki do uszu. Koniec końców mój wyczerpany organizm pozwolił mi zasnąć.</p>
<p>Po odebraniu bagaży znaleźliśmy kierowcę firmy Husky park ­– Miszę. Wsiedliśmy do jeepa i pojechaliśmy pod hotel. Na miejscu okazało się jednak, że pokój mamy zarezerwowany od godziny 14.00. Zważając na to, że dochodziła piąta rano, mieliśmy prawie dziesięć godzin wolnego. No tak, tylko co ma zrobić człowiek, który jest ledwo przytomny, nic mu się nie chce i nadal słyszy płacz dziecka?</p>
<p>Koniec końców znaleźliśmy restaurację i postanowiliśmy zjeść typowe gruzińskie śniadanie.  Słyszałam o pysznych potrawach Gruzji dlatego ślinka napłynęła mi do ust na samą myśl skosztowania ich. I muszę przyznać, że trochę się zawiodłam bo chaczapuri z serem nie było tak dobre jak sobie wyobrażałam. Tata powiedział,  że do niektórych smaków trzeba dojrzeć. Oczywiście nie zgodziłam się z nim i nadal obstawałam, że placek nie był smaczny.</p>
<p>Zwiedzanie zaczęliśmy od słynnego mostu, na który mówi się Podpaska. Nie wiem, skąd się wzięła ta nazwa, bo wkładka higieniczna, jak dla mnie, tak nie wygląda. Po drodze do „gdzieś” kupiliśmy słynny chleb, który piecze się na ścianie pieca. Był przepyszny a smaku dodawało mu to, że był ciepły i świeży.</p>
<p>Po przejściu 6 tys. kroków – według telefonu Grzesia – zatrzymaliśmy się w knajpce bo panowie chcieli wypić pierwsze piwo. Co prawda marudzili przy tym, że gruziński chmiel to siki ale i tak uraczyli się dwoma kuflami. Ja skorzystałam z okazji i zdrzemnęłam się bo było wygodnie i grzało słońce.</p>
<p>Spacerując dalej poznaliśmy wszystkie zakamarki Tbilisi. Było ciekawie bo uniknęliśmy śmierci pod kołami samochodu, spaliliśmy dużo kalorii i porobiliśmy wiele pięknych zdjęć. Oczywiście byłoby jeszcze lepiej gdybyśmy nie słaniali się na nogach.</p>
<p>Kiedy nadeszła wyczekiwana przez naszą trójkę czternasta odebraliśmy klucze do pokoju i poszliśmy spać. Znaczy tata i Grzesiu poszli bo ja tylko drzemałam i czytałam książkę.</p>
<p>Około szesnastej pojechaliśmy do Husky parku żeby załatwić formalności. Porozmawialiśmy też z Davidem, który założył Husky park. I to był ostatni raz kiedy go widzieliśmy.</p>
<p>Kiedy wróciliśmy do hotelu poszliśmy na taras. Znajdował się on na pierwszym piętrze hotelu i rozciągał się z niego cieszący oko widok. Na nasze nieszczęście w budynku obok odbywała się dyskoteka dlatego byliśmy zmuszeni słuchać gruzińskich bitów, które były gorzej niż masakryczne.</p>
<p>Zapomniałam jeszcze opisać hotel, w którym się zatrzymaliśmy. Wyglądał jak zwykła kamieniczka a pokoje były urządzone bardzo przyjemnie. Podziwiam właścicielki za ich inwencję twórczą. Wszystkie ściany były jakoś ozdobione.  Można było zobaczyć mozaiki, portrety, mnóstwo kwiatków i całą gamę kolorów.</p>
<p>Mimo małego, rannego nieudogodnienia muszę przyznać, że dzień był ciekawy. Miałam niezły ubaw słuchając sarkastycznych wypowiedzi Grzesia nt. gruzińskiego sposobu radzenia sobie z przewodami elektrycznymi no i wyrobiłam sobie nogi od naszych wspinaczek.</p>
<p>Drugiego dnia po zjedzeniu śniadania przyjechał po nas Misza. Pojechaliśmy do Husky parku bo dzisiaj  tata i Grzesiu mieli „wypróbować” motocykle. Musieli przyzwyczaić się do nowej wagi pojazdu i tak dalej. Ja załadowałam się do Jeepa z Miszą i podziwiałam piękne widoki nudząc się przy tym niemiłosiernie.</p>
<p>Jako że Misza był cichy i spokojny nie rozmawialiśmy zbyt dużo. Zresztą i tak nie mielibyśmy o czym. Jako, że nie lubię jazdy samochodem i zazwyczaj źle się czuję w puszce przysypiałam. To było strasznie męczące i czułam się jak ten tłusty facet z reklamy Gold Żeń Szeń. „Jesteś zmęczony własnym zmęczeniem? Jest ma to sposób. Kup tabletki Gold Zeń Szeń aby zniwelować uczucie senności.” Taaa&#8230; Coś w ten deseń.</p>
<p>Kiedy już myślałam, że zamienię się w Glendowera* zatrzymaliśmy się na obiad. Jedzenie kupiliśmy wcześniej dlatego nie musieliśmy szukać restauracji. Wystarczyło rozłożyć wszystko na masce samochodu i cieszyć się odpoczynkiem. W przypadku motocyklistów od błota i ciągłych trudności spotykanych w off roadzie, w moim od zmęczenia zmęczeniem.</p>
<p>W drodze powrotnej zaczęło lać tak, że zastanawiałam się czy Bóg albo aniołki nie biorą prysznica. W myślach śmiałam się też z tego, że tata i Grzesiu przemokną do suchej nitki.</p>
<p>Ponieważ jazda samochodem po asfalcie była krótsza od tej w dziczy razem z Miszą zwiedziliśmy ruiny twierdzy. Znowu mogłam podziwiać piękne widoki, które urzekły mnie bardziej niż te widziane zza szyby auta. Porobiłam kilka zdjęć i ponapawałam się gruzińskim krajobrazem.</p>
<p>Do Husky parku wróciliśmy jako pierwsi. Misza zajął się swoimi sprawami a ja usiadłam w barze i zaczęłam czytać książkę. Szło mi to jakoś dziwnie opornie i po raz pierwszy chciałam żeby ktoś przeszkadzał mi w lekturze. Po dwóch godzinach, które w moim wyobrażeniu rozrosły się do pięciu, tata i Grzesiu wrócili. Byli zmęczeni ale uśmiechnięci.</p>
<p>Po powrocie do hotelu i prysznicu poszliśmy do restauracji I love Tbilisi. Znaczy chyba się tak nazywała ale nie jestem pewna. Już z daleka widać było, że bydło zostało zapędzone do zagrody. Lokal pękał w szwach i obawiałam się, że nie znajdziemy miejsca a ja naprawdę nie miałam ochoty na dalsze spacery. Na nasze szczęście wolne stoliki były na najniższym piętrze.</p>
<p>Tym razem jedzenie smakowało jak prawdziwa ambrozja. A najlepsze były chinkali.  Zwykłe pierożki z mięsem i rosołem w środku a jakie pyszne! Oczywiście najedliśmy się powyżej uszu przez co z niemałym trudem dotarliśmy do naszego hotelu.</p>
<p>Bogu niech będą dzięki, że w tamten niedzielny wieczór nie urządzono dyskoteki. Mogłam (prawie) spokojnie zasnąć i męczyłam się tylko z powodu chrapania taty.</p>
<p>Trzeciego dnia wstaliśmy o 7.00 bo około 8.40 miał po nas przyjechać Misza.  Z hotelu udaliśmy się do Husky parku a stamtąd do Kazbegi. Misza zabrał mnie do małej wsi gdzie znajdował się prawosławny kościół. Była tam masa ludzi, którzy kłębili się przy straganach i w restauracjach. Tak szczerze to nie mogłam zrozumieć o co tyle hałasu. Większość kościołów w Gruzji wygląda tak samo a w samym miasteczku nie było nic co przyciągnęłoby oko.</p>
<p>Po kilkudziesięciu żmudnych kilometrach zatrzymaliśmy się w restauracji gdzie podawano najlepsze pierożki z mięsem w całym kraju. Muszę przyznać, że obiad bardzo mi smakował a najbardziej kebab.</p>
<p>Później zapakowałam się na motocykl razem z tatą bo dalsza droga do Kazbegi miała przebiegać po asfalcie. Jeżdżenie na motocyklu enduro bez oparcia za plecami nie było zbyt wygodne.  Tamtego dnia widoki podobały mi się znacznie bardziej. Wszędzie było zielono ale nie przesadnie.</p>
<p>W Kazbegi zakwaterowaliśmy się w domku Gruzinów. Podobało mi się tam. Panował swojski klimat i wszystko skrzypiało. Gospodarze byli niezwykle mili, mimo że z gospodynią trudniej było mi się dogadać bo nie umiem rosyjskiego. Teraz kiedy piszę tą relację i przebiegam wspomnienia w głowie dochodzę do wniosku, że w Kazbegi podobało mi się najbardziej.</p>
<p>Kolejny dzień i kolejna niespodzianka. Spodziewałam się, że wsiądę do Jeepa i pojadę dalej w Gruzję. Zaskoczeniem dla mnie i taty było to, że Misza miał wsiąść na motocykl czego skutkiem było to, że musiałam zostać w „domu”. Nie mając zbyt wielu opcji postanowiłam, że zwiedzę Downtown Kazbegi. Dostałam pieniądze od taty i wskazówki dotyczące drogi od gospodarza i rozpoczęłam spacer. Spasowałam po trzystu metrach i uznałam, że dalsza wędrówka nie będzie miała sensu bo w miasteczku nie było co oglądać. Resztę dnia spędziłam szukając książek na Watt padzie oraz zatapiając się w lekturze szóstej części cyklu „Dom Nocy”.</p>
<p>Piątego dnia mieliśmy udać się do Szatili.  Przez całe 100 km znowu  jechałam z tatą na motocyklu w roli plecaczka. Ostatni odcinek asfaltu był błotnisty, żwirowy i dziurawy przez co miałam najwięcej zabawy. Po przesiadce do Jeepa zaczęłam robić bardzo dużo zdjęć. Widoki były nieziemskie! Kilka razy drogę zastąpiły nam owce. Zachowanie zwierzaków bardzo mnie rozbawiło bo otoczyły samochód i przypatrywały się nam z wielką ciekawością w oczach.</p>
<p>Do Szatili dojechaliśmy drudzy. Kamienne miasteczko zrobiło na mnie wrażenie aczkolwiek obawiałam się, że nie będzie bieżącej wody. Całe szczęście kwatery były zaopatrzone w toalety i prysznice.  Wieczór spędziliśmy gawędząc w języku, który był pomieszaniem angielskiego, rosyjskiego i polskiego.</p>
<p>Człowiek, który śpi 11 godzin z reguły powinien być wyspany. Niestety jeżeli o 7 rano obudzi go musztra Niemców może słaniać się na nogach.</p>
<p>Droga powrotna z Szatili strasznie mi się dłużyła. Nie mogłam podziwiać widoków bo padało i było pochmurnie. Gdyby nie rozmowa z Miszą nt. muzyki i moja wyobraźnia umarłabym z nudów.</p>
<p>Na ostatnim odcinku drogi do Telavi mnie i Miszę spotkała niemała przygoda. Mianowicie chcieliśmy urozmaicić sobie męczącą podróż i postanowiliśmy zboczyć z głównej trasy i znaleźć własną. Samochód dawał radę przejeżdżać przez błoto do pewnego momentu. Właśnie w tamtym momencie utknęliśmy w brązowej paciaji. Misza starał się jak mógł wyjechać ale wszystko szło na marne. Całe szczęście znaleźliśmy pomoc. Mili Gruzini podwieźli nas do Telavi gdzie czekała na nas taksówka z członkiem Husky parku w środku. Misza musiał wrócić do Jeepa żeby zaczekać na ciągnik natomiast ja pojechałam do hotelu.</p>
<p>Ponieważ wszystkie bagaże zostały w samochodzie a tata, Grzesio i nasz przewodnik zmokli po drodze musieli zejść do restauracji w samych szlafrokach. Miny kelnerek i obsługi były obłędne i wyryły się w mojej pamięci. Jednakże najlepszy wyraz twarzy mieli inni klienci hotelu. Jak tylko spojrzeli na stolik, przy którym siedzieliśmy zrezygnowali z posiłku.</p>
<p>Po zapełnieniu żołądka wróciłam do mojego „apartamentu księżniczki” i poszłam spać.</p>
<p>Następnego dnia wyjechaliśmy z Telavi, aby wrócić do Tbilisi. Po raz kolejny droga dłużyła mi się niemiłosiernie i nie pomagały nawet piękne widoki i świetna pogoda. Tamtego dnia urządziliśmy sobie obiad na masce Jeepa. Podczas posiłku tata wpadł na pomysł żeby pojechać do Oazis club, na który wszyscy przystaliśmy. Udanie się do Oazis było bardzo dobrym pomysłem. Mogłam poznać  Ksawerego, który prowadził biznes a także pojechać na „koniec świata”.</p>
<p>W klubie panowała przyjazna atmosfera. Nam tez było miło niestety do czasu. Otóż byliśmy świadkami bardzo złego – przynajmniej moim zdaniem – traktowania konia.  Wszystko zaczęło się od tego, że dosłyszeliśmy jak jakaś dziewczyna mówi, że spadła z wierzchowca. No i trudno zdarza się. Natomiast koń, na którym jechała dostał po pysku i to jakimś kablem. Można wysuwać teorie, że koń bryknął albo zrobił skok w bok. Jednak nie można zapominać, że koń to tylko zwierzę! Koń nie zrozumie jeżeli ukarze się go dwadzieścia minut po jego złym zachowaniu. Trzeba reagować od razu.</p>
<p>Wracając przesiadłam się na motocykl i jechałam z tatą.  Po raz kolejny doszłam do wniosku, że jazda motocyklem jest lepsza od jazdy samochodem bo do Tbilisi dojechaliśmy szybko. Jednakże sam wjazd do Tbilisi można nazwać przeprawą przez dżunglę. Trafiliśmy na godziny szczytu a więc spaliny, hałas klaksonów i gorąca temperatura mieszały się ze sobą tworząc nieprzyjemną mieszankę. W końcu dotarliśmy do Husky parku i spędziliśmy czas na rozmowach i ćwiczeniu równowagi na motocyklu trialowym.</p>
<p>Później zameldowaliśmy się w hotelu i wdaliśmy się w energiczną konwersację nt. naszych przeżyć.</p>
<p>W sobotę po śniadaniu wyruszyliśmy w miasto. Naszym celem było kupno jedzenia na obiad.  Po powrocie do pokoju zjedliśmy połowę arbuza. Potem leniuchowaliśmy i czekaliśmy aż Misza przyjedzie po nas żebyśmy udali się na tzw. after party.</p>
<p>Kiedy Misza po nas przyjechał nie udaliśmy się jednak na imprezę końcową. Tak naprawdę to sam Misza w ogóle nie wiedział gdzie ma nas zawieść bo David nic mu nie powiedział. W końcu z (praktycznie) braku innych opcji poszliśmy do miejsca gdzie były organizowane wspinaczki na skałach.  Było gorąco dudniła muzyka a dzieci krzyczały, ale było przyjemnie.</p>
<p>Po gonitwie myśli zdecydowałam, że spróbuję wspiąć się na górę bloku skalnego w efekcie czego połamałam sobie paznokcie, poobijałam kolana i cała się spociłam. Ale wspinałam się tylko sześć minut.</p>
<p>Do hotelu wróciliśmy na piechotę i czekaliśmy w niewiedzy, aż ktoś da nam znać, o której zaczyna się after party.</p>
<p>Wreszcie o 22 Misza zabrał nas na imprezę końcową. Odbywała się w restauracji, którą ja nazywałam po prostu Restauracją z krowami.</p>
<p>Impreza była tak naprawdę kolacją w miłym towarzystwie. Ku naszemu zdziwieniu David się nie pojawił a zaznaczę, że „reklama” Husky parku powinna leżeć w jego interesie.</p>
<p>W niedzielę o 14 udaliśmy się do bani. Ja sama nie wchodziłam do sauny bo nie przepadam za oddychaniem gorącą parą, za to tata i Grzesiu byli bardzo zadowoleni. Ja natomiast wylegiwałam się w gorącym basenie siarkowym.</p>
<p>Po wspaniałym wypoczynku w gorącej wodzie znaleźliśmy sobie przytulne miejsce na ławce i zjedliśmy obiad. Później zwiedziliśmy Tbilisi na drugiej stronie rzeki. Spacer był naprawdę przyjemny i długi. Miło było też zatrzymać się w miejscu spotkań dorosłych, młodzieży i dzieci. Wspólne zabawy czy spotkania nie są u nas tak często spotykane jak tam.</p>
<p>Kolejne parę godzin spędziliśmy w małej restauracji siedząc na błękitnych pufach i zabijając nudę rozmową.</p>
<p>O 22 przyjechał po nas Misza i odwiózł nas na lotnisko.  Myślałam, że ponad sześć godzin do naszego lotu minie mi szybko ale się pomyliłam. Mój telefon się rozładował (i proszę sobie teraz nie myśleć, że dzisiejsza młodzież to tylko przed telefonami bo może ja jestem „dzisiejszą młodzieżą” ale nie wszystkie nastolatki należy wrzucać do jednego wora) przez co nie mogłam czytać książki. Nie miałam też wielu opcji żeby zabić czas dlatego kręciłam się po lotnisku jak jakiś narwaniec.</p>
<p>Kiedy przeszliśmy przez odprawę okazało się, że nasz samolot spóźni się pół godziny. Niby nie dużo czasu,ale miałam już dość spania na twardych, metalowych krzesłach i wolałam je zmienić na klaustrofobiczne miejsce w samolocie.</p>
<p>Po wejściu na pokład zdaliśmy sobie sprawę, że do Polski leci bardzo mało ludzi i nie było żadnego drącego się bachora. Większość lotu przespałam mimo że za mną siedział denerwujący staruszek, który cały czas szarpał moim fotelem. Nie miałam nawet siły poprosić żeby przestał. Droga do Gruzji- płaczące wniebogłosy dziecko. Powrót z Gruzji- staruszek z chorobą niespokojnych nóg.</p>
<p>W końcu wylądowaliśmy w Polsce i chyba jeszcze nigdy nie cieszyłam się tak jak wtedy, że wróciłam do domu.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/galerie/?album=18&#038;gallery=25"><strong>OBEJRZYJ GALERIĘ</strong></a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://cruiserowcy.com/gruzja-off-road-2017/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wyprawa do FYROM</title>
		<link>http://cruiserowcy.com/wyprawa-do-fyrom/</link>
		<comments>http://cruiserowcy.com/wyprawa-do-fyrom/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 19 Feb 2018 10:54:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://cruiserowcy.com/?p=2062</guid>
		<description><![CDATA[Ktoś wie gdzie takie państwo leży? ;-) Jasne, że w razie czego woojek google zaraz podpowie, ale ja się pytam, kto tak na pierwszy rzut oka na tą nazwę wie co to za państwo i gdzie leży? hę? Udział biorą (w kolejności absolutnie przypadkowej): 1. Damianczyk i Biedrona – BMW GS 1200 R ADV 2....]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Ktoś wie gdzie takie państwo leży? ;-) Jasne, że w razie czego woojek google zaraz podpowie, ale ja się pytam, kto tak na pierwszy rzut oka na tą nazwę wie co to za państwo i gdzie leży? hę?</p>
<p>Udział biorą (w kolejności absolutnie przypadkowej):</p>
<p>1. Damianczyk i Biedrona – BMW GS 1200 R ADV</p>
<p>2. Qba – Honda Crosstourer</p>
<p>3. Gadżet – BMW 1200 RT</p>
<p>4. Tommy – Yamaha XVS 1300</p>
<p>No właśnie, FYROM – tam nas jeszcze nie było, i pewnie gdyby zadać pytanie w sondażu ulicznym co to za państwo i gdzie leży, praktycznie nikt nie byłby w stanie udzielić odpowiedzi. Tak więc spieszę z wyjaśnieniem za ‘wszechwiedzącą’ Wikipedią: Former Yugoslav Republic of Macedonia – FYROM, mac. Поранешна Југословенска Република Македонија – ПЈРМ, transliteracja Poranešna Jugoslovenska Republika Makedonija – PJRM, alb. Ish Republika Jugosllave e Maqedonisë – IRJM) – państwo w Europie Południowej, powstałe po rozpadzie Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii, leżące na Półwyspie Bałkańskim i zajmujące ok. 38% regionu historycznego i geograficznego Macedonia.</p>
<blockquote><p>Czyli wszystko jasne – tym razem zaniosło nas do Macedonii.</p></blockquote>
<p>Skąd takie zamieszanie z nazwą? Przecież raczej wszyscy kojarzą ten kraj jednak jako Macedonia, tak też opisana jest na dostępnych u nas mapach. Otóż wszystkiemu winna jest jak zwykle historia i nieodłącznie z nią związana polityka (u nas niektórzy nazywają to ‘polityką historyczną’), a konkretniej sprzeciw Grecji wobec używania nazwy Macedonia przez ten mały i niezbyt bogaty kraj. Sprzeciw dlatego, że oficjalna doktryna polityczna Grecji mówi, że dzieje państwa Aleksandra Macedońskiego są dziedzictwem <span style="text-decoration: underline;">wyłącznie</span> greckim. Uznając nazwę Macedonia musiałaby Grecja jednocześnie uznać fakt istnienia na swoim terytorium mniejszości macedońskiej. Czyli, że co? W państwie greckim miałaby istnieć mniejszość, od której wywodzą się dzisiejsi Grecy?!? W dodatku tą mniejszość w XX wieku, czyli całkiem niedawno, okrutnie w Grecji prześladowano. Przykładem może być odebranie rodzicom i wysiedlenie kilkunastu tysięcy dzieci pod koniec lat 40 ubiegłego wieku (prawie 2 tys. z nich trafiło do Polski i tu znalazło schronienie). Ludzie ci aż do końca lat 80tych XX w. nie mogli wrócić do miejsca swojego urodzenia jeżeli nie zgodzili się wcześniej wyrzec swojej tożsamości, uznając się za Greków i przyjmując greckie imiona i nazwiska. Mało to chwalebna karta w historii państwa wchodzącego w skład politycznie poprawnej i miłującej prawa człowieka Unii Europejskiej – nieprawdaż?</p>
<p>Co gorsza – ta mniejszość, czyli obecni Macedończycy są etnicznie… Słowianami! Czyli wynika z tego, że ciemnowłosi i śniadzi mieszkańcy Hellady w rzeczywistości po ‘jedynie swoich’ przodkach z imperium Aleksandra powinni być chyba raczej bladymi, niebieskookimi blondynami ;-)? W dodatku w czasie gdy Grecji jako takiej nie było, gdyż składała się z mniej lub bardziej powiązanych ze sobą polis (Państw Miast jak np. Ateny), Macedonia była imperium o światowym zasięgu, a greckie polis w dużej większości były od niej zależne. Cała ta oficjalna wersja jedynie słusznej ‘polityki historycznej’ Grecji jakoś się kupy nie trzyma i tym trudniej jest im uznać fakt istnienia narodu i państwa macedońskiego. To trochę tak jakby dzisiejszym Rosjanom tłumaczyć, że początków ich państwowości należy szukać w okolicach Kijowa.  Historycznie taka jest prawda, ale wcale nie oznacza to, że Ukraińcy są przodkami Rosjan, a aktualni Macedończycy przodkami aktualnych Greków. Zanim jednak przeciętny mieszkaniec Hellady lub Federacji Rosyjskiej karmiony ‘oficjalną doktryną’ zagłębi się wystarczająco w meandry historii, prędzej gotów jest dać w zęby każdemu kto takie ‘herezje’ opowiada. W trosce więc o całość własnego uzębienia zostawmy historię w spokoju (kogo temat zainteresował, ten sam sobie doczyta) i przejdźmy do teraźniejszości :)</p>
<h6>Prolog</h6>
<p>W tym roku punkt zborny ustalamy w Tyliczu – miejsce idealne, każdy jest w stanie dojechać tam po pracy, a jednocześnie jesteśmy już prawie na granicy polsko-słowackiej i na drugi dzień możemy sprawnie wyruszyć w dalszą drogę. Zgodnie z naszą niepisaną tradycją w środę przed długim weekendem wyruszając z różnych miejsc, o różnych godzinach i jadąc różnymi drogami w końcu i tak bezbłędnie trafiamy na siebie na trasie. Jakieś 80km od Tylicza mijając bokiem niewielki korek w lusterkach widzę cisnącego za mną znajomego GSa, a następnie kilkanaście km od celu oczom naszym ukazuje się majestatycznie pokonująca zakręty Yamaha z Tomkiem na pokładzie. Po znalezieniu naszej kwatery szybko ustalamy, że Gadżet ma jeszcze spory kawałek drogi przed sobą, także nie czekając na niego idziemy ‘w miasto’ na jakąś kolację. W Tyliczu jest taka knajpa, co nazywa się Wiejska Chata i oferuje znakomicie skomponowaną herbatkę po góralsku i przepyszną kwaśnicę. Byliśmy, próbowaliśmy i śmiało polecamy, a jak ktoś ma takie szczęście jak my, to jako dodatek do owych smakowitości może jeszcze wysłuchać niesamowitych opowieści Wieśka właściciela knajpy. My wysłuchaliśmy między innymi o tym jak to jego córka zdając na prawo jazdy wjechała w taczkę stojącą przy drodze, opieprzyła instruktora, że nie  hamował (a przecież ma hamulec po swojej stronie!), a biedny ‘operator taczki’ dowiedziawszy się z czyją córką ma do czynienia bardzo przepraszał, że w ogóle się tam znalazł. Córka prawo jazdy podobno już ma :).</p>
<p>Były też opowieści o nartach, survivalu na quadach i skuterach śnieżnych dla spragnionych wrażeń bogatych turystów, którzy za duże pieniądze są skłonni sprawdzić swoje zdolności przetrwania nocy w górach wyposażeni w dwie zapałki i scyzoryk (poza quadem oczywiście ;-)) itp. itd. Wszystkiego tutaj nie zdradzimy &#8211; Wiesiek też musi mieć co opowiadać nowym gościom, ale knajpę szczerze polecamy, bo jedzenie zacne tam dają.</p>
<h6>Wyprawa właściwa</h6>
<p>Kolejnego dnia nie ma sensu opisywać – po prostu tranzyt przez Europę z punktem docelowym na południe od Belgradu w hotelu 1000 Ruza, dokąd docieramy późnym popołudniem po pokonaniu kilku granic i niezliczonej ilości korków spowodowanych robotami drogowymi. Przeciskając się pasem awaryjnym błogosławimy nasz wybór co do środka transportu. Jest gorąco, to fakt, ale motocyklami przynajmniej da się przejechać, podczas gdy kierowcy samochodów mają przed sobą wielogodzinne stanie w pełnym słońcu bez możliwości żadnej ucieczki. <em><strong>Prze-rą-ba-ne.</strong></em></p>
<p>Hotel 1000 Ruza jest kolejnym miejscem podczas tegorocznej wyprawy, który możemy spokojnie polecać. Bardzo dobra lokalizacja tuż przy obwodnicy Belgradu, ale już za miastem – idealna na nocleg tranzytowy w drodze na południe Europy, pod warunkiem wszakże jazdy na motocyklu, gdyż samochodem jak już wyjaśniliśmy sobie powyżej, raczej się stoi, a nie jedzie. Teren ogrodzony, bezpieczny parking i knajpa ze znakomitym jedzeniem w ilościach takich, że bez wcześniejszego treningu ciężko pokonać wszystko co wjeżdża na stół.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac1.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2072" alt="mac1" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac1.jpg" /></a></p>
<p style="text-align: center;">Na zdjęciu Gadżet w pozycji wyjściowo-bojowej szykuje się do ataku na mix z grilla dla dwóch osób ????</p>
<p>Naszym pierwszym punktem do zobaczenia w Macedonii są kamienne lalki w okolicy miejscowości Kuklica. Niesamowite formy skalne, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, swoje istnienie zawdzięczają skomplikowanym relacjom damsko-męskim, nieszczęśliwej miłości, czarom i klątwie. Otóż w dawnych czasach na tych terenach żył sobie pewien kawaler. Przystojniak był nieprzeciętny, a przy tym i kochliwy i nieustannie na miejscowych pannach skoncentrowany. Pewnego razu zakochał się jednocześnie w dwóch dziewczynach – jedna była brzydka jak noc, ale za to bardzo bogata, a druga piękna jak kwitnąca róża, ale zarazem bardzo biedna. Chłopakowi ciężko było dokonać wyboru. Postanowił więc oświadczyć się obu na raz, a ostateczną decyzję podjąć dopiero w dniu ślubu. Owego dnia panna piękna długo czekała na swojego oblubieńca, ale na próżno. Kiedy usłyszała radosną muzykę i zobaczyła wesoły pochód weselników zrozumiała, że jej ukochany wybrał jednak dostatnie życie u boku szkarady zamiast słodkiej biedy u boku piękności. Bardzo się zezłościła i rzuciła na młodą parę wraz ze wszystkimi weselnikami i na siebie również straszną klątwę – jak tylko pan młody pocałował swoją małżonkę natychmiast wszyscy obecni zamienili się w kamienie i tak stoją do dzisiaj – młoda para w centrum a weselnicy naokoło. Ta z wielkim cycem to panna młoda, jakby co:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac2.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2073" alt="mac2" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac2.jpg" /></a></p>
<p>Rzecz jasna tak naprawdę to ciekawe zjawisko przyrodnicze jest efektem wielowiekowych procesów erozji, ale taka wersja jest nudna jak flaki z olejem. Prawda, że znacznie fajniej czyta się o legendach z takich miejscach? Zapadają głębiej w pamięć i od razu jest ciekawiej ;-)</p>
<p>Po opuszczeniu skamieniałego weseliska zatrzymujemy się na małe conieco w przydrożnym barze.</p>
<blockquote><p>Bar jest położony w przydomowym sadzie, po  którym leniwie przechadzają się spasione i zadowolone z życia koty.</p></blockquote>
<p>Siadamy w przyjemnym cieniu i zamawiamy specjalność tej części Europy, czyli sałatkę szopską – mieszankę świeżych warzyw i pysznego sera startego na tarce, a w smaku przypominającego nieco fetę. Tym razem również okazuje się to znakomitym wyborem – gospodyni przygotowuje nasze zamówienie ze składników własnoręcznie i na naszych oczach zebranych z własnego ogródka. Sałatka z chrupiącym chlebem przydymionym nieco na grillu smakuje wybornie, wystarcza spokojnie do zaspokojenia głodu i nie powoduje potem ociężałości ani senności przeszkadzających w dalszej jeździe. Nie wiem jak inni, ale ja zdecydowanie jestem fanem sałatki szopskiej, a zwłaszcza podawanej w tak pięknych okolicznościach przyrody.</p>
<p>Naszym kolejnym celem jest Skopje, ale zanim tam dotrzemy jesteśmy zmuszeni niezliczoną ilość razy zatrzymać się na bramkach z opłatą za drogi. A więc poza Polską istnieje jeszcze jakiś kraj z tak idiotycznym systemem poboru opłat! To miło, że nie jesteśmy osamotnieni. Szkoda tylko, że w głupocie… Ja wiem, że bramki istnieją w wielu krajach, ale jeśli już ktoś wprowadza takie rozwiązanie (np. Francja), to przynajmniej stara się lokalizować je na zjazdach w taki sposób, żeby nie zakłócały normalnego ruchu. We wspomnianej Francji jak już podróżny przejedzie przez pierwsza bramkę, to dopóki nie opuści systemu autostrad, nie musi się zatrzymywać na żadnej kolejnej. W Macedonii tak samo jak u nas, bramki co jakiś czas stoją w poprzek autostrady zmuszając wszystkich do zatrzymania się i wniesienia opłaty.</p>
<blockquote><p>Częstotliwość takich przymusowych przystanków jest zaś doprowadzona do granic absurdu – nawet co kilkanaście km, a kolejne opłaty to w przeliczeniu kilka PLN. Kompletnie bez sensu.</p></blockquote>
<p>W Skopje trochę błądzimy bo drogi co chwila zablokowane przez jakieś inwestycje, ale w końcu docieramy pod zarezerwowany uprzednio hotel Centar. Miejscówka z zewnątrz nie zachęca &#8211; Centar jest starym hotelem przylepionym do miejskiej hali sportowej (coś jak nasze dawne hotele MOSIR – kto był, wie o czym mowa ;-)). W środku jednak miłe zaskoczenie – hotel jest świeżo wyremontowany, czysty i nie licząc kompletnego braku wentylacji w łazienkach, dość dobrego standardu. Największym jednak atutem tego miejsca jest wliczony w cenę noclegu dostęp do pływalni. W określonych godzinach wieczorem oraz rano do dyspozycji gości hotelowych są dwa baseny – jeden 25 metrowy z 6 torami a drugi pełnowymiarowy olimpijski 50m! Rano dnia następnego 2/5 naszej grupy wraz z jeszcze jednym gościem z hotelu ma oba te baseny tylko dla siebie. Jak dla mnie – bomba, a 3/5 grupy (pseudonim ‘śpiochy’) niech żałuje! :-)</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac3.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2074" alt="mac3" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac3.jpg" /></a></p>
<p>Zanim jednak nastanie ten dzień kolejny idziemy w miasto, a tam pomnik na pomniku pomnikiem pogania. I co jeden, to większy. Począwszy od wszechobecnego Aleksandra, poprzez Cara Samuela, Karposa &#8211; przywódcę powstania antytureckiego z XVII w., aż po Upadłą Madonnę z Wielkim Cycem von Klompa… uuups, przepraszam to nie ta bajka ;-). Wielki cyc owszem jest, ale nie należy do Upadłej Madonny, tylko do matki w czterech postaciach karmiącej, tulącej i bawiącej swoje dzieci na kolejnym wielkim pomniku. Obok pomników dumnie rozpychają się gmaszyska muzeów, urzędów, biurowców, hoteli. Wszystko to sprawia wrażenie nieco nie z tego miejsca, jakby rozpychało się na zbyt małej działce, której właściciel koniecznie chce pokazać jaki z niego bogacz i pomimo braku miejsca ładuje na nią coraz to nowe dowody swojej wielkości. Nówka sztuka, wielkie pomniki i budowle sąsiadują z dziurawymi chodnikami, zaschniętymi plackami betonu pozostawionymi tam gdzie się wylały z betoniarki, rusztowaniami i płotami otaczającymi budowy kolejnych molochów. Za jakiś czas być może z tego chaosu wyłoni się jakaś estetyczna całość, ale póki co wygląda to na jeden wielki bałagan.</p>
<p>Trochę znużeni tą gigantomanią zanurzamy się w wąskich ulicach starówki w poszukiwaniu napojów odświeżających. Po krótkim spacerku znajdujemy lokal, który dumnie ogłasza się jako pierwszy kraftowy browar w Macedonii. Stoły rozstawione na niewielkim placyku z widokiem na twierdzę, częściowo pod starymi murami. Na stolikach tabliczki z ostrzeżeniem, że goście siadają tu na własną odpowiedzialność – nie bardzo wiadomo czy z powodu odpadających kamieni, czy z powodu gołębi przeprowadzających regularne naloty z bombardowaniami. Jest klimat. Jest i bardzo dobre piwo. Jednym słowem miejscówka ma wszystko co potrzeba ;-)</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac4.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2075" alt="mac4" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac4.jpg" /></a></p>
<p>Po odbudowaniu nadwątlonych sił idziemy zwiedzać twierdzę. Chodząc po murach trudno stwierdzić z całą pewnością, czy twierdza właśnie się buduje, właśnie się rozpada, czy właśnie jest poddawana badaniom archeologicznym i renowacji.  Jest to przedziwny mix starych i odbudowanych murów, całkiem niedawno wykonanych chodników, niedokończonych restauracji (chyba restauracji?) i tarasów widokowych. Wejść można praktycznie wszędzie, w każdą przysłowiową dziurę, bo nikt tego nie pilnuje, chociaż przy bramie budka strażnicza jest i jakieś mniej lub bardziej rozpadające się barierki i ogrodzenia teoretycznie przynajmniej pokazują strefy zamknięte. Inna sprawa, że do wejścia w niektóre zakamarki trzeba być pozbawionym instynktu samozachowawczego, albo przynajmniej zmysłu powonienia… Generalnie twierdza jako taka, podobnie jak samo miasto, sprawia wrażenie raczej bałaganu, nad którym nikt tak do końca nie panuje. Fajnym akcentem, na jaki natykamy się podczas spaceru wewnątrz murów jest grupa ludzi tańcząca do rytmu bałkańskiej muzyki odtwarzanej z przenośnego głośnika dość dużej mocy. Widok pląsających ludzi na tle murów obronnych i zachodzącego słońca ma swój urok.</p>
<p>Po obejściu twierdzy kierujemy się dalej na starówkę, tym razem wchodząc w część wyraźnie muzułmańską. Widać sporo meczetów, jest nawet uniwersytet sponsorowany przez Turcję. Generalnie wszędzie tam, gdzie są zadbane i odnowione budynki typu meczet, łaźnia lub inne związane z kulturą muzułmańską, można również dostrzec tabliczki informujące o sponsoringu ze strony Turcji. Najwyraźniej Imperium Otomańskie pracuje nad odbudowaniem swoich wpływów i pozycji. Dawniej nie do końca im to wyszło przy pomocy kindżału, to być może teraz uda się przy użyciu grubszej gotówki.</p>
<p>W tych rejonach miasta widać raczej niewielu turystów, knajpy pełne są miejscowych, ale na ulicach panuje dziwna atmosfera.</p>
<blockquote><p>Początkowo nawet dość trudno stwierdzić o co chodzi, ale już po chwili zdajemy sobie sprawę, że niezwykły jest właśnie ten spokój i cisza.</p></blockquote>
<p>Żadnego gwaru charakterystycznego dla wieczornego miasta – ludzie po prostu siedzą i jedzą w milczeniu, ewentualnie rozmawiając po cichu. Nie słychać też muzyki. Wrażenie jest prawdę powiedziawszy dość nieciekawe. Niby nic takiego się nie dzieje, jest spokojnie, ale tak trochę nieswojo i pomimo dochodzących zewsząd apetycznych zapachów nie decydujemy się na kolację w tym otoczeniu i wracamy w rejony bardziej gwarne. Wkrótce znajdujemy niewielki placyk, gdzie wszystko wygląda tak jak powinno – wszędzie gdzie się da porozstawiane stoliki, knajpy jedna na drugiej, pełno ludzi i wokół rozbrzmiewają wesołe rozmowy w wielu językach, słychać jakąś muzykę, pokrzykiwania kelnerów. Normalny szum i gwar, którego człowiek spodziewa się po takim miejscu.</p>
<p>Udaje nam się złapać zwalniający się stolik i prawie natychmiast obok nas pojawia się kelner z jednej z knajp i chwilę później na stół zaczynają wjeżdżać ajrany, sałatki szopskie, chleby tureckie i fura znakomicie przyrządzonego mięsa. Trzeba przyznać, że tutejsza kuchnia generalnie bardzo nam odpowiada.</p>
<blockquote><p>Gdy tak sobie siedzimy przy stole zatopieni w bałkańsko-turecko-greckich smakach, w pewnym momencie czuję jakby coś właziło mi do kieszeni. Odwracam się, żeby zdzielić albo złapać intruza, a tu moim oczom ukazuje się… dziecko.</p></blockquote>
<p>Może 3 letnie, a może nawet młodsze, o ciemnej karnacji, które błyskawicznie cofa rączkę i z miną aniołka odsuwa się pod nogi mamusi – owiniętej w chusty młodej, całkiem niebrzydkiej muzułmanki, która zajmuje się żebractwem. Wcześniej chodząc po ulicach widzieliśmy takich sporo. Chodzą z małymi dziećmi, w rękach mają niewielkie koszyczki i wywracając oczami i mamrocząc jakieś skargi na ten podły świat usiłują wysępić datki od przechodniów, a zwłaszcza od turystów. Słyszałem też wcześniej wielokrotnie o zjawisku przyuczania dzieci do kradzieży kieszonkowych, ale pierwszy raz w życiu spotkałem się z tym tak bezpośrednio i, że tak powiem, namacalnie. Dzieciak ewidentnie wiedział co robi i był absolutnie świadomy, że może to robić w zasadzie bezkarnie, bo ilu ludzi na widok takiego małego ‘aniołka’ będzie próbowało użyć siły albo da radę zareagować w inny stanowczy sposób? Śmiem twierdzić, że większość ludzi wychowanych w naszym kręgu kulturowym (mam na myśli szeroko pojęty ‘Zachód’) będzie na tyle zaskoczonych, że mały złodziejaszek zdąży spokojnie schować się pod spódnicę mamusi, a ta w razie czego zacznie wrzeszczeć albo po prostu ucieknie i szukaj wiatru w polu. Całe szczęście, że my byliśmy na tyle przewidujący, że wszystkie cenne rzeczy leżały na stole przed naszymi oczami, a moja kieszeń była pusta, ale od tej chwili pilnujemy się jeszcze bardziej.</p>
<p>Po opuszczeniu Skopje kierujemy się na Kanion Matka (Кањон Матка). Miejsce to powstało na skutek budowy zapory na rzece Treska w latach 30-tych XXw, ale kilkadziesiąt lat po tym fakcie jezioro wygląda jakby było tam od zawsze. Na parkingu przed samym wejściem na ścieżkę prowadzącą do jeziora wita nas, typowy niestety dla Macedonii, widok sterty śmierdzących śmieci. Podczas naszej podróży spotkamy się z tym jeszcze wielokrotnie i jeśli kraj ten kiedykolwiek będzie chciał konkurować o turystów ze swoimi sąsiadami (nie wyłączając Albanii), miejscowi muszą koniecznie zmienić swoją mentalność i posprzątać wokół siebie. Pracy przy tym będą mieli baaaardzo dużo…</p>
<p>Tymczasem zostawiamy ten mało interesujący widok i zapachy, aby zamienić je na znacznie ciekawszy widok kanionu i jeziora, o których wcześniej czytaliśmy, że są obowiązkowym punktem dla każdego odwiedzającego Macedonię. Krótki spacer wąską, wyłożoną kamieniami ścieżką i naszym oczom ukazuje się szczyt zapory a za nim jezioro. Za jednym z zakrętów ścieżki siedzi chłopak otoczony kapokami, a przy nim łódka z baldachimem z trzciny. Klimat jak z Wietnamu normalnie. Na ten widok Tommy, wykazując się znacznym doświadczeniem w takich sprawach stwierdza, że gdyby chciał dużo chodzić to nie byłby motocyklistą, a poza tym znacznie lepiej jest słabo płynąć niż dobrze iść. Trudno polemizować z tak głęboko przemyślaną filozofią i już za chwilę siedzimy sobie wygodnie w łódeczce, która wiezie nas w głąb kanionu. Widoki wokół nas uzasadniają w 100% wszelkie wcześniej czytane pochwały na temat tego miejsca. Zbocza kanionu, porośnięte gęstym lasem ostro schodzą do samego jeziora. Po jednej stronie widać wijącą się po zboczu ścieżkę dla fanów chodzenia pieszo, która w wielu miejscach pozbawiona jest jakichkolwiek barierek i z pewnością może budzić sporo emocji. Po drugiej stronie, raz za razem, w zaroślach nad samą wodą widać mniej lub bardziej koślawe domki na palach z dachami z desek i liści, wyglądające jakby żywcem przeniesiono je z jakichś tropików. Patrząc na niektóre z nich mam wrażenie, że za chwilę na pokrzywionych tarasach i pomostach, w oparach dymu z palonego zioła pojawi się ekipa w kolorowych beretach przykrywających dredy, a po wodzie popłyną dźwięki w stylu: <a href="https://www.youtube.com/watch?v=U7vFCWEERNA">https://www.youtube.com/watch?v=U7vFCWEERNA</a> .</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac5.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2076" alt="mac5" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac5.jpg" /></a></p>
<p>Pomimo, że kolorowe towarzystwo jednak się nie pojawia, to i tak uznajemy to miejsce za warte zobaczenia bez żadnych wątpliwości. Jego powstanie zostało zainicjowane ręką człowieka, ale przez te wszystkie lata przyroda zrobiła swoje i całość wygląda niezwykle malowniczo.</p>
<blockquote><p>Naszym następnym punktem programu jest zatopiony kościół w miejscowości Mavrowo.</p></blockquote>
<p>Powstanie jeziora i w konsekwencji zatopienie kościoła było, podobnie jak w przypadku Kanionu Matka, dziełem człowieka. W latach 50-tych XX w. lokalne władze zdecydowały o konieczności zapewnienia rezerwuaru wody pitnej i w wyniku tej decyzji powstała tama, a kościół miał nieszczęście stać w samym środku utworzonego sztucznie jeziora. Poziom wody w jeziorze waha się w zależności od pory roku i intensywności opadów i kościół raz jest pod wodą, a raz na lądzie. My akurat trafiamy na okres ‘lądowy’, co pozwala nam na wejście do środka i naoczne przekonanie się, że nadmiar wilgoci generalnie nie służy budowlom skonstruowanym jako lądowe. Wnętrze przykryte jest gruzem z zawalonego dachu niegdyś pokrytego łupkiem, na popękanych ścianach rosną całkiem już spore drzewka, a jedynym zachowanym elementem wystroju jest tablica upamiętniające kogoś najwyraźniej ważnego dla lokalnej społeczności, umieszczona nad wyjściem z kościoła, na której wyraźnie odznaczył się zmienny poziom wody.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac6.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2077" alt="mac6" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac6.jpg" /></a></p>
<p>Niski stan wody pozwala nam na zorganizowanie całkiem przyjemnego pikniku i zjedzenie lunchu u stóp kościoła. Widać stąd okoliczne wzgórza, a na nich stoki narciarskie – Mavrowo zimą zmienia się ponoć w narciarski kurort, którego stoki teraz widoczne jako zielone przecinki w lesie, wyglądają na całkiem wymagające. Wokół jeziora zaliczamy jeszcze bardzo malowniczą drogę typu ‘jelitka’ czyli bez jednego prostego odcinka na długości kilkunastu km i obieramy kierunek na Prilep. Chcemy tam obejrzeć Monastyr Treskavec (Успение на Пресвета Богородица) położony na wzgórzu kilka km od miasta, a i być może zanocować, gdyż czytaliśmy, że miejscówka jest klimatyczna.  Do monastyru prowadzi bardzo wąska i kręta droga:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac7.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2078" alt="mac7" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac7.jpg" /></a></p>
<p>Pomimo całkiem niezłego asfaltu wpinamy się do góry dosyć wolno, bo agrafki ciasne, na zakrętach pełno żwirku, a barierek oczywiście żadnych nie ma.</p>
<p>Jadę jako ostatni w grupie, przede mną Tommy dzielnie pokonuje kolejne winkielki, aż tu nagle ni z tego ni z owego motocykl Tomka nabiera niesamowitego przyspieszenia…. ale w bok, a nie do przodu! Wygląda to niesamowicie i bardzo groźnie, bo pomimo niewielkiej prędkości (jedziemy max na 2 biegu) w ułamku sekundy maszyna wylatuje poza asfalt, za którym nie ma nic. Jest tylko wielka, otwarta przestrzeń po horyzont.</p>
<p>Jadąc za nim oczami wyobraźni już widzę, że nasza wyprawa dobiegła właśnie końca i za chwilę będziemy zbierać gdzieś na dole kolegę, w najlepszym wypadku tylko połamanego. Na szczęście długa i niska Yamaha łapie grunt pod ramą i zatrzymuje się z przednim kołem wiszącym całkiem luźno nad przepaścią.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac8.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2079" alt="mac8" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac8.jpg" /></a></p>
<p>Tomek ze stoickim spokojem stwierdza, że właśnie zbierał się do opuszczenia pokładu, ale jednak się rozmyślił i postanowił zostać do samego końca ;-). Twardziel…</p>
<p>Zabieramy się za wyciąganie sprzęta z powrotem na drogę, ale nie jest to łatwe. Ciężki motocykl oparty na ramie niespecjalnie ma ochotę nas słuchać. Na szczęście zbliża się jakiś samochód, i to w dodatku 4&#215;4 – na pewno nam pomoże. W końcu jesteśmy w górach, w potrzebie i zbliża się wieczór. Na pewno nam pomoże. Na pewno nam po…macha pop z uśmiechem na brodatej twarzy i pojedzie dalej.</p>
<blockquote><p>Nasze szczęki z głośnym grzechotem uderzają o asfalt. Pop, batiuszka, ojczulek wyświęcony, w drodze do monastyru, widząc w górach dwóch ludzi w potrzebie nawet nie zwalnia, tylko z uśmiechem macha łapką i jedzie dalej! Przykład miłosierdzia pełnym ryjem, że się tak wyrażę.</p></blockquote>
<p>Na szczęście w międzyczasie chłopaki zorientowali się, że coś musiało się stać i z góry zjeżdża Damian. We trzech dajemy radę wytargać Yamaszkę na czarne. Po wygrzebaniu sterty kamyków z wentylatora moto odpala bez żadnego problemu i wkrótce docieramy na szczyt. Kilkadziesiąt metrów poniżej monastyru przygotowano parkingi, a znak zakazu wjazdu blokuje (przynajmniej teoretycznie) dalszą drogę.</p>
<p>Zastanawiamy się, czy iść czy jechać dalej, gdy nagle z góry zjeżdża jakieś auto. Skoro oni mogą to i my możemy – decydujemy się na dalszą jazdę pod samą bramę monastyru. Wyjeżdżając z parkingu kątem oka widzę kolejne auto zjeżdżające z góry i odruchowo hamuję, co niestety kończy się mało efektownym paciakiem. Ciężkie moto ustawione w poprzek dość stromej drogi po prostu mnie przeważa i nie daję rady go utrzymać. Zabawne, jak silne są w człowieku odruchy. Potem, analizując to na chłodno dochodzę do wniosku, że po prostu zabrakło mi szkolenia. Gdybym zamiast kurczowo trzymać hamulec i próbować utrzymać wszystko na jednej nodze, wbrew odruchom skierował moto dziobem do dołu i dodał gazu, najprawdopodobniej po prostu zjechałbym kawałek w dół i w dogodnym miejscu zawrócił. A tak, trzeba było zbierać mocno potłuczone ego i lekko poobijanego sprzęta z trotuaru… ;-)</p>
<p>Sam monastyr budzi w nas mieszane uczucia. Z jednej strony czuć w tym miejscu historię, ale z drugiej całość jest koszmarnie zaniedbana i niedoinwestowana.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac9.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2080" alt="mac9" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac9.jpg" /></a></p>
<p>Do tego dochodzi dość ponura, wietrzna pogoda z nadciągającymi chmurami, brak żywej duszy wokoło (jedyny ślad po naszym batiuszce to stare Mitsubishi zaparkowane przed bramą, podczas gdy on sam gdzieś zniknął) i ostatecznie ochota na szukanie noclegu w tym miejscu jakoś nam przechodzi. Decydujemy się na zjazd na noc do Prilepu.</p>
<p>Kręcimy się po mieście w poszukiwaniu jakiejś kwatery, gdy podchodzi do nas lokales i pyta skąd jesteśmy i czy nie potrzebujemy pomocy. Wyjaśniamy mu, że poszukujemy bezpiecznego miejsca na nocleg. Lokales stara się jak może, dopytuje się czego nam potrzeba, wykonuje kilka telefonów i w końcu oświadcza, że bardzo chciałby nam pomóc ale… generalnie Prilep to nie jest miejsce na nocleg. Na szczęście niezawodny jak zwykle Gadżet wynajduje gdzieś w powietrzu fruwający internet (jak ten gość to robi?!), znajduje namiar na hotel i w dodatku robi od razu rezerwację!</p>
<p>Mamy już kwaterę, ale okazuje się, że to jeszcze nie koniec. Bohaterem dzisiejszego odcinka nadal jest Gadżet. Dzięki polsko-macedońskim znajomościom zadzierzgniętym gdzieś na warszawskich budowach prowadzi nas jak po sznurku do knajpy pod nazwą Mekedońska Kuka. Co prawda sznurek nieco poskręcany jest i kluczymy trochę po uliczkach starówki, ale to na pewno tylko dlatego, że kolega chce abyśmy przed zaspokojeniem potrzeb cielesnych mieli okazję również pozachwycać się architekturą macedońskich miasteczek. Starówka Prilepu ma nawet swój urok – wąskie uliczki, niska zabudowa z drewnianymi frontami sklepików, krzywa wieża kościoła. Niestety urok burzą wszechobecne śmieci. Papierzyska, butelki, puszki i wszelkiego rodzaju odpadki walające się po chodnikach. Zamiłowanie Macedończyków do tego syfu wszędzie dookoła jest nieprawdopodobne. Uwagę w samym centrum miasta przyciąga zburzony, wypalony i w takim stanie pozostawiony meczet.</p>
<p>W końcu docieramy do Makedońskiej Kuki,  gdzie mamy okazję spróbować specjałów tutejszej kuchni. Tak jak wszędzie na Bałkanach jedzonko jest wyśmienite, a obwity dodatek miejscowego wina tylko pomaga docenić kunszt kucharza. Czyli potencjał jest – knajpa na prawdziwie europejskim poziomie, jedzenie fantastyczne, a ceny wciąż wschodnie. Gdyby jeszcze trochę wokół posprzątali…</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac10.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2081" alt="mac10" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac10.jpg" /></a></p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac11.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2082" alt="mac11" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac11.jpg" /></a></p>
<p>Nasz kolejny punkt programu przypomina dziecięcy smoczek…</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac12.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2083" alt="mac12" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac12.jpg" /></a></p>
<p>albo minę morską,</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac13.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2084" alt="mac13" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac13.jpg" /></a></p>
<p>- w zależności od tego, co komu bardziej w głowie siedzi ;-)</p>
<p>Rzecz jest duża, mniej więcej biała i położona malowniczo na szczycie wzgórza przy mieście Krusevo, a wygląda tak:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac14.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2085" alt="mac14" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac14.jpg" /></a></p>
<p>Dojazd na miejsce prowadzi krętą drogą, na której końcu jest sporej wielkości parking, z którego pod ten koszmar pijanego architekta prowadzi jeszcze dość długie podejście w górę. My jednak nie po to jeździmy na motocyklach, żeby dużo chodzić na nogach i polną drogą wspinamy się dalej, aby przez dziurę w płocie wjechać pod samo Makedonium, bo tak się toto nazywa. Budowla jest mauzoleum, pomnikiem, rzeźbą i grobem Nikoli Karev’a, bohatera rewolucjonisty, uznanego w Macedonii i Bułgarii. Podobno od czasu do czasu można tam wejść, ale nam się niestety nie udało – nie było na miejscu nikogo, kto mógłby otworzyć drzwi, także pozostało nam zwiedzanie zewnętrzne oraz zaglądanie przez sporych rozmiarów szparę w drzwiach. To coś wygląda jakby było w remoncie od samego wybudowania &#8211; otoczone jest częściowo pordzewiałym rusztowaniem, przez szparę w drzwiach widać rdzawe zacieki na pomalowanych na biało ścianach. Okna ozdobione są witrażami, w eksponowanym punkcie wnętrza znajduje się tablica upamiętniająca bohatera. Na terenie wokół ‘smoczka’ porozrzucanych jest jeszcze kilka elementów tego założenia architektonicznego, ale również ciężko jest powiedzieć, co konkretnie w zamierzeniu artysty-projektanta miały przedstawiać. Generalnie rzecz cała warta jest zobaczenia i trudno przejść obok tego obojętnie.</p>
<p>Nasyceni ‘pięknem’ architektury socjalizmu wyruszamy w dalszą drogę. W pewnym momencie naszym oczom ukazuje się niesamowity widok.</p>
<blockquote><p>Po obydwu stronach drogi walają się wielkie hałdy śmieci, z których część spada swobodnie na jezdnię i trzeba uważać, żeby czymś nie oberwać.</p></blockquote>
<p>Ryzyko tym większe, że w śmieciach ‘bobrują’ całe rodziny – kobiety i malutkie dzieci umorusane od stóp do głów próbują w tym wysypisku znaleźć coś, co może mieć dla nich jakąkolwiek wartość, a to co uznają za niepotrzebne po prostu rzucają za siebie często wprost na szosę pod koła nadjeżdżających pojazdów. Wśród hałd śmieci widać również ich ‘domy’ – budki, szałasy, daszki sklecone byle jak i z byle czego, co tylko udało się wygrzebać ze śmieci. Ogromnie przygnębiający obraz. O takich slumsach czyta się, albo ogląda reportaże myśląc, że są daleko – gdzieś w Ameryce Południowej albo w Azji, a tymczasem ludzie tak wegetują niewiele ponad 1000km od granic Polski. Przykre. Tym bardziej przykre, że zaraz za wysypiskiem przejeżdżamy przez tunel, na którego końcu stoi radiowóz i wygląda tak jakby pilnował, żeby ‘ci gorsi’ mieszkający w śmieciach nie wydostali się za tunel i nie psuli dobrego samopoczucia ‘tym lepszym’, mieszkającym w mieście położonym nieopodal. Ten widok zostanie mi przed oczami na długo.</p>
<p>W pobliżu miejscowości Oteshevo napotykamy nad jeziorem na miejscówkę, która idealnie nadaje się na poprawę nastroju i małe conieco dla ciała. Rozpakowujemy prowiant i siadamy nad brzegiem jeziora. Wyjątkowo jak na ten rejon Europy czyste i przyzwoicie zagospodarowane miejsce wyraźnie szykowane jest pod kemping. Jeszcze kilku tygodni brakuje zanim wszystko będzie gotowe, ale już teraz widać, że będzie tu bardzo fajnie. Na placu buduje się właśnie drewniana, okrągła restauracja, z której na nasz widok wychodzi bardzo sympatyczna pani i przynosi nam … stół, żebyśmy nie musieli na piasku jedzenia rozkładać J. To są właśnie te klimaty, których poszukujemy jeżdżąc w te wszystkie ciekawe miejsca.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac15.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2086" alt="mac15" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac15.jpg" /></a></p>
<p>Teraz czeka nas najazd na Babę. Ci, którzy spotykają się z nami każdej wiosny na rozgrzewce motocyklowej w CSP w Legionowie od razu skojarzą sobie jeden z manewrów ćwiczonych na placu. Tu jednak chodzi nie o jakąś macedońską wersję gymkhany, tylko o pięknie położony punkt widokowy, do którego prowadzi bardzo fajna, kręta droga.</p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac16.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2087" alt="mac16" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac16.jpg" /></a></p>
<p style="text-align: center;">To jest właśnie widok z Baby !!!!</p>
<p>Z góry cudownie prezentuje się jezioro Ohrydzkie, przez które biegnie granica macedońsko-albańska oraz na jego brzegu nasz kolejny cel, czyli klasztor Św. Nauma. Założony w 905 przez św. Nauma Ochrydzkiego Cudotwórcę, (maced. Свети Наум Охридски Чудотворец) − ucznia Cyryla i Metodego, współtwórcę ochrydzkiej szkoły piśmienniczej, jeden z największych ośrodków literatury i kultury słowiańskiej tamtych czasów. W klasztorze tym w 910 św. Naum został pochowany, tam też znajduje się jego grób.</p>
<p>Miejsce jest eleganckie, zadbane, czyste i… całkowicie turystyczne i komercyjne. Stoiska z pamiątkami, knajpy, stateczki wycieczkowe, baloniki, morze chińskiego plastiku udającego lokalne rękodzieło i gdzieś wśród tego całego blichtru malutki, wciśnięty pomiędzy nowo wybudowane hotele stoi sobie spokojnie stary, oryginalny kościółek. Cóż, taki widać znak naszych czasów, że bez odpowiedniej promocji i części komercyjnej monastyry wyglądają jak Treskavec, a z kolei te, które zadbały o stronę komercyjną powoli znikają za fasadą wszechobecnego ‘life in plastic’. Trudno powiedzieć co lepsze…</p>
<blockquote><p>Z klasztoru kierujemy się na zatokę kości… Bay of Bones… brzmi tajemniczo i groźnie.</p></blockquote>
<p>W rzeczywistości jest to teren archeologiczny, na którym na dnie jeziora Ochrydzkiego znaleziono pozostałości po osadzie istniejącej w tym miejscu już ponad 1000 lat p.n.e. Po tym odkryciu powstał pomysł na zrekonstruowanie osady i utworzenie tam muzeum. Faktycznie – już z drogi widać wioskę na wodzie, która wygląda jakby żywcem przeniesiona z prehistorii.</p>
<p>Przy bliższym poznaniu to wrażenie nieco blednie, bo chodząc między domami wyraźnie widać całkiem współczesne gwoździe i druty spajające wszystko w całość. W tej tutejszej wersji naszego Biskupina brakuje za to życia. Niby jest całkiem udana pomimo gwoździ i drutów rekonstrukcja domostw, niby są posłania ze skór i słomy, paleniska, jakieś narzędzia wiszące na ścianach i inne historyczne gadżety, ale nie ma ludzi. Aż się prosi, żeby po wiosce chodzili jacyś przebierańcy, albo rekonstruktorzy w strojach z epoki, żeby ktoś coś gotował na ognisku, żeby można było strzelić sobie z łuku do tarczy albo spróbować własnoręcznie ulepić garnek z gliny. Takie animacje w Polsce są już chyba w każdym skansenie, a tutaj wioska emanuje sztucznością i tak naprawdę po 10 minutach człowiek ma poczucie, ze już wszystko obejrzał i może stąd wyjeżdżać. Szkoda, bo miejsce ma potencjał – jest zadbane, czyste (wow!), z dobrym parkingiem, jest niewielki bar z kawą i jakimiś słodyczami, a nawet kemping zaraz za płotem. Problem w tym, że wygląda na nieczynny i dawno opuszczony.</p>
<p>Być może jakieś rodzaj warsztatów archeologicznych tudzież inne imprezy wnoszące nieco ducha w to senne miejsce co jakiś czas są tutaj organizowane, a tylko my akurat mieliśmy takiego pecha, że w nic nie trafiliśmy. Być może, ale tak czy inaczej wrażenie, przynajmniej we mnie pozostaje takie, że miejsce fajne, tylko niestety niewykorzystane w sposób należyty.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac17.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2088" alt="mac17" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac17.jpg" /></a></p>
<p>Ostatnim punktem na mapie tego dnia jest Ochryd. Niemal natychmiast po dojechaniu do centrum miasta i zgaszeniu motocykli podjeżdża do nas człowiek na rowerze i pyta, czy szukamy może noclegu, bo on ma bardzo korzystną ofertę tuż za rogiem. Po błyskawicznych targach udaje nam się ustalić cenę na 8 Euro za osobę i chwilę później jedziemy za skrzypiącym rowerkiem na kwaterę. Kwatera okazuje się być faktycznie tuż za rogiem i jest to całkiem przyzwoicie wyglądający dom z kawałkiem ogrodzonego miejsca obrośniętego winoroślą, w sam raz na zaparkowanie naszych maszyn. Jeszcze dobrze nie zdążyliśmy postawić motocykli i wyskoczyć z całego motocyklowego rynsztunku, a już na stole pojawia się flaszeczka rakii – tak na ‘dobro doszli’. Takie klimaty to my lubimy!</p>
<p>Pan właściciel kwatery też nie jest nowicjuszem i wie doskonale, że jak już łykniemy po szklaneczce, to choćby nam kwatera nie podpasowała w 100%, to i tak nigdzie już nie pojedziemy ;-).</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac18.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2089" alt="mac18" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac18.jpg" /></a></p>
<p>Na szczęście kwaterze niczego nie brakuje, a i rakija niezgorsza, także nie ma powodów do narzekań. Dodatkowo nasz gospodarz obiecuje zaprowadzić nas do knajpy, gdzie zjemy dobrze i za przyzwoite pieniądze. Rzecz jasna zdajemy sobie doskonale sprawę, że to wszystko są krewni i znajomi króliczka, ale dlaczego nie skorzystać? W końcu kto jak kto, ale lokales prowadzący tutaj taki biznes jest jak najbardziej zainteresowany w tym, żeby jego goście wyjeżdżali zadowoleni i rekomendowali jego usługi dalej. My jesteśmy zadowoleni i dlatego jak najbardziej rekomendujemy to miejsce: <a href="http://villacentar.com/">http://villacentar.com/</a>. Knajpa polecana przez właściciela również okazała się bardzo dobra, także wszystkie warunki dobrego i udanego pobytu uważamy za spełnione.</p>
<p>Ochryd (maced. Охрид), a zasadzie prawidłowo za Wikipedią, należałoby chyba mówić Ochryda, to bardzo stare miasto. Jego historia sięga starożytności, a wcześniej stały tutaj miasta Diassarites i Lychnidos. Potem przez stulecia przeżywało swoje wzloty i upadki, aż finalnie znalazło się w granicach niepodległej Macedonii. Jest to więc miejsce o długich i ciekawych dziejach, po których pozostało tyle śladów, że w latach 80tych XX w UNESCO postanowiło wpisać Ochrydę wraz z jeziorem na listę światowego dziedzictwa. Nie będę tutaj kopiował opisów historii miasta &#8211; każdy zainteresowany może sobie o tym przeczytać choćby we wspomnianej Wikipedii, albo w przewodnikach. My też trochę wcześniej poczytaliśmy i przyjechaliśmy tutaj, żeby na własne oczy zobaczyć takie ciekawostki jak starożytny amfiteatr, czy też jedno z najstarszych drzew w Europie &#8211; 800-letniego platana rosnącego w samym centrum starówki. Potwierdzamy – nadal stoi, chociaż gdyby nie rozliczne zabiegi pielęgnacyjne i wzmacniające, plomby, podpory, naciągi itp., na pewno by już nie stał.</p>
<blockquote><p>Zmęczeni turystycznym gwarem postanawiamy, że czas najwyższy na … sanatorium.</p></blockquote>
<p>Kilkadziesiąt km na północ od Ochrydy znajduje się miejscowość Баниште/Banishte, w której są chyba jedyne ciągle czynne gorące źródła w Macedonii. Droga pomiędzy Ochrydą, a Banishte należy do kategorii bardzo lubianej przez motocyklistów – piękne widoki, dobra nawierzchnia i masa zakrętów. Dodatkową atrakcję stanowią tamy i elektrownie wodne, których mijamy co najmniej kilka. Po zachwytach nad krajobrazami i naprawdę imponującą skalą wykorzystania naturalnych źródeł energii, na miejscu w Banishte czeka nas twardy powrót do macedońskiej rzeczywistości. Pierwsze co rzuca się w oczy, a właściwie w nos kilka km od celu, to wielka kupa płonących śmieci. A potem napięcie tylko narasta – po grzbiecie wzgórza spływa piękny strumień turkusowej, parującej wody, roztaczającej wokół woń siarkowodoru. Nie ma pomyłki – woda spływa grzbietem a nie doliną:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac19.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2090" alt="mac19" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac19.jpg" /></a></p>
<p>Oczywiście sam przebieg strumienia nie jest dziełem natury, tylko rąk ludzkich, ale i tak wygląda to niesamowicie.  Gorzej wygląda otoczenie – jak to w Macedonii wszędzie wokoło leżą sterty śmieci.</p>
<blockquote><p>Od zwyczajnej folii i starych butów po takie ‘rodzynki’ jak zdezelowany odkurzacz, stary kibel czy lodówka.</p></blockquote>
<p>Z jednej strony za płotem pięknie zagospodarowany ogród i hotel z sanatorium i SPA, a z drugiej strony zaraz obok ogrodzenia hotelowego odpadki wysypują się ze zrujnowanej wiaty śmietnikowej, a w tym syfie posilają się krowy schodzące właśnie z pastwiska. Coś nieprawdopodobnego – ludzie mają strumień z gorącą, leczniczą wodą spływającą środkiem ich ogródka i zamiast zrobić tam sobie jakiś basen czy zewnętrzne jacuzzi, wyrzucają do tej wody stary telewizor. To nie jest kwestia biedy i braku możliwości. To jest kwestia mentalności.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac20.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2091" alt="mac20" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac20.jpg" /></a></p>
<p>Nawet jeśli na wcześniejszym etapie rozważaliśmy ewentualność zanocowania na dziko gdzieś przy gorących źródłach, to widok tego śmietniska skutecznie nas do tego pomysłu zniechęcił. Niemniej jednak przyjechaliśmy tutaj po to, żeby pomoczyć 4 litery w gorących źródłach i aby wypełnić ten punkt programu decydujemy się na wykupienie jednej doby w hotelu SPA. Za cenę 28 EUR od głowy mamy nocleg i pełne wyżywieniem (trzy posiłki). Jedyne, za co trzeba zapłacić dodatkowe 5 EUR to basen termalny, który w zamian za to mamy na wyłączność. Nad drobnym mankamentem w postaci niedziałającego prysznica spokojnie przechodzimy do porządku dziennego.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac21.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2092" alt="mac21" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac21.jpg" /></a></p>
<p>Hotel obok funkcji komercyjnego SPA pełni również rolę sanatorium – takiego tutejszego NFZ. Miny kelnerów na widok naszej grupy schodzącej do wielkiej sali jadalnej są bezcenne.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac22.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2093" alt="mac22" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac22.jpg" /></a></p>
<p>Ewidentnie nie pasujemy do wizerunku pensjonariuszy – po pierwsze zaniżamy średnią wieku co najmniej o połowę, a po drugie poruszamy się dosyć sprawnie. Kelnerzy w białych koszulach i ze ściereczkami przewieszonymi przez ręce, podają posiłek do każdego stolika. Podjeżdżają z wózeczkiem i z szarmanckim ukłonem nalewają każdemu zupę z garnuszka, nakładają chochlą gulasz i podają kompocik. Czuję się trochę jakby ktoś mnie przeniósł w czasie i umieścił w komedii św. pamięci Stanisława Barei J</p>
<p>Po basenie i kolacji przychodzi czas na relaks w ogrodzie, któremu przyświeca znakomite hasło wymyślone na poczekaniu przez Tomka – siedzę, wódkę piję, a wokół… Bałkany! ????</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac23.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2094" alt="mac23" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac23.jpg" /></a></p>
<p>Wjazd do Albanii to jakby przekroczenie bramy do innego świata, w którym jest… czysto. Po prostu, dla odmiany, zwyczajnie czysto. Tym razem jednak Albania nie jest naszym celem, także przeskakujemy ją szybkim tranzytem i kierujemy się prosto do granicy z Czarnogórą. Upał tego dnia daje nam mocno w kość, a w dodatku odprawa na granicy albańsko-czarnogórskiej trwa wyjątkowo długo i kiedy w końcu dojeżdżamy do Kotoru, marzymy już tylko o zimnym browarku. Najpierw jednak musimy ogarnąć kwaterę.</p>
<blockquote><p>Miejscowość turystyczna, więc panują tu turystyczne prawa wspólne dla wszystkich tego typu lokalizacji na całym świecie – w skrócie można je opisać jednym krótkim paragrafem, a mianowicie ‘doić frajerów’.</p></blockquote>
<p>Pierwszą próbkę tego podejścia mamy niemal natychmiast po zatrzymaniu motocykli przy nadmorskiej promenadzie. Podchodzi do nas młody chłopak i proponuje fantastyczną kwaterę, bardzo blisko centrum, z parkingiem dla motocykli. Pytany czy jest miejsce dla 5 osób potwierdza i zapewnia nas, że nic lepszego z całą pewnością nie znajdziemy, a on już kończy na dzisiaj i dlatego oferuje nam znakomitą cenę – jedyne 100 EUR za nockę. No to jedziemy zobaczyć to cudo.</p>
<p>Chłopak siada na skuter i śmiga po krętych uliczkach niespecjalnie przejmując się faktem, że jedziemy za nim grupą 4 ciężkich i obładowanych bagażami motocykli. Droga wspina się mocno do góry i w pewnym momencie nasz przewodnik znika mi z oczu, a ja zatrzymuję się na podjeździe jakiegoś domu, który absolutnie nie wygląda na naszą obiecaną kwaterę. Zawrócić nie ma jak, dalej jechać też nie ma gdzie, a za moimi plecami droga pochylona jest o jakieś 40 stopni w dół. W duchu dziękuję chłopakom z Akademii Enduro, którzy na wiosennym kursie pokazali w jaki sposób można sprowadzić ciężki, obładowany motocykl tyłem ze stromego zbocza bez niczyjej pomocy. Gdyby nie ta umiejętność, to gleba murowana.</p>
<p>Chwilę później odnajdujemy się z resztą grupy i okazuje się, że nasza obiecywana kwatera na 5 osób to malutki pokoik z jednym podwójnym łóżkiem, dwoma rozkładanymi tapczanami, a piąta osoba … to jakoś się zmieści. A tak w ogóle, to musimy się decydować natychmiast, jeśli chcemy utrzymać taką ‘wspaniałą’ cenę, bo tam na dole w mieście to już kolejka chętnych czeka. Doić frajerów, a co!</p>
<p>Dziękujemy za taką ‘okazję’ i zjeżdżamy w dół szukać dalej. Nawet zakładając, że pokój pomieściłby nas wszystkich, to wieczorne podejście pod tą górę z buta, szczególnie po kilku piwach i kolacji niespecjalnie nam pasuje. I jeszcze ta cena…</p>
<p>Kolejną próbę znalezienia kwatery podejmujemy w budce informacji turystycznej na placu przed bramą prowadzącą na starówkę. Skutek mniej więcej podobny – tzn. cena jak z kosmosu i oczywiście musimy się szybko decydować nawet bez oglądania, bo podobno kolejka chętnych już czeka.</p>
<p>Zaczyna to być trochę męczące, a zimnego piwa chce się coraz bardziej. Na szczęście niezawodny Gadżet jak zwykle znajduje w powietrzu fruwający internet i chwilę później booking.com pokazuje nam kilka potencjalnych miejscówek, które przynajmniej w opisie wyglądają w miarę sensownie. Problem polega na tym, że przy rezerwacji trzeba od razu zapłacić, a biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia ze wspinaczką na ‘znakomitą’ kwaterę niekoniecznie nam się to uśmiecha bez faktycznego sprawdzenia miejsca. Siadam w związku z tym na moto i jadę na rekonesans. Zanim jednak udaje mi się dotrzeć pod wskazany adres, przy samej drodze na podjeździe jednego z domów w oczy rzuca mi się wypasiony GS1200 na niemieckich blachach, obwieszony Touratechem jak jakaś choinka. To na pewno turyści, a nie miejscowi, więc zapewne jest tu jakaś kwatera do wynajęcia. Zatrzymuję się i faktycznie – podchodzi do mnie uśmiechnięta pani, wręcza mi szklankę zimnego kompotu i potwierdza, że ma miejsce dla 5 osób i czterech motocykli. Może nam zaoferować dwa wygodne pokoje za 80 EUR. Szybko dobijamy targu, ściągam resztę grupy i po zakwaterowaniu i odświeżeniu idziemy w miasto. Nasza kwatera położona jest kilkadziesiąt metrów od nadmorskiej promenady, na której wcześniej próbował nas złowić pierwszy naganiacz, tak więc nie mija dużo czasu a siedzimy w knajpie i raczymy się zimnym browarkiem. Nareszcie! Tego nam było trzeba po całym dniu jazdy w upale :-).</p>
<p>Kotor jest pięknie zachowanym, średniowiecznym miastem położonym u wybrzeży zatoki Kotorskiej. Z trzech stron otoczony górami z trzech stron górami Lovcen, Vrmac i Dobrota, a z czwartej morzem zawsze był niedostępny. Dodatkowo mury twierdzy wspinające się po zboczach góry czyniły go miastem praktycznie nie do zdobycia. Pewnie dlatego udało się zachować tak dużo ze starej zabudowy. Mury nawet dzisiaj wymagają nie lada samozaparcia, jeśli ktoś chciałby je obejść dookoła. Taka 4,5 km wycieczka oznacza wspinaczkę po stromych schodach, w pełnym słońcu na wysokość prawie 300m, a potem powrót praktycznie do poziomu morza. My jak zwykle wychodzimy z założenia, że gdybyśmy lubili wspinaczkę, to nie jeździlibyśmy na motocyklach i pozostajemy w dolnej części miasta pozostawiając sobie podziwianie murów na wieczór, kiedy to pięknie podświetlone stanowią znak rozpoznawczy miasta widoczny z brzegów zatoki.</p>
<p>Jak już wspominałem, Kotor jest miastem nastawionym na turystów. Nie ujmuje mu to uroku, pod warunkiem, że wiemy czego się spodziewać. A spodziewać można się przede wszystkim tłumów na wąskich uliczkach starówki i cen jak z kosmosu tym wyższych, im bardziej klimatyczne miejsce znajdziemy. No i mentalności miejscowych, którą dobitnie wyraża hasło ‘doić frajerów’. Kolejną prezentację tegoż podejścia otrzymuję na straganie z pamiątkami, gdzie przymierzam czapeczkę w lokalnym, czarnogórskim stylu z napisem Montenegro &#8211; made in China oczywiście. Sprzedawca skacze wokół mnie i usiłuje wcisnąć mi jeszcze jakieś dodatki do czapeczki, ale kiedy próbuję stargować 2 Eur (z wyjściowych 12), miły dotychczas sprzedawca zmienia się diametralnie. Z nagłym wybuchem wściekłości zrywa mi suvenir z głowy i wykrzykując coś o bezczelnych turystach, łamanym angielskim przeplatanym lokalną mową, której chyba lepiej nie rozumieć, pokazuje mi drzwi.</p>
<p>Kilka miejsc już w życiu odwiedziłem, w kilku miejscach robiłem zakupy, mam w domu niewielką kolekcję nakryć głowy z różnych wyjazdów i wszędzie niewielkie targowanie było nie tylko akceptowane, ale wręcz wskazane. Obie strony transakcji zawsze kończyły zadowolone. Tutaj najwyraźniej ten sympatyczny obyczaj albo nie dotarł, albo zanikł wyparty przez … ‘doić frajerów’. No cóż, czapeczki nie będzie, wydam moje Euro na co innego J &#8211; na przykład na kolację nad brzegiem zatoki, złożoną ze znakomitych owoców morza i wspaniałego wina.</p>
<p>Następnego dnia rano nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie skorzystali z możliwości kąpieli w Adriatyku. Idziemy w silnym składzie ja, Biedrona, Gadżet i Tommy na miejską plażę i jako jedyni ludzie przebywający w Kotorze ochoczo wchodzimy do wody. Natychmiast też przekonujemy się dlaczego inni niespecjalnie podzielają nasz entuzjazm.</p>
<blockquote><p>Woda jest tak zimna, że nasz Bałtyk przy tym to niemal wody termalne. Krioterapia wliczona w cenę pobytu.</p></blockquote>
<p>Udaje nam się znaleźć niewielki obszar, może 2&#215;2 metry, w którym akurat zgromadziło się trochę cieplejszej wody i kręcąc się w kółko wytrzymujemy tam kilka minut. Cieplejszej, tzn. nadal raczej poniżej normalnej temperatury Bałtyku, ale przynajmniej już nie kłuje mrozem w skórę.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac24.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2095" alt="mac24" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac24.jpg" /></a></p>
<p>Znakomicie orzeźwieni poranną kąpielą zwijamy się w dalszą drogę. Jeszcze tylko tankowanie, uzupełnienie powietrza w gadżetowej gumie, gdyż gubi je nieustająco od Ochrydy i wbijamy się na serpentynki powyżej miasta, podziwiając po drodze oszałamiające widoki.</p>
<p>Kierujemy się na wąwóz rzeki Tary zobaczyć most, który kiedyś grał w Komandosach z Nawarony.  Po drodze mamy jeszcze do zaliczenia fajnie zapowiadający się przejazd przez góry i nieco mniejszy most kolejowy. Nasza trasa pnie się serpentynami w górę od czasu do czasu przecinając rozległe place budów. To Chińczycy budują drogi niespecjalnie przejmując się normalnym ruchem i szykowaniem objazdów.</p>
<blockquote><p>W efekcie spore odcinki pokonujemy po całkiem luźnej lub dopiero częściowo zagęszczonej żwirowej podbudowie, fragmenty po piachu albo po błocie tuż obok pracujących maszyn i ludzi.</p></blockquote>
<p>W górach widać również osiedla chińskich pracowników, które przywodzą nieco na myśl obozy pracy – rzędy równych baraków, otoczone wysokim płotem pośrodku niczego. Życie mieszkańców w zasadzie musi się sprowadzać do trzech aktywności – praca, jedzenie, sen, ale za to spędzają je w pięknych okolicznościach przyrody. Rozległe widoki górskiego krajobrazu zapierają dech w piersiach. Czasami nie jest łatwo skoncentrować się na drodze, która sama w sobie jest z gatunku adrenalinopędnych – tzn. wąska, kręta i biegnąca skrajem przepaści bez kompletnie żadnych barierek. Przykład takiego braku koncentracji materializuje się w pewnym momencie gdy mijam się z jadącą z góry taksówką i chwilę potem słyszę za sobą pisk opon i odgłos uderzenia. Okazuje się, że to Gadżet zapatrzony w dolinę na wszelki wypadek oddalił się od krawędzi drogi i zjechał na lewą stronę, a taksiarz chcąc uniknąć czołówki z zagapionym motocyklistą skręcił w kierunku stoku i wyrżnął w kamień leżący na poboczu. Nic poważnego się nie stało, co najwyżej lekko uszkodził zderzak, więc wszystko jakoś rozchodzi się po kościach i możemy odwijać dalej w górę.</p>
<p>W pewnym momencie na zakręcie zatrzymuje nas stojąca w poprzek drogi ciężarówka z podniesioną skrzynią ładunkową, najwyraźniej wysypująca coś prosto na zalesione zbocze. Trwa to dosyć długo i zaczynamy zastanawiać się o co chodzi, gdy nagle skrzynia opada i zamiast spodziewanych skał, ziemi czy też innego rodzaju urobku nieprzydatnego przy robotach drogowych, naszym oczom ukazuje się … sterta starych opon. Opony zaklinowały się na skrzyni i nijak nie chciały jej opuścić i spocząć gdzieś na zboczu. Tak jakby jakaś niewidzialna siła postanowiła nie dopuścić do zanieczyszczenia tego wspaniałego krajobrazu.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac25.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2096" alt="mac25" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac25.jpg" /></a></p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac26.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2097" alt="mac26" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac26.jpg" /></a></p>
<p>Po kilkunastu minutach daremnych prób zrzucenia opon robotnicy odpuszczają i postanawiają przepuścić pojazdy, które w międzyczasie utworzyły już całkiem spory korek. Gdy tylko ciężarówka usuwa się z drogi okazuje się, że za nią stoją jeszcze trzy tak samo wypełnione po brzegi starymi oponami czekające na swoja kolej do zwałki.</p>
<blockquote><p>Zadajemy sobie pytanie co siedzi w głowach tych ludzi tutaj i w Macedonii???</p></blockquote>
<p>Żyją w tak pięknych, bezpiecznych krajach w środku Europy, mają bardzo przyjemną pogodę, niesamowity wręcz potencjał turystyczny dzięki olbrzymim obszarom dzikiej przyrody, praktycznie już niespotykanym w uporządkowanych i zurbanizowanych krajach reszty kontynentu i zamiast dbać o to co mają, traktują swoje kraje jak wysypiska śmieci. Jeszcze 20-30 lat temu być może łatwiej byłoby to zrozumieć, ale dzisiaj? Dostęp do internetu, informacji i edukacji jest w takich miejscach nie gorszy, a często nawet lepszy niż w wielu krajach UE, ale jak widać wcale nie oznacza to, że świadomość ekologiczna przebiła się do ludzkich umysłów. Te ciężarówki wypełnione oponami to nie były jakieś stare rzęchy próbujące gdzieś po kryjomu upchnąć niewygodne śmieci. To były nowe, porządne auta zachodnich marek oznakowane logo zapewne wcale nie biednych firm, które ktoś z kierownictwa tych firm musiał skierować w góry, żeby wyrzucić tam do lasu stertę starych opon. Nieprawdopodobne.</p>
<p>Jedziemy dalej w kierunku na Żablijak, gdzie szybciutko znajdujemy zamierzony wcześniej kemping. Rozbijamy obóz i pustym motocyklem jadę do miasta po zaopatrzenie na kolację ścigany głosem gospodyni, która każe się pospieszyć bo chce nas godnie na swoim terenie przywitać. Po powrocie na kemping nie mam nawet czasu za bardzo wypakować zakupów z motocykla, bo gospodyni już czeka z odpowiednim załącznikiem:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac27.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2098" alt="mac27" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac27.jpg" /></a></p>
<p>… a potem donosi jeszcze kolejne równie fascynujące załączniki:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac28.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2099" alt="mac28" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac28.jpg" /></a></p>
<p>Tak, tak, w tych bańkach to też rakija. A jaka wspaniała, domowa… ;-)</p>
<p>Po tak pięknie rozpoczętym wieczorze nie pozostaje nam nic innego, tylko… jak najszybciej zabić klina:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac29.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2100" alt="mac29" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac29.jpg" /></a></p>
<p>Rozpalamy grilla i ognisko a towarzystwa dotrzymuje nam para motocyklistów z Polski i gospodarz, który nie może wyjść z podziwu nad Biedroną, że tak sama z czterema facetami na motocyklach podróżuje. Jest pod takim wrażeniem, że koniecznie chce się z Damianem na kobiety zamienić – i aby go do zamiany zachęcić pokazuje charakterystycznym gestem, że jego kobieta ma duuuuże atuty.</p>
<p>Na co Damian rezolutnie odpowiada, że on nie Jeleń i, że jego żonie też atutów nie brakuje:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac30.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2101" alt="mac30" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac30.jpg" /></a></p>
<p>Wtedy przychodzi czas na cięższe argumenty:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac31.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2102" alt="mac31" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac31.jpg" /></a></p>
<p>Ale nawet w obliczu takiej przewagi Damiano twardo obstaje przy swoim i dzięki temu Biedrona zostaje z nami motocyklistami, łooo jaka szczęśliwa:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac32.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2103" alt="mac32" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac32.jpg" /></a></p>
<p>Z Żablijaka zaraz po porannym dopompowaniu gadżetowej gumy ruszamy na przejazd przez góry Durmitoru – wspaniałe, wysokie i dzikie. Raj dla wszelkiej maści trekkingowców i rzecz jasna dla motocyklistów. Góry często porównywane do naszych Tatr ze względu na wysokości, ale zdecydowanie bardziej puste i dzikie. Dla mnie mają one w sobie coś podobnego do Trasy Orłów w Norwegii, którą w zeszłym roku pokonaliśmy z rodziną kamperem. Jedzie się po wąskiej krętej drodze, wysoko w górach z widokami na szczyty, mijając co jakiś czas podobnie zakręconych miłośników 2oo i ślizgając się na krowich…. uuups, przepraszam, na piasku oczywiście ślizgając się, khmm, no… ????</p>
<p>Ooo, tu widać, że nie jesteśmy sami:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac33.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2104" alt="mac33" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac33.jpg" /></a></p>
<p>W dolinach widać stojące gdzieniegdzie samotne chaty pasterzy, stada owiec, kóz, tudzież innego bydła rogatego i pomimo, że stoki wyglądają jakby były stworzone do narciarstwa, nigdzie nie ma ani jednego wyciągu. Gdyby takie góry były gdzieś bardziej w UE zapewne powstałyby tam już dawno ośrodki narciarskie łączące poszczególne doliny. Tymczasem w Czarnogórze nadal dziko i pusto &#8211; i dzięki temu fajnie ????</p>
<p>W takim miejscu w Alpach zapewne byłaby plątanina wyciągów:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac34.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2105" alt="mac34" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac34.jpg" /></a></p>
<p>Zjeżdżamy z gór, i piękną drogą z dziesiątkami tuneli wijącą się wzdłuż jeziora Piva, jedziemy w kierunku granicy z Bośnią i Hercegowiną. Tych, którzy dobrnęli aż do tego momentu relacji i widząc tą przemawiającą do wyobraźni nazwę już zaczęli nerwowo odpalać wyszukiwarki lotów, śpieszę uspokoić. Jezioro jest sztuczne i składa się w przeważającej części z wody – powstało po wybudowaniu w latach 7-tych XXw. zapory na rzece Pivie i stąd wzięło swą czarującą i przemawiającą do wyobraźni nazwę. Pojechać i zobaczyć warto, ale nie ma pośpiechu bo nikt go za szybko nie wypije.</p>
<p>Mijamy zaporę i kilka km dalej stajemy na granicy, Przejście graniczne wygląda jakby żywcem przeniesione z poprzedniej epoki. Po stronie Czarnogórskiej jest jeszcze jako tako wyglądająca budka, ale po przejściu kontroli i zjeździe nad graniczną rzekę Drinę naszym oczom ukazuje się wąziutki mostek o drewnianej nawierzchni, na którym nie ma miejsca nawet na wyminięcie się samochodu osobowego z motocyklem. Po stronie Bośni i Hercegowiny posterunek graniczny stanowią rozpadające się baraki, a zapały aby wyskoczyć w pobliskie krzaczki po odrobinę cienia albo za potrzebą skutecznie gaszą porozstawiane wzdłuż drogi tabliczki ostrzegające o minach. Cała procedura przejścia przez granicę zajmuje nam pewnie ponad godzinę w pełnym słońcu, także kilka km dalej z ulgą zatrzymujemy się na chwilę na szerszym poboczu z kawałkiem cienia, nadal niespecjalnie kwapiąc się do odchodzenia dalej od drogi. I tu ciekawostka – podczas postoju mija nas autokar jadący w stronę Czarnogóry dokładnie na to przejście z tym wąziutkim mosteczkiem. Jak on zamierza tamtędy przejechać? Autokar oczywiście z … Polski ????</p>
<p>Ruszamy dalej, ale gadżetowa guma daje mu coraz bardziej w kość i trzeba w końcu coś z tym zrobić. Na szczęście znajdujemy się w takiej części świata, w której rozwiązania problemów znajduje się tuż obok drogi:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac35.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2106" alt="mac35" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac35.jpg" /></a></p>
<p>A tu widać wyraźnie co było powodem gadżetowej troski przez ostatnie kilkaset km:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac36.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2107" alt="mac36" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac36.jpg" /></a></p>
<p>Na koniec dnia meldujemy się w Sarajewie i trzeba przyznać, że przejazd do centrum miasta do najprzyjemniejszych nie należy. Ruch gęsty, a do tego gorąco jak w piecu, także z ulgą przyjmujemy możliwość zatrzymania się na nocleg:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac37.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2108" alt="mac37" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac37.jpg" /></a></p>
<p>No dobra, tak naprawdę to nocleg wyglądał nieco lepiej niż to co widać na zdjęciu ????. Okazuje się, że wylądowaliśmy w samym środku dzielnicy muzułmańskiej. Ma to swoisty urok, w plątaninie uliczek można natknąć się na bardzo ciekawe miejsca o międzynarodowych korzeniach z lekko wschodnim akcentem:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac38.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2109" alt="mac38" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac38.jpg" /></a></p>
<p>Niemniej jednak ma to również swoje zdecydowanie gorsze strony – nigdzie nie ma piwa! Jak to mawiał jeden z moich znajomych z czasów liceum – pasterski to kraj i pasterskie panują w nim obyczaje. Jak można w taki upał, we wszystkich knajpach nie sprzedawać piwa?! Toż to jest po prostu nieludzkie! W końcu jednak udaje nam się znaleźć jeden lokal, który nie poddał się tym anty-motocyklistycznym naciskom i oferuje zimny browarek… produkcji belgijskiej ????</p>
<p>Pokrzepieni na duchu i ciele udajemy się na dalszą eksplorację okolicy. Wszędzie rozchodzi się kawowy aromat, a maszyny do palenia ziaren stoją wprost na ulicy i bezpośrednio z nich można kupić znakomitą, świeżo paloną kawę, którą na naszych oczach sypią do torebek uśmiechnięte dzieciaki pomagające rodzicom w pracy. Jest też oczywiście bazar, w którym można poczuć się podobnie jak w Stambule. Dlaczego podobnie jak w Stambule? Oto i przykład.</p>
<p>Podchodzę do jednego ze stoisk i spoglądam na nóż sprężynowy wystawiony za cenę 100 marek zamiennych (tj. ok 50 EUR). Ledwo zdążyłem popatrzeć, natychmiast obok mnie wyrasta jak z pod ziemi sprzedawca i w mgnienie oka później nóż ląduje w moich rękach, a sprzedawca z uśmiechem i błyskiem w oku zaczyna zachwalać swój towar. Oczywiście jest to zwykła chińszczyzna i w żadnym wypadku nie jest tyle warta, ale jeśli wierzyć słowom kupca, to mam w ręku przykład najwyższego kunsztu rzemieślniczego tutejszych kowali.</p>
<p>Dam 10 marek – proponuję w przekonaniu, że tak drastyczna oferta szybko zakończy negocjacje.</p>
<p>Niestety moje nadzieje okazują się płonne.</p>
<p>70 marek i jest twój! – słyszę w odpowiedzi</p>
<p>15 marek!</p>
<p>50! Zobacz jak płynnie i szybko się otwiera, jaki ostry, będziesz zadowolony, to jest nóż na lata, …itd…itp!</p>
<p>20, więcej nie dam</p>
<p>Ok, sprzedane!</p>
<p>Po czym następuje zwyczajowy uścisk dłoni i już wiem, że stałem się właścicielem chińskiego noża sprężynowego o wartości odtworzeniowej pewnie max ok 20 centów, za cenę 10 EUR – to i tak 5x mniej niż cena wyjściowa, a sprzedawca wcale nie wygląda na niezadowolonego. Mam też takie wewnętrzne przekonanie graniczące z pewnością, że gdybym w tym momencie zechciał wycofać się z transakcji, to ten nóż znajdzie się pod moim żebrem. Inna sprawa, że dla samej przyjemności targowania się było warto. Nóż będzie znakomitym prezentem dla mojego 12 letniego syna – mam nadzieję, że go za to ze szkoły nie wywalą, a na mnie żadnej opieki społeczno-psychologicznej nie naślą ????</p>
<p>Daję banknot 50 markowy i jako resztę dostaję 20.</p>
<p>Jeszcze 10 dla mnie poproszę!</p>
<p>Sprzedawca dokłada 10 i z bezczelnym uśmiechem stwierdza, że miał nadzieję, że jednak tą dychę jeszcze dołożę. Tak to się fajnie handluje na wschodzie. Nieco odmienne podejście do klienta, niż to miało miejsce w Kotorze, nieprawdaż? ????</p>
<p>Następnego dnia zbieramy się wcześnie rano i po niecałych 600km lądujemy w węgierskim Heviz. Miejscówka o tyle ciekawa, że w środku miasteczka znajduje się termalne jezioro, którego uzdrawiające właściwości znane były już starożytnym. Jedna z legend mówi, że na skutek modlitwy chrześcijańskiej niańki o zdrowie dla przebywającego pod jej opieką, sparaliżowanego dziecka z ziemi wytrysnęło cudowne, ciepłe źródło, w którym dziecko odzyskało zdrowie. Dzieckiem tym okazał się późniejszy cesarz rzymski Flavius Teodozjusz, który w IV w. uznał chrześcijaństwo za oficjalną wiarę w swoim państwie. W historiach o jeziorze można znaleźć również takie, które mówią o uzdrowieniu z gderliwości pewnej jędzowatej i nieznośnej żony, o wyleczeniu z paraliżu pięknej księżniczki, tudzież inne mniej lub bardziej fantastyczne opowieści. Fakty są takie, że miejsce jest jedyna w swoim rodzaju i o ile wiem, w Europie nie ma swojego odpowiednika.</p>
<p>Jezioro zasilane jest ze źródła, które dostarcza tyle wody, że całe jezioro ‘wymienia’ się w ciągu 72 godzin. Temperatura wody w jeziorze przez okrągły rok nie spada poniżej 23-25 stopni a latem dochodzi nawet do 36 stopni C. Ciągły dopływ gorącej wody i późniejsze jej schładzanie powoduje jej nieustający ruch, a unoszące się nad powierzchnią opary siarkowodoru stanowią naturalny inhalator dla kąpiących się ludzi.</p>
<p>W związku z takimi, a nie innymi zaletami całe jezioro razem z otaczającym je parkiem jest ogrodzone i wstęp całkiem słono kosztuje. Na szczęście wody dostarczanej przez źródło nie sposób jest uwięzić za płotem i dlatego z jeziora wyprowadzony jest kanał, który przepływa przez położony obok kemping i wyprowadzony jest dalej na okoliczne łąki. Dzięki temu tacy biedni zdrożeni motocykliści jak my, po zakwaterowaniu na kempingu mogą ze spokojem i za pełną darmochę skorzystać z leczniczych właściwości kąpieli ????</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac39.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2110" alt="mac39" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac39.jpg" /></a></p>
<p>Po kąpieli idziemy w miasto a tam kurort pełną gębą. Taki tutejszy Ciechocinek z tutejszymi ‘fajfami’, tylko wprost na ulicy. Można uznać, że już drugie sanatorium zaliczamy podczas tego wyjazdu – aż strach pomyśleć co to będzie się działo w kolejnych latach ????</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac40.jpg" rel="lightbox[2062]" title="Wyprawa do FYROM"><img class="aligncenter size-full wp-image-2111" alt="mac40" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2018/02/mac40.jpg" /></a></p>
<p>Heviz dla mnie jest już niestety ostatnim przystankiem w tej podróży. Moja osobista Najwyższa Izba Kontroli, w niektórych kulturach znana także pod nazwą żona, od dwóch dni śle mi już nerwowe sms-y, żebym wracał. Tak więc chcąc nie chcąc, następnego dnia wstaję skoro świt i ruszam do domu. Po przejechaniu jednym skokiem niemal 900km melduję się w Warszawie podczas gdy reszta ekipy spokojnie rozkłada sobie powrót na dwa dni.</p>
<p>Znowu fajnie było i znowu za szybko się skończyło. Oby do następnego roku i zobaczymy gdzie tym razem nas poniesie… ????</p>
<p><strong><a href="http://cruiserowcy.com/galerie/?album=17&#038;gallery=24" target="_blank">OBEJRZYJ GALERIĘ</a></strong></p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://cruiserowcy.com/wyprawa-do-fyrom/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wszechstronna amatorska jazda przygodowa: adwenczer</title>
		<link>http://cruiserowcy.com/wszechstronna-amatorska-jazda-przygodowa-adwenczer/</link>
		<comments>http://cruiserowcy.com/wszechstronna-amatorska-jazda-przygodowa-adwenczer/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 19 Oct 2016 20:20:21 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://cruiserowcy.com/?p=2001</guid>
		<description><![CDATA[Ćwiczyło to wielu. Zdecydowałem się jednak na napisanie tego zestawienia, bo jako grupa, a także jako indywidualności przechodzimy przez proces ciągłego doskonalenia się w siodle (tym razem mam na myśli siodło motocykla :). Być może komuś z czytających pomoże to jeździć lepiej i bezpieczniej.A lepiej i bezpieczniej wcale nie znaczy wolniej i na krótsze dystanse. Czyli...]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Ćwiczyło to wielu. Zdecydowałem się jednak na napisanie tego zestawienia, bo jako grupa, a także jako indywidualności przechodzimy przez proces ciągłego doskonalenia się w siodle (tym razem mam na myśli siodło motocykla :). Być może komuś z czytających pomoże to jeździć lepiej i bezpieczniej.A lepiej i bezpieczniej wcale nie znaczy wolniej i na krótsze dystanse. Czyli jeździć można odwrotnie niż w dowcipie o lotniku, któremu mama kazała latać wolno i nisko.</p>
<p>Są różne motocykle i każdy od czegoś zaczynał. Potem przerabiał, zmieniał i znowu przerabiał. Nawijał kilometry na koła, naprawiał, zaliczał obowiązkowe zbliżenia z podłożem, podnosił się i tak w kółko.</p>
<p>Doświadczenie rośnie. Możliwości rosną. Wiek rośnie. Brzuch rośnie. Różnie u różnych osobników. Jednym szybciej, innym wolniej, innym wcale.</p>
<p>Wynik jest następujący: maszyna jest tylko narzędziem. Ważnym ale tylko narzędziem. Najbardziej liczy się kierownik. Wszelkie dyskusje o mocy, rodzaju opon itp. są drugorzędne. Wystarczy, że maszyna się odpycha i ma gumowe ogumienie.  Do sprzętu wrócę później.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/1.jpg" rel="lightbox[2001]" title="Wszechstronna amatorska jazda przygodowa: adwenczer"><img class="aligncenter size-full wp-image-1992" alt="1" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/1.jpg" /></a></p>
<p><b><span style="text-decoration: underline;">Kierownik</span>:</b></p>
<p>Tu tkwi cały potencjał oraz większość problemów na trasie:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/2.jpg" rel="lightbox[2001]" title="Wszechstronna amatorska jazda przygodowa: adwenczer"><img class="aligncenter size-full wp-image-1993" alt="2" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/2.jpg" /></a></p>
<h6>Podstawa to <strong><span style="text-decoration: underline;">umysł</span></strong>.</h6>
<p>Najbardziej podstępny, powodujący usztywnienie, wypadki, zmęczenie, odbierający radość z jazdy jest <span style="text-decoration: underline;">strach</span>. Bez filozofowania czym jest, na motocyklu aby być bezpiecznym w większości przypadków trzeba zachować się odwrotnie niż podpowiada strach i idący za nim odruch ciała. Niestety strach jest bardzo silny. Jeśli mamy już doświadczenia, że coś poszło źle, jakieś gleby, sytuacje podbramkowe, jakieś uśliźnięcie się koła, to strach naturalnie się wzmacnia. Następnym razem gdy widzimy podobną sytuację, usztywniamy się, wykonujemy tzw. małpie ruchy, które mają nas ochronić. Np. jedziemy coraz wolniej, kwadratowo, hamujemy tam gdzie nie trzeba, np. na środku zakrętu, itp. Znowu niestety, to nie pomaga w bezpiecznej jeździe. Zaczynają np. nas wyprzedzać puszki, a co gorsza ciężarówki. Robi się naprawdę groźnie. Jeśli jesteśmy tzw. samcem alfa, to dodatkowy kłopot. Nie da rady przyznać się do strachu. Trzeba dorobić ideologię w stylu: „jadę wolniej swoim tempem, bo podziwiam widoki”. Z czasem, takie coś oczywiście się utrwala. Jak wygląda wtedy jazda? Wszyscy wiemy.</p>
<p>Można na szczęście przeciwdziałać. Jak w każdym sporcie, wymaga to pracy. Zaczyna się od uświadomienia sobie tego co napisałem powyżej. Kiedy już wiemy, jest z górki. Odpowiedzią na strach jest to, co dała Bozia: rozum! Rozum, jak sama nazwa wskazuje, daje możliwość zrozumienia zjawisk. Te na motocyklu to czysta fizyka. Czyli rozum jest w swoim żywiole. Jeśli zrozumiemy co dzieje się z motocyklem w różnych momentach, w ruchu i na postoju, łatwo odpowiemy na pytanie, co zrobić, żeby zawsze panować nad sytuacją. Pomocą są książki. To wszystko już wielokrotnie przećwiczono. Literatura jest wystarczająca. Pomaga włączyć rozum. Jak już się włączy, daje możliwość przemyślenia różnych sytuacji dosłownie klatka po klatce. To ważne! Taka motocyklowa medytacja pomaga w znalezieniu momentu gdzie popełniliśmy błąd. Kiedy napotkamy podobną sytuację kolejny raz, rozum potrafi wyprzedzić strach i bezpiecznie przewieźć nas przez zagrożenie. Trzeba to oczywiście wyćwiczyć, tak by stało się odruchem, bo ten jest jeszcze szybszy niż rozum ale o tym jeszcze będzie.</p>
<h6>Druga podstawa to <b><span style="text-decoration: underline;">ciało</span></b>.</h6>
<p>Aby sprawnie jeździć motocyklem, potrzebujemy sprawnego ciała. Motocykl to nie puszka. Tu trzeba być aktywnym. Im lepiej znamy swoje ciało, że tak powiem „sportowo”, tym sprawniej i bardziej komfortowo jesteśmy w stanie poruszać się motocyklem.  Co ważne, także po wielu godzinach jazdy i po wielu dniach nieprzerwanej jazdy, ciało „sportowe” daje radę, podczas gdy ciało, powiedzmy takie jak na zlotach zaczyna opowiadać coś o „jeździe swoim tempem”.  Wysportowane ciało szybko reaguje, wolno się męczy, szybko się regeneruje, pozwala na dobrą technikę jazdy, jest odporne na warunki atmosferyczne i choroby, no i ostatecznie ochroni nas gdyby wydarzył się upadek &#8211; jest odporne na kontuzje.  Niektórzy mają to naturalnie, inni muszą wypracować przez sport.</p>
<p>Dla tych, którzy potrzebują sportu są właściwie trzy możliwości: bieganie, rower i pływanie. Sporty tzw. aerobowe. Np. tu: <a href="http://treningaerobowy.pl" target="_blank"><i>treningaerobowy.pl</i></a> jest wiele na ten temat. <i>„Trening aerobowy to sama radość i same plusy. Jeśli chcesz trenować, trening aerobowy jest absolutną podstawą! Trening aerobowy doda Ci zdrowia i energii. Dzięki treningom aerobowym będziesz miał więcej energii i więcej zdrowia. Treningi aerobowe rozwijają i wzmacniają układ krwionośny, dotleniają organizm i poprawiają metabolizm. Osoby trenujące aerobowo lepiej śpią, lepiej się czują i mają większą koncentrację, a co najważniejsze &#8211; mają więcej sił witalnych. Dzięki treningom aerobowym będziesz oddychać pełną piersią i mieć ochotę na więcej z życia. Jeśli czujesz się sflaczały i przemęczony, to właśnie taki trening postawi Cię na nogi i doda Ci sił.” </i></p>
<p>Te trzy wymienione sporty to podstawa. Reszta to wariacje na temat. Ważne, żeby dbać o kondycję cały rok. Z doświadczenia wiem, że dla motocyklisty najlepsze jest bieganie. Jest najprostsze. Nie wymaga sprzętu poza butami. Można biegać w każdych warunkach pogodowych, przy czym w zimie gdy jest zimno i ciemno sprawia najwięcej radości. Można wszędzie. W domu i na wyjeździe. Nie trzeba trenera ani sali treningowej. Nie mówiąc już o opłaceniu karnetu itp. Przy czym jest to sport fundament. Daje najwięcej ze sportów aerobowych i najszybciej. Polecam bieganie na zewnątrz, gdyż najlepiej hartuje do jazdy w każdej pogodzie.</p>
<p>Każdy znajdzie coś dla siebie. Kryteria sprawdzające to waga oraz podstawowa kondycja. Najprościej wzrost bez jedynki z przodu oraz możliwość utrzymania tempa przez co najmniej godzinę. Tempa przy tętnie ze strefy III (70-80% MHR). Strefę każdy powinien obliczyć indywidualnie. Dla facetów na motocyklach będzie to pewnie ok. 130 uderzeń serca na minutę.</p>
<p>Oczywiście motocykl to też trening. Godzina jazdy szosowej turystycznej to 204 kalorie. Adwenczer i enduro to wielokrotnie więcej!</p>
<p>Sprawne ciało może wydawać się nieistotne podczas popijania piwa w komfortowym otoczeniu. Jednak pod koniec dnia, gdy robi się ciemno, pada deszcz, mamy już przejechane kilkaset km, a do celu jeszcze ze sto, okazuje się kluczowe w dotarciu do celu.</p>
<p>To plusy dodatnie. A te ujemne, to takie, że sprawny może i chce więcej także w innych dziedzinach. To oznacza np. że szkoda czasu na zloty. Lepiej przebiec maraton :)</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/3.jpg" rel="lightbox[2001]" title="Wszechstronna amatorska jazda przygodowa: adwenczer"><img class="aligncenter size-full wp-image-1994" alt="3" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/3.jpg" /></a></p>
<h6>Trzecia podstawa to <b><span style="text-decoration: underline;">szkolenie</span></b>.</h6>
<p>Szkolenie jest elementem niezbędnym, aby połączyć to co wymyślił rozum, z tym co może sprawne ciało, w efektywne poruszanie się na dwóch kołach. Motocykliści mają różne umiejętności i różne poziomy świadomości zjawisk. Szkolenie pomaga to wszystko uporządkować , wyeliminować złe przyzwyczajenia i nauczyć prawidłowych technik.</p>
<p>Coś jest na rzeczy, bo nawet fachowe redakcje dostrzegają, że gdzieś coś dzwoni. Nie wiedzą jednak w którym kościele:</p>
<p><a href="http://www.motogen.pl/Bezpieczniej-znaczy-szybciej-najnowsze-badania-dotyczace-motocyklistow,2470.html" target="_blank">Bezpieczniej-znaczy-szybciej-najnowsze-badania-dotyczace-motocyklistow</a></p>
<p>We współczesnych czasach w naszym kraju przeważnie zaczyna się od asfaltu. Większość motocyklistów tam właśnie rozpoczyna naukę. Przeważnie samo-naukę. Potem jest kurs na prawko (czyli najbliżej prawej krawędzi jezdni itp. bzdury). Przeważnie jakieś doświadczenie z puszki. Też niezbyt poprawne. No i wyjazd na drogę…</p>
<p>Zwykle podczas codziennej jazdy nie zastanawiamy się jak wykonujemy dany manewr. Jest to po prostu mniej lub bardziej automatyczna czynność. Różnicę podczas szkolenia stanowi to, że manewry rozbieramy na części składowe. Każdą część omawiamy, ćwiczymy i na końcu łączymy w całość. Możemy ćwiczyć do skutku – aż będzie wykonane dobrze. Możemy również ciągle sprawdzać z instruktorem czy już jest dobrze. Przeważnie czujemy ten moment kiedy załapujemy o co chodzi. Gdy instruktor potwierdzi, że ok, przechodzimy do kolejnego ćwiczenia. Ogromną zaletą tego podejścia jest skupienie uwagi na danej czynności w taki sposób, że najpierw ogarniamy ją rozumowo, potem siłowo, potem zaczyna to być odruch, potem potrzeba coraz mniej siły – rodzi się odpowiednia technika!</p>
<p>Kolejnym punktem jest to, że każde ćwiczenie możemy wykonać do jego granic. Dzięki temu w realu wiemy dokładniej gdzie leżą te granice. Np. granica przyczepności na asfalcie. Bez jej zerwania w warunkach doświadczalnych, nie wiemy gdzie jest na ulicy. Po wykonaniu iluś tam hamowań awaryjnych na placu, będzie łatwiej zapanować nad prawdziwą sytuacją.</p>
<p>Jest wiele szkół motocyklowych. Każde szkolenie zostawia pozytywny ślad. Tu także każdy może dobrać coś pod siebie.  Można je jednak generalnie podzielić na szkolenia asfaltowe i szkolenia terenowe albo po twardej i po luźnej nawierzchni. Aby być motocyklistą wszechstronnym, takim który poradzi sobie podczas wyjazdu w nieznane, należy radzić sobie na każdej nawierzchni i w każdych warunkach.</p>
<p>Twarda i luźna nawierzchnia mają kilka cech wspólnych, generalnie jednak są to dwie różne techniki jazdy. Natomiast uzupełniają się one. Przy czym jazda po luźnym pomaga znacznie bardziej na asfalcie niż odwrotnie. Tak więc każdy, kto chce dobrze jeździć po asfalcie, powinien pojeździć w terenie.</p>
<p>Plus ujemny tej sytuacji jest taki, że odcinki asfaltowe staja się naprawdę nudne ;)</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/4.jpg" rel="lightbox[2001]" title="Wszechstronna amatorska jazda przygodowa: adwenczer"><img class="aligncenter size-full wp-image-1995" alt="4" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/4.jpg" /></a></p>
<h6>Czwarta podstawa:  <b><span style="text-decoration: underline;">wypracowanie odruchów i praktyka w realu</span></b>.</h6>
<p>Szkolenie pokazało jak. Teraz rozum i ciało łączą tą naukę w spójną technikę. I znowu tak jak w wielu innych sportach tzw. dupogodziny to podstawa. Sposoby panowania nad maszyną pokazane na szkoleniach przekształcają się w prawidłowe odruchy. Powtarzane tysiące razy dają właściwą technikę, a tym samym bezpieczeństwo na dwóch kołach.</p>
<p>Tutaj także występują efekty uboczne w postaci zwiększonej przyjemności z jazdy, możliwości pokonania szybciej zakrętów czy na pierwszy rzut oka przeszkód terenowych nie do pokonania. Trzeba potem bronić się przed nałogami na postojach w oczekiwaniu na kolegów, którzy jeszcze muszą trochę poćwiczyć :)</p>
<p><strong>Najważniejszym jednak aspektem pozostaje bezpieczeństwo.</strong> Czyli dojechanie w jednym kawałku do celu. Z doświadczenia wynika, że najtrudniejszym i najbardziej niebezpiecznym okresem jest koniec dnia. Kiedy mamy już setki km za sobą, kiedy robi się ciemno, kiedy pada deszcz, kiedy jest zimno itp. Mamy już dosyć i chcemy jak najszybciej wskoczyć pod prysznic albo popijać zimne piwo. Zmęczenie i zimno powodują, że rozum powoli, niezauważalnie się wyłącza.</p>
<p>Jest to ten moment, kiedy ciało reaguje niekiedy szybciej niż świadomość i ratuje nas przed glebą. I właśnie o taki poziom amatorszczyzny chodzi w podróżowaniu motocyklem. Można to także nazwać doświadczeniem.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/5.jpg" rel="lightbox[2001]" title="Wszechstronna amatorska jazda przygodowa: adwenczer"><img class="aligncenter size-full wp-image-1996" alt="5" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/5.jpg" /></a></p>
<p><b><span style="text-decoration: underline;">Motocykl:</span></b></p>
<p>Najkrócej: przydaje się! Aby poczuć wiatr w różnych miejscach może być jakikolwiek. Mimo to, wraz z ilością nawiniętych km i zmianami cyfr na licznikach przebiegu człowiek robi się wygodny. Kiedy jest mało czasu na wyprawy, istotna staje się niezawodność. Po prostu nie ma zapasowego tygodnia albo trzech, żeby gdzieś w dzikim kraju czekać na części, łatać po drodze w przygodnych miejscach albo mieć nadzieję, że jeszcze trochę pojedzie i się nie rozsypie. Doskonały stan techniczny to wymóg podstawowy! To kwestia priorytetów. W moim wypadku ważniejsze są wrażenia z jazdy, niż wrażenia z polowych napraw. Motocykl powinien bez problemu wytrzymać technicznie planowaną wyprawę. Należy to przemyśleć i odpowiednio go przed wyprawą przygotować. Idealne zajęcie na zimę!</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/6.jpg" rel="lightbox[2001]" title="Wszechstronna amatorska jazda przygodowa: adwenczer"><img class="aligncenter size-full wp-image-1997" alt="6" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/6.jpg" /></a></p>
<p>Nie zwalnia to jednak z zabrania pakietu niezbędnych części. Każdy powinien znać swoją maszynę na tyle, żeby wiedzieć co wziąć. Zawsze może się coś zdarzyć, ale wtedy kiedy człowiek jest przygotowany, przygoda jest przyjemniejsza.</p>
<p>Mimo tego, że można na każdym, motocykl odpowiednio dobrany pod względem planowanych tras oraz pod względem ergonomii znacznie podnosi bezpieczeństwo, komfort, a tym samym całościowe wrażenia z jazdy.</p>
<p>Link do strony, gdzie można sobie dobrać w teorii najlepszy sprzęt od strony ergonomii poniżej:</p>
<p><a href="http://cycle-ergo.com/">http://cycle-ergo.com</a></p>
<p>Kiedy już znajdzie się w garażu, pozostaje ustawienie go pod siebie. Dotyczy to podstawowych nastawów, które wymienię żeby była jasność:</p>
<p>- dźwignie hamulca i sprzęgła powinny być ustawione tak, aby obsługiwać je dwoma palcami (żeby było jasne, tym od fucka i wskazującym). Pozostałe palce trzymają kierownicę. Nadgarstki możliwie prosto w każdej pozycji na moto. Tj. w pozycji siedzącej i stojącej. To pewien kompromis. Możliwy jednak do osiągnięcia. Dla bardziej wymagających, konieczne jest przestawianie kierownicy do jazdy w terenie, tak żeby nadgarstki pozostawały prosto. Odpowiednie akcesoria są na rynku.</p>
<p>- dźwignia hamulca nożnego oraz dźwignia zmiany biegów. Mają być ustawione tak, żeby możliwie jak najwygodniej zmieniać biegi siedząc i stojąc. To także pewien kompromis. Niektóre motocykle są wyposażone w dźwignie przestawne. W razie konieczności można kupić akcesoryjne.</p>
<p>- podnóżki muszą umożliwiać stanie i być wygodne podczas długiej jazdy w ten sam sposób.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/7.jpg" rel="lightbox[2001]" title="Wszechstronna amatorska jazda przygodowa: adwenczer"><img class="aligncenter size-full wp-image-1998" alt="7" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/7.jpg" /></a></p>
<p><b><span style="text-decoration: underline;">Adwenczer:</span></b></p>
<p>Po spełnieniu wszystkich powyższych warunków, dochodzimy do swobody w poruszaniu się na dwóch kołach. Jest to powrót do korzeni i esencja przygody motocyklowej. Możemy jeździć wszędzie. Nie potrzeba nawet drogi. To tak jak jeździli nasi dziadkowie. Nie było porządnych motocykli. Nie było dróg, a jednak jeździli i mieli z tego dużo radości. Adwenczer to prawdziwa wolność. Możliwa jest jazda po prostej. Na azymut. Trochę jedziemy asfaltem, trochę polem, trochę polną drogą, tam gdzie można trochę lasem. Jedyną przeszkodą, której nie można pokonać po prostej są zbiorniki wodne i rzeki. W takim wypadku musimy objechać albo szukać brodu. Nie interesują nas korki, smród spalin z samochodów i agresja drogowa. Dookoła piękna przyroda oraz rzeczy, których nie dostrzegamy podczas jazdy oficjalnymi szlakami. Jazda jest wolniejsza. Zwykle zajmuje dwa razy dłużej niż asfaltem. O dziwo, człowiek jest dwa razy bardziej wypoczęty. Jest za każdym razem inaczej, bo skręt w każdą polną dróżkę zmienia resztę trasy. Zatrzymujemy się, żeby porozmawiać z ludźmi. Zamiast makdonalda wybieramy wiejski sklepik.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/8.jpg" rel="lightbox[2001]" title="Wszechstronna amatorska jazda przygodowa: adwenczer"><img class="aligncenter size-full wp-image-1999" alt="8" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/8.jpg" /></a></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Jeśli ruszymy za granicę, w większości przypadków można więcej. Zupełnie legalnie. Albo w taki sposób, że co nie jest zabronione, jest dozwolone. Można jeździć bez ograniczeń po górach i lasach. Znajdzie się nawet coś dla chętnych do jazdy bez kasku. Tego też trzeba spróbować. Zapewniam, że są miejsca, gdzie można bezpiecznie.</p>
<p><strong>UWAGA: powyższe nie dotyczy Europy zachodniej!</strong></p>
<p>Jeśli nie przeginamy, szanujemy ludzi, reakcje na motocykle są serdeczne. To jedna z najpiękniejszych rzeczy w tej przygodzie. Poznani po drodze ludzie i ich otwartość na podróżników.</p>
<p>Polecam</p>
<p>Szczepan</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://cruiserowcy.com/wszechstronna-amatorska-jazda-przygodowa-adwenczer/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Bajka zza Siedmiogórogrodu</title>
		<link>http://cruiserowcy.com/bajka-zza-siedmiogorogrodu/</link>
		<comments>http://cruiserowcy.com/bajka-zza-siedmiogorogrodu/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 06 Oct 2016 11:50:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://cruiserowcy.com/?p=1900</guid>
		<description><![CDATA[Udział biorą (w kolejności zupełnie przypadkowej): Damianczyk i Biedrona na BMW R1200 GS Qba vel Szaszłyk na Valkyrii Szczepan na BMW R1200 GS ADV Gadżet na BMW 1200 RT Grzegorz na BMW R 800 GS Rafii na Suzuki DL 650 Bezan na BMW K1200R Marcin zwany Czaszka jako lider grupy samochodowej w Peugeot 508 Renata...]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Udział biorą (w kolejności zupełnie przypadkowej):</p>
<ul>
<li>Damianczyk i Biedrona na BMW R1200 GS</li>
<li>Qba vel Szaszłyk na Valkyrii</li>
<li>Szczepan na BMW R1200 GS ADV</li>
<li>Gadżet na BMW 1200 RT</li>
<li>Grzegorz na BMW R 800 GS</li>
<li>Rafii na Suzuki DL 650</li>
<li>Bezan na BMW K1200R</li>
<li>Marcin zwany Czaszka jako lider grupy samochodowej w Peugeot 508</li>
<li>Renata</li>
<li>Ola</li>
</ul>
<p>Gdzie tu jechać? Co tu robić? – takie nam po głowach myśli chodzą – tu już byli, tam już byli, zachód nudny, wschód w chaosie, północ zimna i daleko. Nie ma wyjścia, trzeba na południe wzrok skierować. Tylko co tam ciekawego słychać? W mediach ciągle o uchodźcach albo o zamachach trąbią, tu granice zamykają, tam stawiają płoty i zasieki, a jak spokój gdzieś i ciepło, to od razu ceny wściekłe. Nagle Szczepan rzuca hasło, że w Albanii nas nie było – blisko, tanio, ciepłe źródła mają i podobno turystów serdecznie Rakiją witają. Pomysł bardzo się podoba i przygotowania wnet ruszają.</p>
<p>No dobra – wierszoklecenia byłoby na tyle bo raczej słabo mi to wychodzi, także dalej pojedziemy jednak prozą… i motocyklami ;-)</p>
<blockquote><p>Trochę obaw oczywiście się pojawia – o stan dróg, o bezpieczeństwo, o zamykane granice itp. Dodatkowo z różnych stron słyszymy, że:</p></blockquote>
<p>Albania?!? Czyście poszaleli? Przecież tam mafia, każdy chodzi z kałachem pod pachą i strzela gdzie popadnie, porwą Was, zastrzelą, spalą, głowy poucinają, a na koniec ze skóry obedrą i na pal nabiją niechybnie. Toż tam dzicz potworna i w dodatku islam! No i jak to zwykle bywa opinie takie wygłaszają ludzie, którzy ostatnio w Albanii byli… no właśnie – nigdy. Całość swojej wiedzy czerpią zazwyczaj ze stereotypów i wiadomości pojawiających się w takich czy innych szmatławcach.</p>
<p>Tymczasem relacje ludzi, którzy w Albanii jednak byli, czytane w sieci wyglądają zachęcająco i plan zaczyna nabierać coraz bardziej realnych kształtów. Zbierają się chętni i wzorem wyprawy do Gruzji następuje podział na grupę motocyklową i samochodową, przy czym założenie jest takie, żeby na miejscu wynająć auto 4&#215;4, bo nie wiadomo jak to będzie z lokalnymi drogami i tam gdzie wjadą motocykle, to samochód osobowy niekoniecznie. Jak czas pokaże, nasze obawy okazują się być nieco na wyrost. Termin ustalony, trasa z grubsza również, więc ruszamy. Grupa motocyklowa ma się spotkać w piątek wieczorem w Ostravie w wypróbowanym już wcześniej hotelu Max Simek a samochodziarze wyruszają w sobotę z rana, aby wieczorem złapać się w Karlovacu (tam również mamy zarezerwowany hotel), kolejny postój planujemy w Budvie, a potem to już albański spontan czyli noclegi tu i ówdzie, jak wyjdzie.</p>
<p>Zgodnie z nakazem tradycji ostatni do Max Simka zajeżdża Bezan – nie dość, że w środku nocy to jeszcze z ciemną szybką w kasku, bo zapomniał sobie na jasną zmienić – no cóż, można i tak, twardym trza być a nie miętkim &#8211; po omacku ale jakoś trafia i grupa moto jest w komplecie.</p>
<p>Następnego dnia z rana startujemy na Karlovac. Samej drogi nie ma co opisywać – zwykły tranzyt. Może poza jednym zabawnym incydentem na granicy Chorwackiej. Nasza grupa jest dość liczna i pod budkę celnika naraz podjechać się nie da. Skutkuje to tym, że poza prowadzącym i ewentualnie drugim w kolejce reszta nie ma szans usłyszeć co celnik mówi ani jakich dokumentów wymaga. Widać jedynie, że Szczepan coś jednak przez okienko podaje zanim przejedzie na drugą stronę, więc reszta też szykuje dokumenty: paszporty, dowody rejestracyjne, zielone karty. Podjeżdżam pod okienko ale nadal nie słychać co urzędnik tam mamrocze pod nosem (a może ja już po tylu latach jazdy armaturą głuchy trochę jestem? ;-)), więc podaję mu dokumenty. Ten macha ręką i wyraźnie zniecierpliwiony wychodzi z budki i znacznie głośniej i pomagając sobie gestykulacją wyraża swoją opinię, którą (nie znając nie w ząb niewątpliwie pięknego i kwiecistego języka chorwackiego) zinterpretowałbym mniej więcej tak:</p>
<blockquote><p>- A przestańcie wy mi wreszcie pierd…zieć tymi motorami i ruch na granicy blokować, na ch… mi te wasze dokumenty?! Prosił Was ktoś o nie?!? Zjeżdżać mi stąd, ale już! Spokojnie człowiekowi pracować nie dają, cholera jasna!</p></blockquote>
<p>Tak oto w atmosferze wzajemnego szacunku i przyjaźni między narodami wjeżdżamy do Chorwacji i niedługo potem meldujemy się w hotelu, a grupa samochodowa dobija dosłownie chwilę później – jesteśmy w komplecie i można oficjalnie zaczynać wyprawę. Jak powszechnie wiadomo najlepszym sposobem rozpoczęcia wyprawy w miejscu takim jak Chorwacja (i nie tylko zresztą tam :)), jest suta kolacja z odpowiednią ilością wina, tudzież innych trunków i tak właśnie zaczynamy i to wszystkim polecamy :)</p>
<p>Następnego dnia przelot drogami krętymi z Chorwacji do Czarnogóry. Tego dnia jedzie się fantastycznie – drogi jak dla mnie perfekcyjne. Cały dystans, jaki robimy tego dnia to gdzieś w granicach 650-700km, z czego pewnie tak ze 600km to winkiel za winklem na doskonale przyczepnych asfaltach i z pięknymi widokami. W moim osobistym odczuciu jest to jeden z najfajniejszych regionów motocyklowych, w których byłem. Po drodze mijamy się z całą masą motocyklistów z najróżniejszych krajów, więc chyba nie ja jeden mam takie wrażenie. Na wlocie do Splitu jedziemy przemieszani z dość chaotycznie jadącą grupą motongów ze Słowenii – same nowe BMW GS-y i KT 1600 GL. Jadąc w miarę regularnym szykiem, co w żadnym przypadku nie znaczy ślamazarnie, musimy się chyba trochę wyróżniać, bowiem w pewnym momencie między nami pojawia się zawodnik na starym, z pewnością bardziej niż pełnoletnim BMW RT. Na skrzyżowaniu zbliża się do Szczepana i zaczyna coś tłumaczyć. Chwilę potem jedziemy za nim do centrum miasta i już wiadomo, że czeka nas jakaś atrakcja. Tą atrakcją okazuje się być knajpa z dobrym i niedrogim lokalnym jedzeniem w samym środku starówki, a nasz przewodnik przedstawia się jako prezydent klubu starych motocykli z siedzibą w Splicie. Obiad zajmuje nam trochę więcej czasu niż zakładaliśmy i potem trzeba dobrze winklować, żeby nadrobić, a i tak do Budvy zajeżdżamy już po zmroku, sporo czasu po grupie samochodowej. Niemniej jednak warto było, a kolacja w ekskluzywnej knajpie na plaży po zachodzie słońca też ma swoje uroki.</p>
<p>Tego dnia doszła do mnie wiadomość, że nasze dzieciaki odebrane przez Olę w piątek wieczorem z zielonej szkoły właśnie przechodzą w domu wirusówkę i jest całkiem prawdopodobne, że Ola po kontakcie z nimi zabrała ze sobą ten wątpliwy prezent. No cóż, zamiast czekać i sprawdzać czy tak czy nie, postanawiamy profilaktycznie zażyć jedynie skuteczne lekarstwo i uroki wieczoru na plaży po zachodzie słońca poprawia nam flaszeczka żubróweczki. Do końca wyprawy nikt na nic nie choruje, co tylko potwierdza prawidłowość zastosowanej terapii ;-)</p>
<p>Kolejnego dnia z rana wita nas piękna pogoda i temperatura ponad 30 stopni pana Celsjusza.</p>
<blockquote><p>Pełni zapału wbijamy się w motociuchy i dzida. No…  prawie dzida. To znaczy dzida przez jakieś 50m a potem stajemy w gigantycznym korku.</p></blockquote>
<p>Stoi wokół wszystko, smrodzi, trąb,i a nam pot zaczyna gęsty spływać w miejsca gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Wytrzymujemy jakieś 10 minut, a potem zapada decyzja o wytyczeniu sobie pasa dla motocyklistów pomiędzy stojącymi puszkami. Nie jest to proste w grupie 7 załadowanych motocykli, ale jakoś dajemy radę, trochę ulicą, trochę chodnikiem i za jakiś czas udaje nam się dobić do przyczyny korka – otóż na jedynej wylotówce z Budvy, wzdłuż wybrzeża prowadzone są właśnie roboty drogowe. Polega to na tym, że na całej szerokości drogi, a nawet jeszcze szerzej nie ma asfaltu tylko tłuczeń, pryzmy kamienia, głębokie wykopy i w sposób przypominający zachowanie swobodnych atomów poruszające się maszyny budowlane. Pomiędzy tym wszystkim w kurzu i upale usiłują przedostać się normalne auta, motocykle, rowery, piesi… jednym słowem atrakcja turystyczna pełną gębą :)</p>
<p>Przebicie się przez cały korek zwieńczony tym poligonem zajmuje nam jakieś trzy kwadranse i wreszcie z ulgą nabieramy jako takiej prędkości umożliwiającej załączenie się klimatyzacji motocyklowej ;-). Piękna droga widokowa wzdłuż wybrzeża szybko doprowadza nas do granicy albańskiej, na której zastajemy kolejkę na kilkanaście samochodów, ale na szczęście widzący nas celnik macha ręką, żebyśmy podjechali specjalnym chodnikiem dla pieszych i jednośladów prosto pod okienka. Odprawa idzie całkiem sprawnie i wkrótce potem jesteśmy już po stronie albańskiej. Ci, którzy przejechali jako pierwsi w oczekiwaniu na resztę grupy muszą przez chwilę odpierać ataki miejscowych pand (pan da, pan da, pan da… ) ale dość szybko podchodzi celnik i stanowczo rozpędza żebracze towarzystwo. Pierwszy znak, że temu państwu zależy na jak najlepszym wizerunku w oczach przyjezdnych. Ruszamy dalej i około południa dobijamy do Szkodry i niedługo potem spotykamy się z grupą samochodową – wypłacamy miejscową kasę z bankomatu, ustalamy plan dalszej jazdy i w drogę. Wypożyczalni samochodów raczej nie widać, a drogi nie wyglądają najgorzej, także grupa samochodowa póki co decyduje się pozostać przy Peugeocie.</p>
<blockquote><p>Pierwszy przystanek to oczywiście knajpa i znakomite mięcho z grilla w ilościach niemożliwych do przejedzenia – część pakujemy na później i jedziemy w kierunku na miejscowość Kruja, żeby zwiedzić tamtejszy zamek.</p></blockquote>
<p>Droga dobra, więc kilometry lecą szybko, aż tu nagle prowadzący Szczepan skręca w wąską szutrową dróżkę pomiędzy domami. Coś niemożliwe, żeby to była jedyna droga, ale wujek Garmin z BMW twierdzi, że tak właśnie jest. Khmmm, my to może jeszcze jakoś przejedziemy, ale limuzyna Czaszki??? Może jednak trzeba było tego 4&#215;4 poszukać?</p>
<p>Jedziemy jakiś czas szuterkiem, mijani ludzie dziwnie się na nas patrzą, niektórzy machają i pokazują, że dalej nie ma co jechać ale co, my nie przejedziemy??? Myyyy, którzyśmy kiedyś do Shatili dojechali nie przejedziemy?!? Droga w końcu podobna, szuter wzdłuż strumienia i dalej prosto w góry, bułka z masłem:<a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/szutr.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1937" alt="szutr" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/szutr.jpg" /></a></p>
<p>W pewnym momencie Biedrona zarządza postój, jak się okazuje w celu wzmocnienia psychiki plecaczka nadwątlonej zeszłoroczną <a href="http://cruiserowcy.com/rumunia-moldawia-2015/" target="_blank">glebą na szutrach Rumunii</a>. Waleriana z procentami pita prosto z gwinta czyni cuda. Do celu jeszcze tylko 7km, więc jakoś damy radę, ciekawe jak samochodziarze przejadą … he he he&#8230;</p>
<p>Ścieżka robi się coraz węższa, trochę większych kamulców leży, ale Szczepan i Grześ na GS-ach dzielnie prą dalej. Widzę, że na zakręcie trochę niepewnie zatrzymują się Rafii i Damian, ale Gadżet na RT-ku jedzie dalej więc ja Valczykiem również – gaz i do góry. Wychodzę zza winkielka, jest ostro, ścieżkę ledwo widać, moto się ślizga na błocie i podskakuje na kamieniach, ale wiem, że jak stanę to już nie ruszę, Gadżet już stoi w poprzek stoku i ruszyć się nie może, mijam go driftem na grubość lakieru i chwilę później ja też stoję w poprzek dwa metry powyżej i również bez możliwości ruchu w żadnym kierunku – przede mną przepaść, za mną ściana. Hmmm, tak wysoko to chyba jeszcze nikt nigdy Valcem po bezdrożach nie dojechał, tylko jak teraz wrócić na dół?</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kuba.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1923" alt="kuba" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kuba.jpg" /></a></p>
<p>Z pomocą przychodzi Damian z wiedzą wyniesioną z kursu Akademii Enduro BMW – każe zapiąć jedynkę i używając sprzęgła i silnika jako hamulca, powoli zsuwać się tyłem. Sposób działa faktycznie bardzo skutecznie &#8211; pierwszy drogę w dół w ten sposób pokonuje Gadżet, a reszta chłopaków podtrzymuje go po obu stronach, a następnie sprowadzają mnie.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kuba2.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1924" alt="kuba2" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kuba2.jpg" /></a></p>
<p>Pot po plecach spływa gęsty, bo jednak te 350kg Valca między nogami swoje robi. Biedrona rzucając gromami poszła drogą z powrotem na piechotę. Chyba jednak nie damy rady przejechać tędy i trzeba się wycofać…</p>
<p>Ciekawe jak grupa samochodowa?</p>
<p>Patrzę w telefon, a tam sms od szanownej małżonki z informacją, że są już w Kruje i siedzą w knajpce pod zamkiem sącząc zimne napoje. A więc jednak wujek Garmin musiał się pomylić i na pewno istnieje inna droga przejezdna dla Peugeota 508 !!! No to jadziem na ten zamek!</p>
<blockquote><p>Niecałą godzinę później jadąc dobrymi drogami jesteśmy na miejscu i idziemy zwiedzać.</p></blockquote>
<p>Łazimy wokół murów i nagle jak z pod ziemi pojawia się młody Albańczyk i łamanym angielskim pyta skąd jesteśmy, czy nam się podoba w Albanii, czy pierwszy raz tutaj i tym podobny standardowy zestaw pytań. Standardowo również proponuje, że pokaże nam coś ciekawego – kościół, a w zasadzie jego ruiny co mają 600 lat, ale ciągle są tam freski i mozaika. Prowadzi nas między murami i faktycznie na samym szczycie znajduje się niewysoki murek w kształcie typowym dla kościoła. Na ścianie na kawałku tynku o powierzchni może 1m2 ledwo widać wyblakłe freski, a co do mozaiki to wg słów naszego przewodnika jest zabezpieczona pod warstwą żwiru leżącego na posadzce, ale jest tam z pewnością i jest wspaniała, a tak w ogóle to powyżej jest piękne miejsce widokowe, gdzie może nam zrobić zdjęcie, a poza tym to za usługę przewodnika w zasadzie należy się jakaś zapłata. Na kilometr czuć, że nas naciąga, ale robi to w tak sympatyczny sposób, że dajemy się trochę naciągnąć i młody żegna nas wyraźnie z siebie zadowolony.</p>
<p>Robi się późno a my jeszcze nie wiemy gdzie będziemy nocować, ale cała grupa zdecydowanie jest za szukaniem miejsca nad morzem więc jedziemy szukać. Najpierw jednak trzeba znaleźć wyjazd na dwupasmówkę a łatwe to nie jest. Mijamy ją kilkukrotnie, ale wjazdu nigdzie nie ma, chyba że pod prąd. W końcu trafiamy na wąską szutrówkę i drogowskaz na autostradę zrobiony na kawałku kartonu a za chwilę to i nawet znak pełną gębą ktoś postawił i wjazd na autostradę okazuje się faktem:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/autostrada.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1907" alt="autostrada" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/autostrada.jpg" /></a></p>
<p>Dwupasmówka jest całkiem dobrej jakości, a swoistą ciekawostką są stacje benzynowe, które są bardzo często i nawet czynne ale … bez zjazdu z autostrady, wszystkie wygrodzone betonowymi zaporami. Ciekawa koncepcja.</p>
<p>Szukając kempingu kilka razy zjeżdżamy z trasy, ale po kilkuset metrach odpuszczamy bo polne drogi nie wyglądają ani trochę jakby miały prowadzić do kempingu. W końcu pojawia się drogowskaz na kemping, potem dugi i kolejne i jak po sznurku udaje nam się dojechać<a href="http://www.kampingpaemer.com/content/foto-galery " target="_blank"> tutaj</a>:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/morze.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1926" alt="morze" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/morze.jpg" /></a></p>
<p>Kemping Pa Emer jest wyjątkowo ładnie położony i urządzony z wykorzystaniem naturalnego, wysokiego wybrzeża i naturalnie wszechobecnych bunkrów. Na jednym z nich, chyba największym w okolicy, wybudowany został gustowny dom z bali, w którym mieści się też restauracja a bunkier służy zapewne za składzik na wina. Uśmiechnięty gospodarz wita nas serdecznie, wskazuje miejsce pod namioty i poleca kolację w restauracji, z czego rzecz jasna korzystamy.</p>
<blockquote><p>Sałatka, ryba i wino smakują wyśmienicie, a uroku okolicy dodają chmary świetlików błyskające w mroku.</p></blockquote>
<p>Bez żadnej przesady można stwierdzić, że Albania wita nas bardzo sympatycznie. Nasze zdanie na temat tego kraju podziela kolega bajker ze Szwajcarii nocujący na tym samym kempingu. Opowiada, że podróżuje sobie tak niespiesznie już miesiąc po Bałkanach i niesamowicie mu się podoba cały ten region, a najfajniejsi są ludzie, których spotyka po drodze. Trudno się z nim nie zgodzić, a poza tym to tylko pozazdrościć czasu na takie podróżowanie – my rzadko, kiedy dajemy radę wygospodarować na nasze wyjazdy więcej niż tydzień.<a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kamping.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1919" alt="kamping" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kamping.jpg" /></a></p>
<p>Rano ruszamy dalej, tego dnia naszym celem jest moczenie tyłków w termalnych źródłach w pobliżu miasta Permet.</p>
<p>Droga nie rozpieszcza jakością nawierzchni, ale nie ma co narzekać – zdarzało nam się po gorszych jeździć już kilka razy, a poza tym kieruje nas ona do jednego z miejsc wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO – do miasta Berat, zwanego również miastem tysiąca okien.</p>
<blockquote><p>Jak głosi legenda przed wiekami żyło dwóch olbrzymów o imionach Tomorri i Shpirag. Jak to zwykle bywa w legendach obaj jak ostatni frajerzy zakochali się w tej samej dziewczynie.</p></blockquote>
<p>Dziewczynie zapewne imponował fakt posiadania dwóch adoratorów i nie robiła nic, żeby jednego z nich spławić tylko wręcz przeciwnie – świetnie się bawiła czarując raz jednego, a raz drugiego. Skoro żaden z nich nie mógł pójść po rozum do głowy i się odkochać, zaczęli w końcu o nią walczyć. Walczyli długo i zawzięcie, a z ich mieczy tryskały skry, a ciosy były tak silne, że pod każdym kolejnym uderzeniem zapadali się głębiej pod ziemię. W końcu obaj zginęli od ciężkich ran, które sobie nawzajem zadali i pozostały po nich tylko te dwie góry: Tomorri i Shpirag, na których do dzisiaj widać głębokie rysy po uderzeniach mieczy. Sprawczyni tego całego męskiego nieszczęścia dopiero po fakcie zorientowała się do czego doprowadziła swoimi gierkami i tak długo po nich płakała, że z jej łez powstała rzeka Osum. Z czasem na jej obu brzegach, u podnóża dwóch olbrzymów urosło miasto Berat. A było to tak dawno temu, że pierwsze wzmianki o istnieniu w tym miejscu miasta datowane są na III w p.n.e.<a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/berat.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1910" alt="berat" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/berat.jpg" /></a></p>
<p>Nas najbardziej zainteresowała leżąca na szczycie jednego ze wzgórz twierdza. Prowadzi do niej wąska i kręta droga, a jej ostatni najbardziej stromy kawałek, tuż przed bramą do zamku wyłożony jest kamieniami, które przez setki lat wyślizgane zostały niemal na lustro. Wjazd pod górę to jeszcze w miarę na spokojnie, ale zjazd bez gleby to będzie dopiero wyzwanie – szczęście, że nie pada!</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/berat2.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1911" alt="berat2" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/berat2.jpg" /></a></p>
<p>Tymczasem, zanim zaczniemy karkołomny zjazd, najpierw idziemy zwiedzać. Pierwsze zaskoczenie – otóż twierdza w dalszym ciągu jest zamieszkana! Spacerując wąskimi uliczkami pomiędzy średniowiecznymi domami podziwiamy oryginalne ozdoby…</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kozioł.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1922" alt="kozioł" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kozioł.jpg" /></a></p>
<p>…odkrywamy miejsca parkingowe pozostałe po pojazdach modnych dawniej …</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/berat3.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1912" alt="berat3" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/berat3.jpg" /></a></p>
<p>… oraz urok pojazdów modnych dzisiaj…</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/berat4.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1913" alt="berat4" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/berat4.jpg" /></a></p>
<p>Wśród średniowiecznej zabudowy twierdzy można dojrzeć ruiny licznych tu niegdyś kościołów oraz meczetów, a niewątpliwą ciekawostką jest wielka, podziemna cysterna na wodę. Ci, którzy mieli okazję zwiedzać cysterny w Stambule wiedzą o co chodzi – podziemna cysterna z wodą pitną pozwalała obrońcom przetrwać nawet bardzo długie oblężenie. Dzisiaj niestety po dawnej funkcji cysterny pozostało jedynie wspomnienie, ale nadal pozwala ona przetrwać … szczurom. Ich piski słychać wyraźnie po wejściu do środka. Rzecz jasna wejście nie jest w żaden sposób zabezpieczone a wnętrze cysterny ogląda się stojąc na wąziutkich schodkach bez żadnej barierki i wyobraźnia podsycona piskami szczurów podpowiada, co mogłoby się stać, gdyby jakiś nieuważny turysta stracił równowagę i wpadł do brudnej wody.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/berat-cysterna.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1906" alt="DCIM100MEDIA" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/berat-cysterna.jpg" /></a></p>
<p>Schodki, z których oglądać można wnętrze cysterny widać w prawym dolnym rogu tego zdjęcia.</p>
<p>Zjazd z twierdzy po śliskich kamieniach udaje nam się zaliczyć bez żadnej gleby i późnym popołudniem zajeżdżamy do Permet, gdzie Gadżet razem z Bezanem i Grzesiem zostają, żeby poczekać na grupę samochodową, a reszta jedzie organizować kwaterę w pobliżu źródeł.</p>
<blockquote><p>Bazując na opisach z sieci spodziewaliśmy się dojazdu po szutrach, ale okazuje się, że prawie na miejsce doprowadza nas wąska i kręta, ale jednak asfaltowa droga.</p></blockquote>
<p>Dopiero przy samych źródłach asfalt się kończy i szutrowa droga, upstrzona gdzieniegdzie większymi kamulcami prowadzi ostro w górę. Podjeżdżamy kilkaset metrów, ale okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie, gdyż basen z termalnymi źródłami znajduje się pod nami przy samym potoku płynącym dnem doliny. Zawracamy i zjeżdżając w dół mijamy trzech Niemców na Afrykach, których najwyraźniej GPS poprowadził tak samo jak nas niepotrzebnie w górę. Miny podróżników na widok Valca zjeżdżającego w dół po kamieniach – bezcenne  :)</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/banje.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1908" alt="banje" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/banje.jpg" /></a></p>
<p>Zjeżdżamy w dolinę i szuterkiem wzdłuż strumienia dojeżdżamy do betonowej rynny służącej najwyraźniej do odprowadzania wody z wiosennych roztopów prosto do koryta strumienia, z pominięciem małego ogródka przy jedynym skromniutkim domku, wciśniętym w niewielką przestrzeń pomiędzy zboczem góry, a korytem strumienia. Gdyby nie ta rynna, to właściciel ogródka zapewne musiałby go każdej wiosny od nowa budować. GS-y i GL przejeżdżają bez problemu, a ja na Valcu trochę za ostro podchodzę do tej przeszkody i na pierwszym progu wybija mnie w górę, na drugim jeszcze bardziej i chwilę później leżę na boku.</p>
<blockquote><p>Gdyby rzuciło mnie pół metra dalej to zbierałbym się spod motocykla w korycie strumienia półtora metra niżej, a tak skończyło się tylko na nadłamanym lusterku.</p></blockquote>
<p>Szybki ogląd sytuacji pokazuje, że jedynym miejscem nadającym się w miarę do rozbicia obozu jest… ów ogródek. Szybciutko zanim z góry zjadą Niemcy i zajmą nam kwaterę dogadujemy się z właścicielem tego skrawka ziemi i chwilę później mamy nie tylko miejsce do rozbicia namiotów, ale i po butelce zimnego browarka na głowę i jak zwykle okazuje się, że do przeprowadzenia całych negocjacji ani my nie potrzebujemy mówić po tutejszemu ani właściciel nie musi silić się na jakąś biegłą znajomość obcych języków – zrozumienie między narodami jest pełne J. Przy kielichu z gospodarzem udaje nam się nawet dowiedzieć, że jest on emerytowanym majorem albańskiej armii, mającym w dodatku miłe skojarzenia z Polakami i Czechami. Otóż w latach 50-60 ubiegłego wieku, kiedy służył w jednostce w Permet, na miejsce przyjechali specjaliści z Polski i Czech z zadaniem zbudowania w mieście… rzecz jasna gorzelni J a miejscowa jednostka, jako tania siła robocza była w to przedsięwzięcie zaangażowana. Dobre wspomnienia majora z tego okresu świadczą o tym, że międzynarodowa współpraca musiała się odbywać w bardzo serdecznej atmosferze wzajemnego zrozumienia ;-)</p>
<p>Znacznie mniej szczęścia niż ja na rynnie ma Gadżet, który niedługo potem pojawia się na miejscu prowadząc grupę samochodową. Pomimo, że pokonuje progi znacznie spokojniej, jego RTek tak nieszczęśliwie uderza spodem miski olejowej o pierwszy z nich, że wybija elegancką dziurę, przez którą w mgnieniu oka gubi cały olej:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/moto.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1927" alt="moto" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/moto.jpg" /></a></p>
<p>Uuuuups, to mamy problem. Kawałki silnika co prawda pozbierane pieczołowicie, ale moto nie nadaje się do jazdy.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/gadzaet.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1915" alt="gadzaet" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/gadzaet.jpg" /></a></p>
<p>Co tu zrobić? Mamy ze sobą różne epoksydy i trochę oleju na zapas, także w razie czego będziemy próbowali to jakoś łatać, żeby Gadżet chociaż do najbliższego warsztatu dociągnął. Z drugiej strony problem jest taki, że żaden z epoksydów nie przenosi temperatur większych niż 100 stopni C, a to w przypadku silnika może być ciut mało.</p>
<blockquote><p>I tu po raz kolejny okazuje się, że Gadżet jest niezawodnie zaopatrzony – tym razem ma przy sobie… assistance BMW. Zaskakująco, ubezpieczenie działa w Albanii!</p></blockquote>
<p>Gadżetowi udaje się dodzwonić pod numer podany w polisie i po kilkunastu minutach rozmowy ma już zapewnienie, że nazajutrz o 9 rano na miejscu pojawi się laweta, która zawiezie go do najbliższego warsztatu, w którym z tematem sobie poradzą.</p>
<p>Zbliża się wieczór, temat wydaje się być ogarnięty, a teraz i tak nic więcej nie wymyślimy. Poza tym zaczyna się ściemniać, więc najlepszą opcją oswojenia się z tematem jest … po kielichu, potem siup do wody…</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/basen.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1909" alt="basen" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/basen.jpg" /></a></p>
<p>… a potem dla odmiany po kielichu i kolacja</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kolacja.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1920" alt="kolacja" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kolacja.jpg" /></a></p>
<p>Nazajutrz skoro świt ok. 9tej zaczynamy gramolić się z namiotów – jesteśmy na południu i nikt tu przecież nie bierze na poważnie czegoś takiego jak punktualność. Jakież jest nasze zdziwienie, gdy dokładnie o zapowiedzianej godzinie na miejscu pojawia się miły pan i oznajmia, że przyjechał po zepsuty motocykl. Gadżet błyskawicznie pakuje graty, moto ląduje na profesjonalnej lawecie i tak oto kolejny raz okazuje się, że w krajach powszechnie uważanych za zacofane i niemalże dzikie, zdobycze cywilizacji funkcjonują niejednokrotnie znacznie sprawniej niż w zdławionej rozmaitymi procedurami UE ;-).</p>
<p>Gadżet jedzie naprawiać sprzęta, a my po śniadanku i obowiązkowej kąpieli bez pośpiechu zaczynamy zwijać obóz i szykować się do wyjazdu. Namiot zwinięty, klamoty na moto zapakowane i dobrze ściśnięte gumami, żeby nie spadły, jesteśmy gotowi do drogi. Jeszcze tylko okulary na nos… ale zaraz, gdzie one się podziały?</p>
<p>- Ola, gdzie położyłaś moje okulary?</p>
<p>- Nigdzie, nie dotykałam się do nich</p>
<p>- Jak to?  To gdzie one są… o jasna cholera! Zostały w namiocie!</p>
<p>Z duszą na ramieniu rozpakowuję moto i rozwijam szybciutko namiot. Oby okulary to przeżyły, bo jak nie to słabo będzie z powrotem do Polski! Co prawda w odwodzie mam jeszcze korekcyjne przeciwsłoneczne, ale jak akurat nie ma słońca to trochę ciemnawo się za nimi robi. Na szczęście okazuje się, że lekko pogięte, ale jednak w całości udaje mi się wydobyć z namiotu. Ufff…</p>
<p>Znowu klamoty zapakowane, gotowi do drogi no to odjaaazd…</p>
<p>- Widział ktoś mój kluczyk od blokady? WTF?! Przecież jeszcze niedawno go miałem, są wszystkie inne a tego jednego nie ma! – to Szczepan powstrzymuje nasze zapędy.</p>
<p>No to fajnie, mamy kolejne wyzwanie. Szczepan przeszukuje wszystkie swoje rzeczy, ale kluczyka jak nie było tak nie ma. Grupa rozchodzi się po okolicy w poszukiwaniu zguby, ale niestety również bez rezultatu. Gospodarz cmoka z zatroskaniem, szlifierki żadnej nie ma, ale za to dysponuje brzeszczotem. Chcąc nie chcąc przystępujemy do uwolnienia szczepanowego GS-a z okowów blokady.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/piłowanie.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1928" alt="piłowanie" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/piłowanie.jpg" /></a></p>
<p>Okazuje się, że nie jest taka mocna na jaką wygląda i po jakichś trzech kwadransach piłowania ustępuje. Możemy ruszać – kierunek Gijrokastra. Droga mija nam bardzo szybko z prędkościami przelotowymi, delikatnie rzecz ujmując, niekoniecznie w granicach kodeksu. Przy okazji przekonujemy się po raz kolejny, że Albanii bardzo zależy na dobrej opinii wśród turystów, bowiem mijana niejednokrotnie policja drogowa owszem macha do nas, ale w geście pozdrowienia, a nie z zamiarem zatrzymywania nas.</p>
<blockquote><p>Tak naprawdę to pozdrowienia policji drogowej towarzyszą nam przez cały okres podróżowania po Albanii, także z tego miejsca chcielibyśmy również Panów Policjantów po raz kolejny serdecznie pozdrowić :).</p></blockquote>
<p>Tymczasem dojeżdżamy do Gijrokastry &#8211; jest to miasto z uroczą starówką i górującą nad nią twierdzą, w której znajduje się muzeum broni z okresu dwóch wojen światowych i lokalna ciekawostka – wrak amerykańskiego samolotu zwiadowczego, który w 1957 roku musiał awaryjnie lądować na terenie Albanii i którego, pomimo żądań strony amerykańskiej Albańczycy ani myśleli oddać. Zamiast tego wybebeszyli maszynę z całego wyposażenia, a to co zostało pod koniec lat 60tych wtargali na sam szczyt góry i postawili na murach twierdzy w taki sposób, żeby rodakom przypominało o imperialistycznym zagrożeniu, a z kolei imperialistom grało na nerwach, kiedy będą go obserwować przez swoje satelity :).</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/samolot.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1932" alt="samolot" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/samolot.jpg" /></a></p>
<p>Poza funkcjami muzealnymi twierdza jest także miejscem największego w Albanii festiwalu sztuki ludowej a także zapewnia wspaniały widok na okolicę. Jest tutaj również tunel ‘zimnowojennny’ – zbudowany za czasów Envera Hodży miał służyć jako droga ewakuacji i ochrony dla komunistycznych notabli na wypadek ataku atomowego ze strony Zachodu. Tunel jest podobno nawet dość ciekawy, ale my jednak nie decydujemy się go zwiedzać. Po pierwsze nie bardzo nam się chce, a po drugie przychodzi info od Gadżeta, że moto już gotowe.</p>
<p>W drodze do warsztatu znajdujemy urocze miejsce na przerwę kawową…</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/stacja.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1936" alt="stacja" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/stacja.jpg" /></a></p>
<p>… w którym mamy okazję zapoznać się również z osądem miejscowej ludności na temat wielkich tego świata:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/putin.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1930" alt="putin" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/putin.jpg" /></a></p>
<p>Wkrótce odnajdujemy Gadżeta w warsztacie i za radą kierowcy lawety jedziemy zwiedzać miejsce zwane Blue Eye. Jest to przepiękna dolina, przynosząca na myśl rajski ogród, a największą ciekawostką jest tutaj niesamowite zjawisko, którego dotychczas nie miałem okazji oglądać w żadnym innym miejscu. Zazwyczaj początek rzek kojarzy nam się z niewielkim źródełkiem, z którego wypływa strumyk, potem dołączają do niego kolejne i tak powstaje rzeka. Ewentualnie bywa tak, że rzeka bierze swój początek w jakimś jeziorze. Tutaj rzeki nie ma i nagle ni stąd ni z owąd jest – tzn. wprost z pod ziemi wypływa pod ciśnieniem taka masa wody, że od razu tworzy dość szeroką i wartką rzekę.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/110.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1943" alt="110" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/110.jpg" /></a></p>
<p>Zdecydowanie warto było to zobaczyć i naszym zdaniem nawet odpuścić zwiedzanie Butrintu, który tym czasie eksploruje grupa samochodowa.</p>
<p>Tego dnia wieczorem zajeżdżamy nad morze do miejscowości Himare, gdzie znajdujemy bardzo sympatyczny maleńki kemping, mogący spokojnie służyć za wzorzec tego jak kemping powinien wyglądać  &#8211; miejsce na namioty pomiędzy drzewami, odizolowane od ulicy, prysznice na otwartym powietrzu z wodą ogrzewaną słońcem, właściciel stojący za barem i witający gości rakiją i browarem, w tle muzyka reggae, nie trzeba nic więcej. ;)</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kamp.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1918" alt="kamp" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kamp.jpg" /></a></p>
<p>Szczepan bez problemu znajduje wspólny język z dwoma Francuzami spotkanymi na kempingu, ale, że chłopaki walczą tutaj już od jakiegoś czasu, dość szybko odpadają z konkurencji, a my idziemy do pobliskiej knajpy na wspaniałe owoce morza.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/libacja.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1925" alt="libacja" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/libacja.jpg" /></a></p>
<p>Jedzenia i picia jest pod dostatkiem…</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kotor.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1921" alt="kotor" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kotor.jpg" /></a></p>
<p>… wszystko smakuje wybornie…</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/jabłka.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1916" alt="jabłka" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/jabłka.jpg" /></a></p>
<p>a atmosfera taka fajna, że czasem szkło nie wytrzymuje J:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/wino.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1938" alt="wino" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/wino.jpg" /></a></p>
<p>Nie wytrzymuje również pewna część naszej ekipy i następnego dnia rano kompletnie nie nadaje się do dalszej jazdy. Pocieszające jest, że na kempingu są goście bardziej sponiewierani niż Cruiserowcy:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kac.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1917" alt="kac" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/kac.jpg" /></a></p>
<p>Część będąca na chodzie zalicza odświeżającą kąpiel w morzu, dość zimnym jeszcze o tej porze roku i wyrusza spacerowym tempem przed siebie, a zmęczeni zostają na kempingu aby dojść do siebie.</p>
<p>Jedziemy sobie powolutku zatrzymując się po drodze na zakupy i kontemplując fantastyczne widoki:</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/przełęcz.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1929" alt="przełęcz" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/przełęcz.jpg" /></a></p>
<p>Droga o bardzo dobrej nawierzchni wije się serpentynami raz do góry a raz w dół – w jednej chwili jesteśmy w prostej linii pewnie nie więcej niż 1-2km od linii brzegowej i jednocześnie 1000 albo i więcej metrów do góry, a chwilę później jedziemy nadmorską promenadą, wzdłuż której budują się nowe hotele i apartamentowce.</p>
<blockquote><p>Widać wyraźnie, że postawiono tutaj mocno na rozwój turystyki i za kilka lat, przynajmniej w miejscowościach nadmorskich, nie będzie już widać zasadniczych różnic pomiędzy Albanią a np. Chorwacją.</p></blockquote>
<p>Niewykluczone, że i ceny wkrótce zostaną zrównane z tymi znanymi z Chorwacji. Póki co, jest jednak jeszcze ciągle pięknie i względnie tanio, także decydujemy się na postój przy sympatycznie wyglądającej restauracyjce i ponowną degustację owoców morza. Przy okazji okazuje się, że nasze tempo było na tyle spacerowe, że dobija do nas spóźniona reszta ekipy.<a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/seefood.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1933" alt="seefood" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/seefood.jpg" /></a></p>
<p>Jesteśmy na południu i upływ czasu ma tu zupełnie inny wymiar niż w Polsce, także na zamówione dania przychodzi nam trochę poczekać. Zapewne ma na to również wpływ fakt, że po zebraniu zamówień na kalmary i oktopusy kelner wsiada w auto i jedzie gdzieś na pobliski targ skąd po kilkunastu minutach wraca taszcząc reklamówkę ociekająca wodą z naszymi owocami morza w środku. Trzeba poczekać aż się przyrządzą, ale jednocześnie jest pewność, że wszystko jest świeżutkie i dzisiaj z wody wyciągnięte. Mniam, mniam paluszki lizać :)</p>
<p>Wieczorem dobijamy w okolice Kotoru i po krótkich poszukiwaniach znajdujemy kemping w pobliżu przeprawy promowej. To już ostatni wspólny wieczór w tak dużym gronie – nazajutrz grupa samochodowa odbija na Chorwację i do Polski a my ‘trasą motocykl-friendly’ (czytaj: winkiel, winkla winklem pogania) lecimy na Bośnię. Przynajmniej tak jesteśmy przekonan,i aż do przekroczenia granicy na jakimś zapyziałym przejściu gdzieś w górach. Po drugiej stronie szlabanu wita nas napis: ‘Welcome to Republic of Srbska’… WTF?!? Sprawdzamy na GPSach i na mapie i wszystko wskazuje na to, że jednak jesteśmy w Bośni, ale witają nas w Serbii!</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/serbia.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1934" alt="serbia" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/serbia.jpg" /></a></p>
<p>Na Bałkanach wszystko jest ze sobą przemieszane i najwyraźniej jest część Bośni i Hercegowiny nazywająca się Republiką Serbską. Asfalty są tu zdecydowanie gorszej jakości, tym niemniej ruszamy raźno przed siebie. Po drodze mijamy dziesiątki motocyklistów cieszących się z tutejszych winkielków. Są też tacy, co cieszyć może by się i chcieli, ale umiejętności im ciut, ciut brakuje. Jednego takiego zaparkowanego w zielonym spotykamy po drodze i pomagamy mu wyciągnąć Drag Stara z krzaczorów. Facet miał sporo szczęścia, że krzaki go zatrzymały bo jakby się przebił to dobrych kilka metrów zjazdu by go czekało.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/slizg.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1935" alt="slizg" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/slizg.jpg" /></a></p>
<p>Patrząc na szerokość jego kierownicy oraz technikę jazdy, jaką zaprezentował odjeżdżając w sumie nic dziwnego, że drogi mu zabrakło. Jego koledzy, którzy dojechali na miejsce chwile po nas również potwierdzają, że egzemplarz wyjątkowo odporny na wiedzę im się trafił na podróż, a jeszcze cała Albania przed nimi. No cóż, powodzenia życzymy i ruszamy w swoją stronę.</p>
<p>Znowu jest na tyle raźno, że na wylocie z jakiejś wioski po raz pierwszy podczas tego wyjazdu widzimy policyjną pałkę machającą do nas tym razem nie w geście pozdrowienia, tylko wyraźnie z nakazem zatrzymania. No cóż, co kraj to obyczaj… Stajemy na poboczu, podchodzi do nas mundurowy i próbuje wyjaśnić nam, że jechaliśmy o 1km/h za szybko. To znaczy o 1 km/h przekroczyliśmy dopuszczalną odchyłkę od ograniczenia wynoszącą zwyczajowe 10km/h czyli de facto złamaliśmy ograniczenie o całe 11 km/h i bez mandatu się nie obejdzie, ale gotów nam jest wystawić tylko jeden na motocykl prowadzący pod warunkiem, że powiemy mu kto jechał pierwszy. Patrzymy się na siebie i jak to zwykle w takich okolicznościach rżniemy głupa, że niby nic nie rozumiemy mając nadzieję, że rzecz cała po kościach się rozejdzie. Nagle do mundurowego podchodzi Raffii i błyskając mu po oczach zawodowym profesjonalizmem mruga i oznajmia:</p>
<p>- Ty, kolega, dogadamy się? Pouczyć trzeba, pouczyć, a nie mandat dawać! – i machając palcem w powietrzu jak na niesfornego dzieciaka pokazuje na czym pouczenie powinno polegać. Mina zdumionego policjanta – bezcenna.</p>
<p>Pouczeni ruszamy dalej i zaliczając po drodze przepyszny mix tradycyjnie grillowanego świniaczka z barankiem ciągniemy w kierunku Chorwacji i Węgier.</p>
<blockquote><p>Po drodze z niejakim zdumieniem, ale też i z przygnębieniem obserwujemy ciągle widoczne ślady wojny. W mijanych wsiach wyraźnie widać postrzelane, wypalone domy, których nikt ani nie odbudował ani nie wyburzył do końca.</p></blockquote>
<p>Te szkielety domów sąsiadują z zamieszkałymi i zagospodarowanymi obejściami. Zastanawiające jest jak to możliwe, żeby sąsiad strzelał do sąsiada, spalił mu dom, być może wymordował rodzinę, a potem przez tyle lat mieszkał płot w płot z ruinami przypominającymi o tym koszmarze. Wydaje się zresztą, że tak do końca koszmar jeszcze nie minął i okolica w dalszym ciągu nie należy do najbezpieczniejszych. Bramki na autostradzie w okolicach Sarajewa otwiera nam kasjer z pistoletem przy pasie, wzdłuż autostrady widać uzbrojone posterunki, a na drzwiach przydrożnego baru, w którym zatrzymujemy się na kawę widnieje znak zakazu wstępu z nożami i bronią palną. Gdyby nic nie było na rzeczy to i zakazu by nie było i urzędników autostradowych z bronią również nie…<a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/bron.jpg" rel="lightbox[1900]" title="Bajka zza Siedmiogórogrodu"><img class="aligncenter size-full wp-image-1914" alt="bron" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2016/10/bron.jpg" /></a></p>
<p>Po tym wszystkim wjazd do Chorwacji to jakby przejście na drugą stronę lustra – jest czyściutko, drogi szerokie, równe, uporządkowane, ani śladu wojny, a za to widać wyraźnie wpływ Unii Europejskiej i kasy, która wraz z Unią nadeszła i została tu zainwestowana.</p>
<p>Tego dnia jesteśmy mocno zmęczeni bo etap był zacny, a w dodatku w takim upale, że pot w spodniach chlupie, nastawiamy się więc raczej na szukanie jakiegoś hotelu niż spanie na dziko lub na kempingu. Wieczorem docieramy na Węgry i w mieście Mohacs po odbiciu się od drzwi kilku hoteli i moteli w końcu znajdujemy knajpę na brzegu Dunaju, której właściciel okazuje się być jednocześnie właścicielem niewielkiego hoteliku w mieście. Eskortując nas swoim samochodem doprowadza nas pod drzwi hotelu a potem w grupach przewozi z powrotem do knajpy na pyszny gulasz zakrapiany miejscowym tokajem. Bardzo miłe zakończenie dnia.</p>
<p>Rano gospodarz tłumaczy nam jak będzie szykował dla nas śniadanie, co brzmi mniej więcej tak:</p>
<p>- Egesz, tegesz, balesz walesz smalesz, ooo tak, wsio do kupy i omlet mmmm, super!</p>
<p>Faktycznie efekt wychodzi znakomity i omlet okraszony ostrą węgierską kiełbasą stanowi znakomitą podbudowę na cały dzień drogi do domu. Jest to nasz ostatni dzień tegorocznej wyprawy, po drodze odłącza się Bezan i odbija w kierunku Legnicy łapiąc się po drodze na ‘atrakcje’ w rodzaju gradu wielkości orzechów, Szczepan wyrywa szybciej na Żyrardów, a reszta spokojnie po południu dociera do Warszawy wjeżdżając do stolicy od strony …północnej przez Legionowo. Taka tam lekka fantazja na zakończenie :)</p>
<p>Dziękując sobie nawzajem za kolejną zaliczoną, fantastyczną wyprawę zaczynamy już knuć coś na przyszły rok. Na pewno będzie się działo… :)</p>
<p>Qba</p>
<h6><a title="Albania 2016" href="http://cruiserowcy.com/galerie/?album=16&amp;gallery=23" target="_blank">Obejrzyj galerię</a></h6>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://cruiserowcy.com/bajka-zza-siedmiogorogrodu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Rumunia, Mołdawia 2015</title>
		<link>http://cruiserowcy.com/rumunia-moldawia-2015/</link>
		<comments>http://cruiserowcy.com/rumunia-moldawia-2015/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 03 Nov 2015 13:51:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://cruiserowcy.com/?p=1795</guid>
		<description><![CDATA[Udział biorą: 1. Biedrona jako plecak męża swego Damianczyka na GS 1200 2. Liliana jako plecak ojca swego Szczepana na GS 1200 ADV 3. Bezan na K 1200 R 4. Gadżet na RT1200 5. Tommy na XVS 1300 6. Qba na Valkyrii Tegoroczna przygoda rozpoczyna się w piątek 12 czerwca w zaprzyjaźnionej Przystani Motocyklowej w...]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Udział biorą:<br />
1. Biedrona jako plecak męża swego Damianczyka na GS 1200<br />
2. Liliana jako plecak ojca swego Szczepana na GS 1200 ADV<br />
3. Bezan na K 1200 R<br />
4. Gadżet na RT1200<br />
5. Tommy na XVS 1300<br />
6. Qba na Valkyrii</p>
<blockquote><p>Tegoroczna przygoda rozpoczyna się w piątek 12 czerwca w zaprzyjaźnionej Przystani Motocyklowej w Bieszczadach.</p></blockquote>
<p>Na miejsce każdy dojeżdża indywidualnie, tak jak mu pasuje &#8211; pierwsi na miejscu ok. godziny 18 meldujemy się ja i Tommy, a ostatni, trochę po północy, dociera Bezan, narzekając troszkę na mnogość zwierza wszelakiego po bieszczadzkich drogach nocą się pałętającego. W sobotę po śniadaniu opuszczamy gościnne progi Marty i Marka i obieramy kurs na Rumunię. Pogoda tego dnia rozpieszcza nas trochę nawet za bardzo – uliczne termometry pokazują 36 stopni i nie kłamią. Jest gorąco jak w piecu, a na moto &#8211; jak to na moto, klimatyzacja zaczyna działać dopiero powyżej pewnych prędkości. W trosce o spokojny sen naszych rodzin i dobre samopoczucie miejscowych stróżów prawa pozwolę sobie nie podawać konkretnych wartości w km/h – zainteresowani niech sobie ocenią osobiście i sprawdzą organoleptycznie kiedy ziębi, a kiedy grzeje. ;-) Dość powiedzieć, że droga umyka nam dosyć sprawnie i wkrótce wita nas język podobny zupełnie do niczego – znak, że dotarliśmy do Węgier. Szybko ogarniamy zakup winietek i zaczynamy rozglądać się za miejscem na obiadek, bo i pora po temu robi się odpowiednia. Chwile emocji podczas zamawiania pizzy mając do dyspozycji tylko węgierskie menu i kelnerkę działającą tylko i wyłącznie w tymże języku traktujemy jako przedsmak tego, co ma nas jeszcze podczas tego wyjazdu spotkać. Najedzeni ruszamy dalej, upał nie maleje więc czym prędzej ;-) włączamy klimatyzację. To z kolei skutkuje koniecznością wyprzedzania tych pojazdów, których kierowcy z takiego bądź innego powodu postanowili z tegoż udogodnienia nie korzystać. W praktyce oznacza to wyprzedzanie wszystkich po kolei i bez żadnego wyjątku i wkrótce meldujemy się na granicy węgiersko-rumuńskiej. Rumunia nie należy do strefy Schengen, także trzeba pokazać dokumenty, ale odprawa jest czystą formalnością. Po drodze do Sapanty po raz pierwszy, ale nie ostatni podczas tego wyjazdu udaje mi się pozamykać oponę na fantastycznych winkielkach w okolicy miejscowości Certeze. W mijanych miejscowościach z opadniętymi szczękami podziwiamy wiejską architekturę pałacową. Wygląda na to, że panuje tu swoista rywalizacja pomiędzy właścicielami poszczególnych posesji o to kto wystawi większy i bardziej kiczowaty dom. W efekcie wille wręcz rozpychają się na działkach zajmując każdy dostępny skrawek terenu. W przypadku wąskiej części frontowej działek, domiszcza rozrastają się w głąb. Każdy dom ma lekko licząc kilkaset m2 i obrośnięty jest wszelkiej maści krużgankami, wieżyczkami, płaskorzeźbami, kolumienkami, itp. ‘ozdobnikami’. Często przy domach widać baseny i dobrej marki samochody. Zastanawiam się, w jaki sposób ludzie te fanaberie finansują? Jesteśmy w pobliżu granicy z Ukrainą, na terenach wiejskich, bez przemysłu i bez większych ośrodków miejskich, a jednak coś takiego tu powstaje. Rozumiem, że koszty robocizny być może są tu niższe niż w Polsce, ale materiały muszą swoje kosztować, wykończenie i utrzymanie takich pałaców też na pewno tanie nie jest…</p>
<blockquote><p>Z tych rozważań wyrywa mnie ptak samobójca,</p></blockquote>
<p>który nie wiedzieć czemu, przelatując nad drogą w pewnym momencie gwałtownie zmienia kierunek i podejmuje desperacką próbę wlotu pod mój kask. Na całe szczęście zamknięta szybka ratuje moją facjatę, a jadący za mną Bezan dostrzega jedynie chmurę piórek eksplodujących wokół mojej głowy niczym aureola. Muszę przyznać, że doświadczenie do przyjemnych nie należy. Ptaszek ważył pewnie niecałe 100g, ale strzał jest na tyle wyraźnie odczuwalny, że zaczyna mnie boleć głowa. Zdecydowanie nie polecam takich spotkań. Na szczęście jesteśmy już niemal na miejscu, mijamy wesoły cmentarz (będziemy go zwiedzać jutro) i chwilę potem znajdujemy urokliwy kemping z własnym strumieniem i restauracją. Rozbijamy namioty pod drzewami na brzegu strumienia i idziemy na kolację. Gadżet jak zwykle okazuje się niezawodny i wieczór umila nam bezprzewodowy głośnik ściągający po niebieskim zębie muzykę z tableta.</p>
<blockquote><p>Gościnny gospodarz oprócz zamówionego jedzonka i wina stawia na stole również dzbanek z lokalnym specjałem – palinką.</p></blockquote>
<p>Trunek pierwsza klasa, ale niebezpieczny, potrafi sponiewierać zupełnie nie wiadomo jak i kiedy. Bezanowi tak przypada do gustu, że kupuje kolejny flakonik, który od tej pory przy każdym otwarciu jego kufra będzie rozsiewał po całej okolicy smakowity zapach, a ja już nie wiem czy głowa bardziej boli mnie z powodu ptaszka samobójcy czy ze zmieszania wina z palinką…<br />
Następnego dnia z samego rana około godziny 11 jedziemy zwiedzać wesoły cmentarz (Cimitirul Vesel). Jest to nekropolia jedyna w swoim rodzaju, wpisana zresztą na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wyjątkowość cmentarza polega na tym, że każdy nagrobek ozdobiony jest</p>
<blockquote><p>drewnianą, pokolorowaną płaskorzeźbą,pokazującą sceny z życia zmarłego, jego zawód, zainteresowania bądź też powód, dla którego delikwent pod owym nagrobkiem się znalazł.</p></blockquote>
<p>Cmentarz jest również jedynym znanym mi jak do tej pory miejscem, które wyraźnie i jednoznacznie oferuje możliwość oddania moczu bezpodatkowo ;).</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/sapanta.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="size-full wp-image-1818 alignnone" alt="sapanta" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/sapanta.jpg" width="270" height="180" /></a><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/freewc.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="size-full wp-image-1816 alignnone" alt="freewc" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/freewc.jpg" width="274" height="184" /></a></p>
<p>Po obejrzeniu wesołego cmentarza kierujemy się do Barsany – jest tam, pięknie położony na zboczu góry, drewniany klasztor składający się z całego kompleksu eleganckich budynków. Mieszkają tam siostry zakonne, a większość terenu jest otwarta dla zwiedzających. Wrażenie robi kunszt z jakim wykonane są zabudowania klasztorne, domy sióstr, cerkiew, studnia – wszystko kryte misternie położonym gontem. Tego typu obiekt mógłby spokojnie znajdować się w dowolnym kraju alpejskim. Na parkingu poniżej klasztoru nasze motocykle jak zwykle przyciągają tłumek gapiów, a my próbujemy lokalnego specjału pod nazwą ‘palacinka’. Jest to rodzaj placka wypełnionego serem przypominający gruzińskie chaczapuri. Coś pysznego!</p>
<p>Po opuszczeniu Barsany czekają nas drogi niezbyt dobrej jakości, ale za to wiodące wprost do punktu widokowego na przełęczy, gdzie w pięknych okolicznościach przyrody, na tarasie zamkniętej knajpy spożywamy część przywiezionych ze sobą zapasów. Na pierwszym zakręcie zjazdu mijamy spacerujące po drodze konie i zakonnicę, która uśmiecha się przepraszająco do nas i do innych kierowców, jakby chciała powiedzieć, że bardzo się stara, ale nijak nie może uzyskać posłuchu u zwierzaków i przekonać ich do zejścia z drogi. Zjeżdżając w dół musimy koncentrować się na mijaniu dziur wielkości rowów przeciwczołgowych oraz wałęsających się po drodze krów. Motocykl Bezana w tych warunkach zaczyna gubić co poniektóre śrubki, ale nie dajemy się i wyprzedzając większość samochodów wkrótce dobijamy do nowej drogi krajowej. Wspaniały asfalt i pięknie wyprofilowane winkielki wynagradzają nam uprzednie niewygody i kolejny raz pozwalają pozamykać oponki.</p>
<blockquote><p>Pod koniec dnia znajdujemy zaciszne miejsce nad strumieniem</p></blockquote>
<p>nieopodal drogi i rozbijamy się obozem w przepięknych okolicznościach przyrody rumuńskich Karpat. Strumień okazuje się być naprawdę wielofunkcyjny – znakomicie spełnia jednocześnie rolę lodówki i SPA. Kąpiel w zimnej wodzie strumienia, potem ognisko, gorąca kiełbaska i schłodzona gorzałka to są właśnie te klimaty, po które tu przyjechaliśmy. Całości dopełnia śniadanko i poranna kawka serwowana z dwóch kawiarek, przy czym cała ekipa uznaje jednogłośnie, że kawiarka różowa produkuje kawę smaczniejszą niż kawiarka z nierdzewki :)</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/bezan.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="size-medium wp-image-1815 alignnone" alt="bezan" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/bezan-300x201.jpg" width="278" height="189" /></a><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/kawiarka.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="size-medium wp-image-1817 alignnone" alt="kawiarka" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/kawiarka-300x200.jpg" width="282" height="187" /></a></p>
<p>Wygląda na to, że pierwsza część naszej wyprawy jest mocno uduchowiona, tak więc kontynuując ten trend kierujemy się do kolejnego punktu na trasie, którym jest ufortyfikowany monastyr Dragomirna z cerkwią Zesłania Ducha Świętego znajdujący się w okolicach Suczawy. Historia monastyru sięga początków wieku XVII, a w swoich bogatych dziejach był oblegany i zdobyty między innymi przez wojska polskie. W drodze do klasztoru przeżywam kolejne bliskie spotkanie z tutejszą przyrodą – najpierw widzę czarny punkcik zbliżający się do mojego kasku, a chwilę później czuję wyraźnie jak jakieś stworzenie nerwowo spaceruje po czubku mojej głowy. Pojęcia nie mam co to jest, podrapać się pod kaskiem trudno, a ekipa jak zwykle gazu nie odpuszcza, dlatego z ulgą parkuję przed bramą monastyru i czym prędzej ściągam kask, spod którego wylatuje… lekko oszołomiona pszczoła. Uffff, tym razem obyło się bez bólu…</p>
<p>Po zwiedzeniu monastyru raźno ruszamy w kierunku granicy mołdawskiej. Tempo dodatkowo podkręca nam ciemna chmura na horyzoncie, która wyraźnie zmierza w naszą stronę. W pewnym momencie mijamy tablicę informującą o przeprowadzonym przed dwoma laty za lokalne środki remoncie drogi. Dobra nasza! Teraz to dopiero pogonimyyyy… aaaalbo jednak nie.</p>
<blockquote><p>Wyremontowana droga okazuje się być traktem wykonanym z luźno nasypanego żwiru i otoczaków.</p></blockquote>
<p>Kolumna nam się nieco rozciąga – wiadomo, GS-y lecą szybciej, a sprzęty szosowe trochę bardziej dostojnie. Między mijanymi wioskami jedzie się jeszcze jako tako, bo droga rozjeżdżona i po dobrym wpasowaniu się w koleinę jest nawet względnie twardo i stabilnie. Gorzej sprawy mają się po wjeździe w ‘teren zabudowany’ – tu na luźnych kamieniach motocykle zaczynają tańczyć i utrzymanie równowagi nie jest takie proste. W miejscowości Murguta pierwszy zalicza glebę Damian, a chwilę potem Tomek. Efekt – urwany kufer w GS-ie, urwany lightbar, spacerówka i wygięty gmol w XVS-ie. Na szczęście dobre buty uratowały Tomka nogę przed poważniejszymi konsekwencjami. Mamy przymusowy postój i chcąc nie chcąc stajemy się atrakcją turystyczną wioski. W mgnieniu oka na drodze pojawiają się miejscowi i oferują pomoc, przeczesują grabiami ‘drogę’ w poszukiwaniu pourywanych części, a w ramach próbki lokalnej gościnności dostajemy talerz przepysznych czereśni.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/5.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="alignleft size-medium wp-image-1800" alt="5" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/5-300x201.jpg" width="281" height="189" /></a><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/6.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="alignnone size-medium wp-image-1801" alt="6" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/6-300x201.jpg" width="285" height="190" /></a></p>
<p>Naprawa motocykli przy użyciu niezbędnika w postaci srebrnej taśmy, trytytek, epoksydu i żubrówki trwa mniej więcej 3 kwadranse i jakimś cudem udaje nam się ruszyć w dalszą drogę zanim dogoni nas burza. Być może przechodzi nam koło nosa możliwość prawdziwej integracji polsko-rumuńskiej, co potwierdza gest bezradności i zawiedziona mina gospodyni wybiegającej na dźwięk silników z jednego z domów z rękami unurzanymi po łokcie w mące. Zapewne gdybyśmy tam zostali trochę dłużej, to dalsza część wyjazdu mogłaby stanąć pod dużym znakiem zapytania…;-). Gdyby ktoś, kiedyś miał ochotę rozwinąć tę historię, to polecamy zaliczyć glebę w jakiejś zapadłej rumuńskiej wiosce.</p>
<p>Sprawnie dojeżdżamy do granicy, gdzie przed wyjazdem z Rumunii należy uiścić myto w wysokości 8 Lei za motocykl. Trudno powiedzieć czy jest to opłata za wyjazd z Rumunii, za wjazd do Mołdawii czy za skorzystanie z przejścia granicznego. Fakt jest taki, że myto pobierane jest z całym unijnym profesjonalizmem, po uprzednim spisaniu numerów rejestracyjnych motocykli i z wydrukiem z kasy fiskalnej.</p>
<p>Kontrola wyjazdowa przebiega szybko i w miłej atmosferze. Celnik każe otworzyć kilka losowo wybranych tobołów omijając łaskawie pozapinany na pasy urwany kufer Damiana i wielkodusznie udając, że nie czuje zapachu palinki roznoszącego się z kuferka Bezana. Chwilę dłużej zajmuje kontrola po stronie mołdawskiej, ale też nie ma tragedii i wkrótce w komplecie meldujemy się po drugiej stronie. Ponieważ mamy chwilowo dość szutrówek, Szczepan wbija w nawigację drogi główne i jedziemy dalej. Po jakichś dwóch km dziurawy asfalt zakręca z powrotem, a</p>
<blockquote><p>droga główna okazuje się być … szutrówką oczywiście!</p></blockquote>
<p>Nooo, jeśli w tym kraju główne drogi tak wyglądają, to strach pomyśleć czym są drogi drugorzędne. Trzeba będzie zapewne mocno zrewidować nasze plany dziennych przebiegów. Tymczasem zbliża się wieczór i czas rozejrzeć się za noclegiem. Nasz plan przewiduje wizytę w miejscowości Styrcza, założonej przez Polaków pod koniec XIXw. W dalszym ciągu większość mieszkańców stanowią tam Polacy. Znajduje się tam Dom Polski, wydawana jest polska gazeta, działa polski zespół folklorystyczny i co najważniejsze – podobno jest możliwość znalezienia tam niedrogiego noclegu. Mijamy miasteczko Glodeni, obok którego leży Styrcza i chwilę później wpadamy w sam środek ulewy. W ciągu kilku minut jesteśmy kompletnie przemoczeni, a wjazd do Styrczy okazuje się być glinianą dróżką, po której przejazd w takich warunkach raczej nie wchodzi w grę – dwie gleby w ciągu jednego dnia chyba wyczerpują limit. Zatrzymujemy się przy zadaszonej studni i czekając na koniec zlewy zastanawiamy się nad dalszymi krokami. Szczepan z Damianem podejmują próbę dojechania do Styrczy, ale wycofują się po kilkudziesięciu metrach ślizgania się w błotnistej mazi i glebie Szczepana. Skoro dwa GS-y nie dają rady, to reszta motocykli nawet nie ma co próbować. Po krótkiej naradzie decydujemy się na powrót do Glodeni i szukanie noclegu w mieście. Poszukiwania kończymy jakieś 300m od ‘naszej’ studni – przy samej drodze w oczy rzuca się szyld Hotel Pensiunea Butoias, ****, Sauna. Brzmi znakomicie i takie też się okazuje. Za 250 Lei (ok. 75 zł) od osoby mamy nocleg w eleganckich, czyściutkich pokojach ze śniadaniem wliczonym w cenę. Dzień kończymy przepyszną kolacją złożoną z mołdawskich specjałów, suto zakrapianą winem a za dalsze 200 Lei od całej grupy specjalnie dla nas rozpalony zostaje piec w saunie.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/020e.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/7.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="alignleft  wp-image-1802" alt="7" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/7-300x200.jpg" width="270" height="180" /></a><img class="alignnone size-medium wp-image-1880" alt="020e" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/020e-300x168.jpg" /></a></p>
<p>Następnego dnia skoro świt około południa ruszamy dalej. Naszym celem tego dnia jest dojazd jak najbliżej miejscowości Cricova, a po drodze chcemy jeszcze zobaczyć twierdzę Soroka na granicy mołdawsko-ukraińskiej oraz Orchei Vechi. Coś w klimacie podobnym do gruzińskiej Vardzi, z tym że w Mołdawii nie mówimy o całym podziemnym mieście, a tylko o pustelniach mnichów wykutych w skale oraz o monastyrze zbudowanym na szczycie urwiska nad rzeką Raut. Pogoda dopisuje, droga lepsza, trzyma standard polskich dróg z przełomu lat 80tych i 90tych ubiegłego wieku, więc nie jest źle i raźno wyrywamy do przodu.</p>
<blockquote><p>W pewnym momencie czuję, że kierownica jakoś dziwnie zaczyna mi tańczyć w rękach</p></blockquote>
<p>i niekoniecznie współgra to z wybojami nawierzchni. Zjazd na pobocze i okazuje się, że z przedniej opony z sykiem uchodzi powietrze. Przyczyną jest kamyk. Niewielki, ale na tyle ostry, że udało mu się pokonać bieżnik. Inna sprawa, że opona ma już za sobą dobre kilkanaście tysięcy km i tego bieżnika trochę zdążyło już ubyć. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że przymusowy postój wypada akurat w porze lunchowej i w dodatku przy jednej z uroczych studni stanowiących stały element krajobrazu wzdłuż mołdawskich dróg.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/8.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="alignleft size-medium wp-image-1803" alt="8" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/8-300x200.jpg" width="286" height="191" /></a><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/9.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="alignnone size-medium wp-image-1804" alt="9" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/9-300x199.jpg" width="286" height="190" /></a></p>
<p>Jest wśród nas sprawdzony specjalista od kołkowania opon, czyli brat mój rodzony Szczepan, mamy kołki, kompresor, wałówkę i różową kawiarenkę, także czas upływa nam miło i pożytecznie. Co jakiś czas zatrzymuje się obok nas jakieś auto, a kierowca pyta się czy nie potrzebujemy pomocy. Mijają nas wozy drabiniaste o jednokonnym napędzie. Po prostu sielanka i wschodnie klimaty pełną gębą. Po jakiejś godzince, najedzeni, orzeźwieni dobrą kawką i nasyceni urokiem wiejskich krajobrazów możemy ruszać dalej.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/11.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="alignnone size-medium wp-image-1806" alt="Qba" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/11-300x200.jpg" width="284" height="187" /></a><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/10.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="alignleft size-medium wp-image-1805" alt="10" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/10-300x199.jpg" width="288" height="190" /></a></p>
<p>Kolejnym przystankiem jest twierdza Soroka znajdująca się nad brzegiem Dniestru. Po drugiej stronie rzeki to już Ukraina. Niestety, trafiliśmy akurat na dzień, kiedy twierdza jest zamknięta i jedyne co nam pozostaje to obejrzeć ją sobie z zewnątrz i porobić kilka pamiątkowych zdjęć. Twierdza powstała w XV wieku i jak wiele innych zamków w tych okolicach, ma w swojej historii wątek polski. W trakcie wojen z Imperium Osmańskim stacjonowały tutaj wojska polskie.</p>
<p>Po wyjeździe z Soroki droga zdecydowanie się poprawia i dalej mkniemy gładkim asfaltem. Jakieś trzydzieści km od Cricova odbijamy z głównej trasy na Kiszyniów i bawiąc się w kotka i myszkę z burzą późnym popołudniem docieramy do Orchei Vechi. Trzeba przyznać, że miejsce robi wrażenie. Klasztor znajduje się na szczycie urwiska, a dołem wije się rzeka Raut. Całość wygląda trochę jak wielki kanion a w jego ścianach wyraźnie widać jaskinie będące zapewne pustelniami mnichów. Zostawiamy motocykle na dole i kamienistą ścieżką wspinamy się ku zabudowaniom klasztoru. Wcześniej, ścigając się z deszczem, założyliśmy deszczówki i teraz przekonujemy się, że wspinanie się do góry w ortalionach nie jest najlepszym pomysłem. Przy wejściu do klasztoru jesteśmy bardziej mokrzy od potu niż od deszczu. W związku z tym, że nad głowami ciągle kłębią się ciemne chmury, a pora coraz późniejsza, zaczynamy rozglądać się za miejscem na nocleg. Jedną z opcji jest rozbicie namiotów pod mostem – miejsce jest równe, zadaszone i jest bieżąca woda. Jedyne co mnie zastanawia, to jak szybko ta niewinnie wyglądająca rzeczka potrafi przybrać podczas gwałtownych opadów…</p>
<blockquote><p>Opcję ‘pod mostem’ traktujemy jako wyjście awaryjne</p></blockquote>
<p>i w pierwszej kolejności postanawiamy poszukać noclegu w wiosce leżącej u podnóża klasztoru. Pomysł okazuje się trafiony – wioska stanowi swego rodzaju żywy skansen nastawiony w dużym stopniu na dochody z turystyki. Pierwsza knajpa, do której trafiamy okazuje się co prawda zamknięta, ale wkrótce namierzamy kolejną, otwartą i w dodatku okazuje się, że jej właścicielka dysponuje pokojami gościnnymi. I to jakimi! Do naszej dyspozycji jest cała zagroda, na którą składają się: ogród obrośnięty winoroślą,  czyste pokoje z łazienkami, weranda z dużym stołem na imprezy, sauna i … całkiem spory basen! Wow! Nasza zagroda położona jest około 150m od knajpy, także przed kolacją czeka nas jeszcze niewielki spacerek.</p>
<blockquote><p>Po drodze postanawiam zajrzeć do lokalnego sklepiku z zamiarem zabezpieczenia wina na wieczorną degustację.</p></blockquote>
<p>- Zdrastwujtie, u was jest charoszyje wino?</p>
<p>- Da, u nas jest domasznyje wino. A skolka was ludiej?</p>
<p>- Wosiem cziełowiek</p>
<p>- Aaaa… &#8211; gospodarz szybko kalkuluje w myślach &#8211;  to wam nużna szesnadcat litrow!</p>
<p>- Eeee, niet, pomiłujtie gospodin! Czetyrie litra chwatit</p>
<p>Gospodarz bierze trzy butelki 1,5l po mineralnej, dogadujemy cenę 60Lei (jakieś 20PLN) i każe mi iść za sobą. Przed wejściem do domu gospodarz zdejmuje buty i zostawia je na zewnątrz. Robię to samo i przez niskie drzwi schodzę za nim do domowej piwniczki pachnącej charakterystyczną wonią wilgoci i pleśni. Od razu widać, że jest to królestwo gospodarza. Przy ścianie ustawione są dwie wielkie, drewniane beki a przy drugiej pękate słoiki wypełnione przezroczystym płynem.</p>
<p>- A eto palinka? – pytam</p>
<p>- Daaa, palinka – uśmiecha się szelmowsko gospodarz, po czym bierze do ręki sporej wielkości kubek, nalewa sobie z beczki tak mniej więcej do połowy i życząc zdrowia wychyla jednym haustem. Następnie napełnia kubek ponownie, tym razem do pełna i podaje swojemu gościowi. Chcąc nie chcąc życzę gospodarzowi wszystkiego najlepszego i wychylam duszkiem pierwszą tego wieczoru kwartę wina na czczo. Trzeba przyznać, że jest przepyszne, a w głowie zaczyna mi lekko szumieć niemal natychmiast. Gospodarz bierze mnie w objęcia, serdecznie ściska i całuje w oba policzki i napełnia pierwszą butelkę. Przed napełnieniem kolejnej do boju znowu wkracza kubek i ceremoniał się powtarza:</p>
<p>- Wasze zdarowije! – pół kubeczka znika w żołądku gospodarza, cały kubeczek przypada dla mnie (czyli lekko licząc mam już w sobie pół literka na czczo), potem niedźwiadek przyjaźni polsko-mołdawskiej, dwa całusy i napełnia się kolejna butelka, a mi w głowie szumi coraz bardziej. Z pewną ulgą przyjmuję, że trzecia butelka napełniona zostaje z pominięciem kubeczka. Opuszczamy piwnicę i przed odejściem nie chcąc wyjść na gbura postanawiam jeszcze kurtuazyjnie spytać gospodarza jak się im tu żyje.</p>
<blockquote><p>Efekt jest taki, że muszę zwiedzić najpierw stary dom, potem nowy dom, obejrzeć zdjęcia wnuków a następnie…</p></blockquote>
<p>wrócić za gospodarzem do piwniczki, gdzie dopełniamy ceremoniału po raz trzeci i w głowie szumi mi już dobre ¾ litra wina przyjętego na czczo. Trzeba przyznać, że z każdym kolejnym kubeczkiem smakuje coraz lepiej… :)</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/12.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="aligncenter size-medium wp-image-1807" alt="12" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/12-300x200.jpg" /></a></p>
<p>W znakomitym nastroju wytaczam się z obejścia gospodarza i wbijam się prosto do knajpy, gdzie przy zastawionym stole czeka już reszta grupy. Grześ, słysząc moją opowieść o procedurze kupowania tutejszego rękodzieła artystycznego, postanawia zaraz po kolacji sprawdzić to na własnej skórze. Tymczasem winko zaczyna krążyć pomiędzy kieliszkami.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/13.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="aligncenter size-medium wp-image-1808" alt="13" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/13-300x200.jpg" /></a></p>
<p>Prosto z knajpy przenosimy imprezę na kwaterę, a konkretnie do sauny i do basenu, aby po niecałych dwóch godzinach zorientować się, że Grzesia ciągle nie ma wśród nas. Damian ze Szczepanem wyruszają z misją ratunkową i znajdują kolegę pod kapliczką na środku wsi w pozycji horyzontalnej, zatopionego w rozmowie telefonicznej ze swoją córką. Kapliczka zyskuje miano Kapliczki Pod Wezwaniem Grzegorza Pod Dobrą Datą, a rozmowa z córką powoduje, że wino zdobyte przez Grzesia swoim kosztem znacząco przebija nie tylko to kupione przeze mnie, ale też całkiem drogie francuskie wyroby dostępne np. w Warszawie. Gdyby ktokolwiek pytał się, co działo się potem, to oficjalna odpowiedź brzmi: pływaliśmy w basenie. I tej wersji będziemy się trzymać z uporem! ;-)</p>
<p>Następnego dnia po śniadaniu udajemy się na zwiedzanie monastyru i mnisiej pustelni.</p>
<blockquote><p>Wejście do jaskini udostępnionej do zwiedzania znajduje się pod samotną wieżyczką dzwonnicy i wcale nie jest tam łatwo trafić.</p></blockquote>
<p>Mieszkający tam mnich dorabia do swojego skromnego gospodarstwa sprzedając religijne książki i oferując modlitwę za darczyńców. Mnich z wdzięcznością przyjmuje pozostawiony mu banknot i zapala w naszej intencji kilka świeczek pod ołtarzykiem.</p>
<p>Z Orchei Vechi wyruszamy do miejscowości Cricova. Tam, w sztolniach pozostałych po kopalni wapienia wykorzystywanego do budowy Kiszyniowa znajduje się jedna z największych na świecie (i druga co wielkości w Mołdawii) piwnica z winami. Sztolnie są na tyle duże, że można po nich swobodnie jeździć ciężarówkami, a łączna długość korytarzy to ponad 120km. My zwiedzamy to niesamowite miejsce meleksem w towarzystwie lokalnej przewodniczki, która całkiem ciekawie opowiada o historii winiarstwa na tych terenach sięgającej czasów średniowiecza.</p>
<blockquote><p>Mołdawia po różnych zawirowaniach historycznych i załamaniu produkcji w czasach centralnie sterowanej walki z alkoholizmem, kiedy to wycięto w pień dużą część tutejszych winnic, obecnie wraca triumfalnie na światowe salony producentów tego szlachetnego trunku.</p></blockquote>
<p>Wina musujące, produkowane tutaj wg identycznej technologii jak tradycyjne francuskie szampany, potrafią z tymi ostatnimi zwyciężać w międzynarodowych konkursach, a roczna sprzedaż piwnic w Cricova przekracza kilkadziesiąt milionów butelek. Okazuje się, że poza oczywistymi walorami smakowymi, wino oferuje także całkiem niezły zwrot z kapitału i w piwnicach Cricova można podziwiać prywatne kolekcje, stanowiące lokaty możnych tego świata a wśród niech rodziny Rotschildów, Angeli Merkel czy… Donalda Tuska.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/14.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="aligncenter size-medium wp-image-1809" alt="14" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/14-300x200.jpg" /></a></p>
<p>Z Cricova kierujemy się z powrotem do Rumunii, wybierając rzecz jasna drogi główne. Nie chroni nas to jednak od kilkudziesięciu km po szutrach, gdzieniegdzie jedynie przerywanych spłachetkami asfaltu. W pobliżu granicy łapie nas deszcz, ale szczęśliwie w międzyczasie kończą nam się szutry i deszcz pokonujemy już po całkiem znośnym asfalcie.</p>
<p>Rumuński celnik okazuje się być przyjaźnie nastawiony do motocyklistów i puszcza nas obok kolejki, każąc w zamian co nieco pohałasować, co z ochotą czynimy i późnym popołudniem znajdujemy się z powrotem na terenie Unii Europejskiej. W poszukiwaniu noclegu trafiamy do sensownie wyglądającego hotelu dysponującego ogrodzonym parkingiem i dużą restauracją, której jednakowoż nie jest nam dane tego dnia wypróbować.</p>
<blockquote><p>Na próbę zamówienia jakiegoś posiłku z karty pani recepcjonistka z przepraszającym uśmiechem oświadcza, że ‘no chicken’ i rozkłada bezradnie ręce.</p></blockquote>
<p>No nie ma sprawy, nie upieramy się na kurczaka, możemy zjeść wieprzowinkę, kluseczki albo cokolwiek innego, ale niestety… ‘no chicken’ i ‘no chicken’. Dopiero po dłuższej chwili orientujemy się, że ‘no chicken’ w rzeczywistości oznacza ‘no kitchen’ czyli po prostu kucharz poszedł już do domu i kolacji nie będzie. Znowu okazuje się, że szczęście nam sprzyja, bowiem oprócz nas w restauracji jest jeszcze dwóch lokalesów chcących zaspokoić wieczorny głód. Vali okazuje się być człowiekiem bywałym w świecie, jego pozycja zawodowa pozwala mu co roku na 2 lub więcej miesięcy urlopu, które wykorzystuje na podróże po świecie. Swobodnie porozumiewa się w języku angielskim, opowiada o ciekawych miejscach w Rumunii wartych zobaczenia i, co w tych okolicznościach najważniejsze, oferuje nam swoją pomoc w zamówieniu pizzy. Wkrótce największy stół w knajpie pokryty jest w całości ośmioma pizzami o średnicy dobrze powyżej pół metra każda. Walczymy dzielnie, ale mimo wszystko 2,5 pizzy pozostaje nietknięte. Nic to, kolejnego dnia kwadratowe pudełka przy pomocy srebrnej taśmy zostają przytroczone do Grzesiowego motocykla, a Bezan z godnością podejmuje się misji najszybszego dostawcy pizzy w całej Rumunii.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/15.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="alignleft size-medium wp-image-1810" alt="15" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/15-300x200.jpg" width="279" height="186" /></a><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/16.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="alignnone size-medium wp-image-1811" alt="16" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/16-300x201.jpg" width="279" height="187" /></a></p>
<p>Po drodze zwiedzamy potężną cytadelę Targu Neamt wybudowaną w XIV wieku przez hospodara mołdawskiego Petru I Muşat, jako pierwszy murowany zamek w Mołdawii. Twierdza w ostatniej dekadzie wieku XVII była obsadzona wojskami króla Jana III Sobieskiego. Wojska polskie opuściły ją dopiero po podpisaniu pokoju w Karłowicach (obecnie Sremski Karlovci na terenie Serbii), kończącego wojnę pomiędzy tzw. Ligą Świętą a Imperium Osmańskim, rozpoczętą w 1683 r. nieudaną wyprawą wezyra Kara Mustafy pod Wiedeń.</p>
<p>Po zwiedzeniu Targu Neamt kierujemy się na wąwóz Bicaz, gdzie planujemy tego dnia nocleg. Po drodze zatrzymujemy się na popas w okolicach malowniczego sztucznego jeziora  Izvorul Muntelui (zwanego również Jeziorem Bicaz).</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/17.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="aligncenter size-medium wp-image-1812" alt="17" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/17-300x200.jpg" /></a></p>
<p>Pizza podgrzana na silniku Valca w tak pięknych okolicznościach przyrody smakuje wybornie, a w dodatku za chwilę czeka nas droga wijąca się tysiącem zakrętów wzdłuż jeziora aż do zapory Bicaz Dam i dalej przez słynny wąwóz Bicaz o pionowych skalnych ścianach wysokości kilkuset metrów. Podnóżki pościerane, opony pozamykane, a na twarzach banany &#8211; te okolice to prawdziwy raj dla motocyklistów J. Nocleg wypada nam w okolicy Czerwonego Jeziora (Lacul Roşu), gdzie znajdujemy sympatyczny motelik, a kilkuletnia córeczka gospodarzy, każąca mówić do siebie per Princessa baluje z nami do późna.</p>
<p>Rano zaczynamy od fantastycznych kołaczy tzw. Kurtos-Calacs sprzedawanych na brzegu Lacul Roşu. Jest to tradycyjne transylwańskie ciasto drożdżowe w kształcie sprężynki pieczone na obrotowych wałkach umieszczonych nad węglowym grillem. Ciasto w środku mięciutkie, a na wierzchu chrupiące, obtoczone może być posypkami o różnych smakach: od wanilii, cynamonu poprzez cukier puder aż po oliwki i szynkę – dla każdego według upodobań. Fantastyczne, polecam każdemu, mniaaam.</p>
<p>Tego dnia, dla odmiany, pokonujemy kolejne setki i tysiące wspaniałych winkielków po niezłej jakości drogach, zatrzymujemy się na obiadek przy klimatycznie wyglądającym Mixt Pubie w jakiejś zabitej deskami wiosce.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/18.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="alignleft size-medium wp-image-1813" alt="18" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/18-300x200.jpg" width="275" height="183" /></a><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/19.jpg" rel="lightbox[1795]" title="Rumunia, Mołdawia 2015"><img class="alignnone size-medium wp-image-1814" alt="19" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2015/11/19-300x201.jpg" width="274" height="183" /></a></p>
<p>Tego samego dnia pod wieczór dobijamy do kempingu w Oradei. Stąd już tylko jeden skok przez węgierski i słowacki Tokaj w Bieszczady i do Czarnej. Identycznie jak w ubiegłym roku region ten wita nas deszczem, który z mniejszym bądź większym nasileniem towarzyszy nam praktycznie aż do Cisnej. W pobliżu granicy słowacko-polskiej Gadżet o włos mija sarnę, która nagle wyskakuje z lasu i na mokrej nawierzchni tuż przed jego motocyklem zalicza spektakularny poślizg na cztery kopytka. Jadąc na motocyklu oprócz umiejętności warto mieć również co nieco szczęścia.</p>
<p>Wyjazdowe szczęście przypieczętowuje tego wieczora Lila znajdując przy ognisku w Przystani Motocyklowej zagubioną tydzień wcześniej gumową zaślepkę z zamka od kurtki Bezana. Biedak z powodu jej braku przez cały wyjazd rysował sobie lakier na baku.</p>
<p>Kolejny wyjazd już za nami. Jak zwykle masa nowych doświadczeń, setki zdjęć i pełno wrażeń, których chociaż niewielką część, mam nadzieję w miarę przystępnie i w sposób nie nazbyt nudny, starałem się przenieść na strony niniejszej relacji. W głowach już kiełkują pomysły na kolejny sezon, a w międzyczasie zapraszam do galerii… ;-)<br />
Qba</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/galerie/?album=14&#038;gallery=20">Obejrzyj galerię</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://cruiserowcy.com/rumunia-moldawia-2015/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Stambuł i najpiękniejszy uśmiech na świecie!</title>
		<link>http://cruiserowcy.com/stambul-i-najpiekniejszy-usmiech-na-swiecie/</link>
		<comments>http://cruiserowcy.com/stambul-i-najpiekniejszy-usmiech-na-swiecie/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 03 Nov 2015 13:50:17 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Biedrona</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>
		<category><![CDATA[Błękitny Meczet]]></category>
		<category><![CDATA[Hagia Sofia]]></category>
		<category><![CDATA[koty]]></category>
		<category><![CDATA[oko proroka]]></category>
		<category><![CDATA[Stambuł]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://cruiserowcy.com/?p=1751</guid>
		<description><![CDATA[Raz, dwa, trzy Baba Jaga patrzy. W Stambule to Prorok patrzy, a właściwie jego oko. Gdzie się nie obrócić gapi się na Ciebie z breloków, zawieszek, chust, magnesów, poduszek i całej masy innych pamiątek. To, że patrzy jest niemal tak pewne jak to, że Turek będzie chciał Cię naciągnąć na kasę. Zakupy pamiątek jeszcze jakoś...]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Raz, dwa, trzy Baba Jaga patrzy. W Stambule to Prorok patrzy, a właściwie jego oko. Gdzie się nie obrócić gapi się na Ciebie z breloków, zawieszek, chust, magnesów, poduszek i całej masy innych pamiątek. To, że patrzy jest niemal tak pewne jak to, że Turek będzie chciał Cię naciągnąć na kasę. Zakupy pamiątek jeszcze jakoś ujdą. Wystarczy oddalić się 3 przystanki od turystycznego centrum i ceny od razu stają się bardziej przystępne. Trzeba też wykazać się odrobiną cierpliwości i najpierw zwiedzić kilka stoisk. Upatrzyłam sobie biedronkowy magnes. Pierwszy Turek zażądał 10TL, na moją próbę targowania rozłożył bezradnie ręce i powiedział &#8222;Przecież to ręcznie robione, porcelana, tak kosztuje!&#8221; Wcielenie niewinności prześladowane przez usiłującą go wyzyskać turystkę. Rozbawił mnie do łez, powinien dostać Oskara za tę scenę. Magnes ostatecznie kupiłam za 2TL, oczywiście w zupełnie innym miejscu.</p>
<blockquote><p>Okazje mogą trafić się wszędzie, nawet na Wielkim Bazarze, pod warunkiem, że nie jest to sobota.</p></blockquote>
<p>W sobotę kłębi się tam dziki, żądny zakupów tłum (w niedzielę Bazar jest nieczynny) i jakiekolwiek negocjacje są praktycznie niemożliwe. Lepiej wybrać się w poniedziałek. Po pierwsze jest o połowę mniej ludzi, a po drugie ceny też robią się o połowę niższe. Z naciąganiem dużo gorzej jest w restauracjach. Jeśli dacie się wyłapać naganiaczowi, to nie liczcie na litość. Nawet jeśli ceny są przystępne, to na pewno doliczą wam serwis, a jak dobrze pójdzie to jeszcze kilka przystawek, których nie zamawialiście (chleb, dipy), a które pojawiły się na waszym stole. Tu nie ma gratisów, za wszystko trzeba zapłacić. Dlatego lepiej stołować się w małych jadłodajniach &#8211; kebabowniach, a przed wybraniem lokalu warto rozejrzeć się dookoła, bo ceny w sąsiadujących knajpach mogą się zasadniczo różnić. Za tego samego kebaba po jednej stronie ulicy zapłacicie 12TL, a po drugiej 5TL. Taki już urok Stambułu, naciąganie trzeba uznać za pewnik i być do niego pozytywnie nastawionym.<br />
Tak samo jak do kotów, które są dosłownie wszędzie. Przy meczetach, na placach, w muzeach, na samochodach, pod samochodami, na bazarkach, a nawet w koszach z towarem na straganach, (nie, że na sprzedaż, po prostu ucinają tam sobie poobiednią drzemkę). Nikt ich nie przegania, wręcz przeciwnie, są karmione i rozpieszczane. Prorok kochał koty, kochają je też mieszkańcy Stambułu. Mimo że kotów jest masa, to ich ilość jest nieporównywalna z ilością ludzi w Stambule.</p>
<blockquote><p>Zatłoczone ulice, tramwaje, w których człowiek jest upchnięty niczym sardynka w puszce, morze ludzkich głów gdy spaceruje się główną ulicą lub wejdzie do przejścia podziemnego.</p></blockquote>
<p>Niesamowicie zatłoczone miasto, i to w listopadzie, poza sezonem turystycznym. Znaczy tubylcy, znaczy potworna ilość tubylców. Turyści też są oczywiście. Widać ich głównie w kolejkach do zabytków. Jeśli chce się uniknąć godzinnego stania to należy się zjawić wcześnie, najlepiej kilka minut przed otwarciem kas. Wtedy wszystko się załatwia sprawnie i zwiedza się zdecydowanie przyjemniej, bo nie trzeba się przeciskać między ludźmi.</p>
<blockquote><p>Wyjątek jeśli chodzi o stanie w kolejce stanowi kolejka do Błękitnego Meczetu. Tu wszystko idzie jak na taśmie produkcyjnej.</p></blockquote>
<p>Tubylcy są przygotowani, dla zapominalskich turystek mają szale na głowę, przy wejściu pobiera się plastikową torebkę, zdejmuje buty i potem z butami w ręku podąża dalej&#8230; Po ściśle wyznaczonych ścieżkach, porządek musi być. Meczet jest wielki i to właściwie tyle, no jeszcze zalatuje brudną skarpetą, tłok jest&#8230; Opłaty nie ma, ale przy wyjściu upoważniony Turek donośnym głosem upomina się o datki na odbudowę świątyni. Osobiście polecam raczej odwiedzenie mniejszych meczetów. Zdobienia będą równie piękne, a atmosfera na pewno mniej bazarowa. Polecam też obejrzenie Hagia Sofii i Pałacu Dolmabahce. Ten ostatni to bardziej nowoczesna i europejska siedziba Sułtana. Nie jest on tak wielki jak pałac Tokapi, ale jeśli chodzi o wystrój wnętrz, to bije go na głowę. Tam mamy głównie płytki, tu jest wszystko co miał do zaoferowania XIX wiek, a mało tego nie było.</p>
<blockquote><p>Hol ceremonialny jest tak bogato dekorowany, że nie wiadomo na co patrzeć, bo detal goni detal, ornament przeplata kolejny ornament, a całość, zapewne zgodnie z zamierzeniem, robi ogromne wrażenie.</p></blockquote>
<p>W centralnej części holu stoi ogromna flaga z podobizną Taty Turka czyli Mustafy Kemala Ataturka &#8211; pierwszego prezydenta Turcji. To postać bardzo w tym kraju poważana, bez niego nie byłoby Turcji jaką dziś znamy. My trafiliśmy akurat na rocznicę jego śmierci: 10 listopada &#8211; święto narodowe. Przewodniki głosiły, że w ten dzień o 8:55 (godzina śmierci) cały ruch w Turcji się zatrzyma, staną samochody, staną ludzie na ulicach, wszyscy w zadumie będą wspominać ojca narodu. No nie do końca. Zawyły syreny na statkach, to fakt, ale na tym się właściwie skończyło.</p>
<blockquote><p>Starsza pani w domu na przeciwko nadal wieszała pranie, nasz pseudo boy hotelowy nadal oglądał turecką telenowelę na smartfonie, samochody jeździły, ludzie spieszyli w sobie znanych kierunkach&#8230;</p></blockquote>
<p>Gdyby nie informacje z przewodnika, nawet byśmy się nie zorientowali, że coś się dzieje, no może powywieszane wszędzie flagi z podobizną dałyby nam do myślenia, bo tych rzeczywiście nie brakowało. Tata Turek nie cieszy się już takim szacunkiem jak kiedyś. Turcy wracają do tradycji, której zakazał. Kobiety na ulicach noszą hidżaby, czadory, a nawet nikaby. Kobiety ubrane po europejsku są taksowane i oceniane. Odczułam to jadąc komunikacją miejską na lotnisko. Mimo iż ubrana byłam, jak na standardy europejskie, bardzo przyzwoicie (jeansy i bluzka z długim rękawem, lekki dekolt odsłaniający kości obojczykowe) to pod uporczywym spojrzeniem tubylca w metrze poczułam się niepewnie. Aprobaty w nim nie było, raczej potępienie i wrogość. No tak, inna kultura, inne zwyczaje, nic dziwnego, że tak patrzą. Kobieta to tu przecież byle co, zakutana w burkę ma być i nosa z domu nie wyściubiać. Stereotypy popłynęły w mojej głowie rzeką. Ale to nie do końca tak. Chwilę później przemiła pani zasnuta od stóp do głów w czador pokazała mi, że zwolniło się na przeciwko niej miejsce. Z wdzięcznością skinęłam głową i uśmiechnęłam się. Potem zarejestrowałam jej strój i przez chwilę myślałam, że też spojrzy na mnie potępiająco. Tymczasem ona się uśmiechnęła! I była w tym uśmiechu tak ogromna życzliwość i tyle ciepła, że mnie też zrobiło się ciepło na duszy.  To był najpiękniejszy uśmiech jaki w życiu widziałam u obcej mi przecież osoby,  promieniujący dobrocią, radością, spokojem i całą masą pozytywnych rzeczy, które się czuje, a które ciężko wyrazić. Można? Można, wystarczy tylko chcieć.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://cruiserowcy.com/stambul-i-najpiekniejszy-usmiech-na-swiecie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Latająca Biedronka</title>
		<link>http://cruiserowcy.com/latajaca-biedronka/</link>
		<comments>http://cruiserowcy.com/latajaca-biedronka/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 07 Oct 2014 09:17:59 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Biedrona</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>
		<category><![CDATA[lotnisko kruszyn]]></category>
		<category><![CDATA[skok tandemowy]]></category>
		<category><![CDATA[skok ze spadochronem]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://cruiserowcy.com/?p=1677</guid>
		<description><![CDATA[Latająca Biedronka, czyli jak skoczyłam ze spadochronem! Pomysł narodził się już dawno, ale dopiero teraz nadarzyła się szansa by go zrealizować (dzięki Ci Zo). Oczywiście w grę wchodził tylko skok tandemowy, łatwo dostępny i żadnych dodatkowych badań, szkoleń czy innych wysiłków nie wymagający. Osoby wiedzące poleciły Kruszyn, zarezerwowaliśmy termin, nie było odwrotu. Pogoda trafiła nam...]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<h4>Latająca Biedronka, czyli jak skoczyłam ze spadochronem!</h4>
<p><em>Pomysł narodził się już dawno, ale dopiero teraz nadarzyła się szansa by go zrealizować (dzięki Ci Zo). Oczywiście w grę wchodził tylko skok tandemowy, łatwo dostępny i żadnych dodatkowych badań, szkoleń czy innych wysiłków nie wymagający. Osoby wiedzące poleciły Kruszyn, zarezerwowaliśmy termin, nie było odwrotu.</em></p>
<p><em>Pogoda trafiła nam się jak ślepej kurze ziarno, piękny słoneczny dzień, cieplutko. Na miejscu atmosfera sielska, wszyscy uśmiechnięci, wyluzowani. </em><em>No poza nami, bo gdzieś tam właśnie zaczynało docierać co zamierzamy zrobić!</em></p>
<p style="text-align: center;"><img class="aligncenter  wp-image-1714" alt="OLYMPUS DIGITAL CAMERA" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/10/skok1.jpg" width="206" height="367" /></p>
<p><em> </em><em>Poznaliśmy swoich instruktorów, dostaliśmy ciuchy, odbyliśmy szkolenie. Krótko, rzeczowo i na temat. Wyglądało na to,  że Ci ludzie wiedzą co robią, i że jesteśmy w dobrych rękach. Poczuliśmy się przygotowani&#8230; </em></p>
<blockquote><p><em>Później okazało się, że niezależnie od tego ile wcześniej na ten temat czytałeś i z kim nie rozmawiałeś NIE jesteś przygotowany na to co na górze&#8230;</em></p></blockquote>
<p><em>Już w samolocie, gdy wskazówka wysokościomierza nieubłaganie pełzła do góry, zaczęłam nieco sztywnieć w środku. Co też mi znowu do łba strzeliło! Oczy Zo robiły się coraz większe, Michał też jakby się spiął. Na szczęście cała reszta promieniowała dobrym humorem. Na 3000m Maciek (instruktor) jeszcze raz sprawdził uprząż, po czy zostałam dopięta. I nagle okazało się, że to już 4000 i po kolei wszyscy wyskakują, ja z Maćkiem na końcu. Wyskakując zrobiliśmy salto!</em></p>
<blockquote><p><em> </em><em>Na chwilę umarłam,  a potem znalazłam się w niebie, a w każdym razie na niebie. </em></p></blockquote>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/10/skok2.jpg" rel="lightbox[1677]" title="Latająca Biedronka"><img class="aligncenter size-full wp-image-1715" alt="skok2" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/10/skok2.jpg" /></a></p>
<p><em>Umarłam wcale nie ze strachu, bo na takie przyziemne rzeczy nie było czasu. Po prostu świat ostro zawirował i mózg nie nadążył. Mgnienie oka później pędziłam 200km/h, walczyłam z masującym twarz (baset style) powietrzem i próbowałam odnaleźć się w tym pędzie. Nie zdążyłam, bo choć leciałam całe wieki, to jednak te wieki zamknęły się w 50 sekundach. Ciach! Wszystko spowolniło, a ja usłyszałam </em></p>
<blockquote><p><em>&#8222;Mam dla Ciebie dobrą wiadomość, nasz spadochron otworzył się poprawnie.&#8221;</em></p></blockquote>
<p><em>Popatrzyłam dookoła. Cisza, spokój i kolejne kwiaty spadochronów kwitnące na niebie. Błogość rozlała mi się po trzewiach. &#8222;Kocham Cię życie!&#8221; wyrwało się ze mnie samo. I jeszcze mogłam tym spadochronem posterować! Aczkolwiek nieco teoretycznie, bo ciągniecie za sznurki wymaga sporej tężyzny fizycznej osobom, jak ja, drobnym niedostępnej.</em></p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/10/skok3.jpg" rel="lightbox[1677]" title="Latająca Biedronka"><img class="aligncenter size-full wp-image-1716" alt="skok3" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/10/skok3.jpg" /></a></p>
<p><em>Gęba mi się śmieje do dziś, euforia nie schodzi, choć minęło już parę dni. Adrenalina i dopływ endorfin jak przy&#8230; hmmm&#8230; jak przy skoku ze spadochronem, bo z niczym tego porównać nie można. Już się nie dziwię, że oni tacy wszyscy uśmiechnięci tam chodzą, po skoku inaczej się nie da!</em></p>
<p>Zainteresowanych odsyłam na <a href="http://www.skydive.pl/" target="_blank">skydive.pl</a></p>
<h6><a title="Gruzja - Kraina Cudów" href="http://cruiserowcy.com/gruzja-kraina-cudow/" target="_blank">POPRZEDNI WPIS</a></h6>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://cruiserowcy.com/latajaca-biedronka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Gruzja &#8211; Kraina Cudów</title>
		<link>http://cruiserowcy.com/gruzja-kraina-cudow/</link>
		<comments>http://cruiserowcy.com/gruzja-kraina-cudow/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 19 Sep 2014 13:47:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>
		<category><![CDATA[chaczapuri]]></category>
		<category><![CDATA[chinkali]]></category>
		<category><![CDATA[gruzja]]></category>
		<category><![CDATA[motocykl]]></category>
		<category><![CDATA[podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Szatili]]></category>
		<category><![CDATA[tbilisi]]></category>
		<category><![CDATA[Wardzia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://cruiserowcy.com/?p=1576</guid>
		<description><![CDATA[              Wszyscy mówią, że Gruzja jest piękna, nie cierpię się powtarzać, więc tego nie powiem, ale za to powiem, że mnie ten kraj urzekł. Od samego początku oczarował, na każdym kroku zaskakiwał i nie przestawał aż do końca podróży.               Początek nastąpił o 4 nad ranem. Któż to wymyślił, żeby samolot z Warszawy lądował w...]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<blockquote><p><strong><em>              Wszyscy mówią, że Gruzja jest piękna, nie cierpię się powtarzać, więc tego nie powiem, ale za to powiem, że mnie ten kraj urzekł. Od samego początku oczarował, na każdym kroku zaskakiwał i nie przestawał aż do końca podróży.</em></strong></p></blockquote>
<p><em>              Początek nastąpił o 4 nad ranem. Któż to wymyślił, żeby samolot z Warszawy lądował w Tbilisi o takiej nieludzkiej godzinie, przecież bez sensu! Nic podobnego! Oczywiście pod warunkiem, że ma się cudownego Saszę, który o tej dziwnej godzinie, wprost z lotniska wiezie Cię pod twierdzę Narikala i każe oglądać pięknie oświetloną panoramę miasta. W tym momencie ta dziwna godzina nabiera głębokiego sensu. Jeśli ma się jeszcze szczęście napotkać pod twierdzą tubylców, którzy akurat to miejsce i moment wybrali na powitanie dnia (a może raczej pożegnanie nocy) pieśnią, to od razu się wie, że Gruzja ma w sobie to coś.</em></p>
<p><em>             Przylot wściekłym porankiem ma też tę zaletę, że dzień osobliwie się rozrasta (fakt, że między Polską, a Gruzją różnica czasu wynosi 2h, i że w zasadzie się tej nocy nie spało wyrzucamy z pamięci). Dzięki temu mamy bardzo dużo czasu by podziwiać miasto. Przedziwne to miasto, takie staro-nowoczesne, tu rozpadające się domki, tam błyszczące nowością pawilony wystawowe, tu twierdza z VIII wieku, tam nowoczesny most i kolejka gondolowa. Spacer multikulturową starówką zaspokoi wymagania każdego estety. Tbilisi ma swój specyficzny urok, chwilami jest piękne, chwilami potwornie brzydkie, ogólnie przyjazne i jakieś takie swojskie. Co mnie w nim jednak najbardziej urzekło to <strong>cud piękności</strong>, czyli tyłek Matki Gruzji, przepięknie przez artystę ukształtowany i zdecydowanie podziwiania godny. Reszta Matki Gruzji była równie powabna, zachwyciłam się całością od pierwszego wejrzenia. Górujący nad miastem pomnik to, moim zdaniem, jego najpiękniejsza wizytówka.</em></p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/IMG_27051.jpg" rel="lightbox[1576]" title="Gruzja - Kraina Cudów"><img class="aligncenter  wp-image-1635" alt="Matka Gruzja" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/IMG_27051.jpg" width="246" height="368" /></a></p>
<p><em>             Zdecydowanie mniej zachwycił mnie ruch uliczny, bo kierowcy jeżdżą jak chcą, pasy traktują umownie (większość jeździ tak, że połowa autka znajduje się na pasie sąsiednim), przejścia dla pieszych nawet czasem są, ale i tak wszyscy, również piesi, mają je w głębokim poważaniu.<strong> Cud więc prawdziwy</strong>, że ludzie tam codziennie masowo pod kołami samochodów nie giną. Piesi, samotnie bądź stadnie, wyskakują na ulicę pod rozpędzone samochody, czasem ktoś się zatrzyma, czasem trzeba poczekać. Co w tym wszystkim jednak ciekawe to to, że nikt nikomu nie wygraża, nikt na nikogo nie krzyczy i nie ma żadnej pretensji. <strong>Cud uprzejmości i nie przejmowania się niczym</strong>. To samo można zaobserwować w przypadku jazdy w trasie. Dżygit stajl króluje niepodzielnie: na trzeciego, na zakręcie, poboczem, w ostatniej chwili, bez kierunkowskazów (kierunkowskazów to chyba tylko cudzoziemcy używają) i nikt się nie obrusza, nie zajeżdża drogi, krótkie ti-dit jak ze Strusia Pędziwiatra: jestem/widzę Cię/spoko/szerokiej drogi. <strong>Cud wyrozumiałości</strong>, bo u nas to już by gonili, klakson dusili i wygrażali pięściami.</em></p>
<p><em>            Na stolicy cuda się nie skończyły. Udaliśmy się w góry do David Garedża. Piękna droga, zachwycające widoki, tylko pogoda akurat jakaś deszczem grożąca i wiatr usiłujący zrzucić nas z motocykli. Czekający nas nocleg pod gołym niebem zrobił się nieco problematyczny. Czy namioty to porwie nam jak już je rozbijemy czy jeszcze w trakcie… Oj tam, ustalimy to jak już je porwie.<strong> I nagle cud</strong>: w małym Udabno, prawie wymarłej wiosce i w zasadzie pośrodku niczego natknęliśmy się na knajpę Oasis Club prowadzoną przez przesympatycznych Polaków. Pyszne jedzenie, miłe towarzystwo i kolejny cud, bo chmury nagle się rozstąpiły i wyszło słońce, a nam jęk zachwytu wyrwał się z piersi, bo krajobraz zrobił się bajkowy. Na deser dostaliśmy jeszcze tęczę. Ech żyć nie umierać! A potem zrobiło się nieco surrealistycznie, bo na pastwisku obok knajpy „pastuch” Mercedesem Coupé zaganiał krowy z pastwiska! <strong>Cuda na kiju!</strong> Na koniec środkiem ulicy przebiegł koń i głośno się roześmiał. Ech ta Gruzja!</em></p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/IMG_2741.jpg" rel="lightbox[1576]" title="Gruzja - Kraina Cudów"><img class="aligncenter  wp-image-1620" alt="Udabno" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/IMG_2741.jpg" width="246" height="368" /></a></p>
<p><em>             Potem zaniosło nas do Szatili. Piaszczysta droga wiła się wśród gór. Gdzieniegdzie przecinał ja strumień, co jakiś czas z boku otwierała się przepaść. Znaleźliśmy się tu późnym popołudniem, co zapewne nie było najrozsądniejszym pomysłem, ale dzięki temu gdy dotarliśmy na przełęcz przeniosło nas na drugą stronę lustra i ujrzeliśmy krajobraz jak z baśni. Odziana w czerwona kurtkę i z czerwoną chustką na głowie czekałam by zza rogu wyszedł wilk i spytał co niosę w koszyczku. O dziwo nie wyszedł, może dlatego, że nie miałam koszyczka… Zjechaliśmy z przełęczy, czas płynął nieubłaganie, przed nami było jeszcze masę kilometrów, a drogi jakoś wcale nie ubywało. Niebo zasnuły chmury, zrobiło się ciemniej. Każdy kolejny zakręt budził nadzieję, że to Szatili to będzie już. Niestety były tylko kolejne zakręty i coraz węższa droga gęsto usiana kapliczkami… Przy każdej kapliczce było źródełko z wodą, być może dla spragnionych wędrowców, by ominął ich los tych, którym przeprawa przez góry się nie udała… W pewnej chwili zauważyłam pogrążony w rzece prawie po dach szkielet samochodu. Przerdzewiał na wylot, praktycznie stopił się już krajobrazem. Czyżby poprzedni turyści?</em></p>
<blockquote><p><em>Szkielety się nie walały, ale to o niczym nie świadczyło, mogły się nimi zająć dzikie zwierzęta… O mamusiu, zostać zjedzonym tak pośrodku niczego!!! </em></p></blockquote>
<p><em>Już od dłuższego czasu w samochodzie panowała cisza. Wszyscy nerwowo zaciskali szczęki i modlili się w duchu o to, byśmy już wreszcie dotarli do celu. Za kolejnym zakrętem jednak Szatili nadal nie było. Pojawili się za to tubylcy jadący na koniach, z dobytkiem przytroczonym do siodeł własnej konstrukcji. Uśmiechali się szeroko mijając nas. Na ich widok nabrałam otuchy. Skoro są ludzie, to przecież musi tu być jakaś cywilizacja! Refleksja, że cywilizacja to im do niczego potrzebna nie jest, bo oni przez te góry to prawdopodobnie na przełaj jadą, przyszła nieco później, po kolejnych kilku zakrętach… Póki co, pośrodku niczego wyrosły kamienne wieże. No to już na pewno było to! Nie, nie było. Zanim dotarliśmy do Szatili zabawiliśmy się jeszcze w poganiaczy krów. Motocykle przemknęły się bez trudu stając się na chwilę częścią stada. My w jeepie, na drodze, na której sami ledwo się mieściliśmy, musieliśmy trochę poczekać zanim udało nam się je wyminąć. Gdy wreszcie za kolejnym zakrętem ukazała się tablica Szatili nasza radość nie miała granic! Udało się! Dojechaliśmy! Przedarliśmy się przez niezdobyte góry! Jesteśmy wielcy! Jesteśmy zdobywcami! Nagrodą za trudy podróży był gościnny dach i najcudowniejsze chaczapuri, jakie jedliśmy w całej Gruzji. Podawane na stół prosto z patelni, parzące palce, <strong>niebo w gębie i cud smakowitości</strong>. Warto było przyjechać. Już sama droga była nagrodą, a kamienne miasto kolejną. Powrót nieco rozwiał naszą aurę zdobywców. Słońce wesoło świeciło, droga od wczoraj podeschła. Mijały nas kolejne busy, których kierowcy ze znudzoną miną i obowiązkowym „zimnym łokciem” wieźli turystów. To już nie były te emocje co wczoraj, jednak wciąż patrzyłam na góry z trwożnym szacunkiem mając w pamięci opowieści naszego gospodarza o tym jak ciężko się tu żyje i o tych, co poszli w góry i już w nich zostali. Zakochałam się w tym fragmencie Gruzji, siedzi mi w duszy i już w niej zostanie.</em></p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/IMG_2870.jpg" rel="lightbox[1576]" title="Gruzja - Kraina Cudów"><img class="aligncenter  wp-image-1639" alt="Droga do Szatili" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/IMG_2870.jpg" width="590" height="393" /></a></p>
<p><em>               Droga do Wardzi to znowu jedna z najfajniejszych dróg, jakimi w życiu jechałam. Cała masa zakrętów: prawe, lewe, mniejsze, większe we wszelkich możliwych kombinacjach, a wszystko to osadzone w pięknym górzystym terenie i z wijącą się wzdłuż drogi rzeką. Droga niestety gęsto usiana krowimi plackami i samymi krowami. Jak to Panie w Gruzji! Te krowy tam można znaleźć naprawdę wszędzie. Na drodze, na autostradzie, na parkingu, na przystanku, w ruinach zamku, itd. Właściwie jedynymi miejscami gdzie krów nie było były kościoły. Na tej drodze natknęłam się na kolejny <strong>cud</strong>, tym razem <strong>kreatywności i recyklingu</strong>, bo przez rzekę w ramach mostu przerzucony był stary wagon kolejowy. Mogłam tylko skłonić głowę w milczącym podziwie. Ten cud recyklingu zresztą nie był jedyny. Jeśli coś się popsuje i trzeba naprawić to Gruzini korzystają się z tego, co jest pod ręką. Kawałek starej gazety, deski czy dykty doskonale służą za materiał zastępczy przy wszelakich naprawach. Działa? Działa. Spełnia swoja funkcję? Spełnia. No to czym tu się martwić? Wszak są w życiu ważniejsze rzeczy do roboty, a że to naprawiane <strong>trzyma się tylko cudem</strong> to już zupełnie inna kwestia.</em></p>
<p><em>              W Wardzi natknęłam się na kolejny <strong>cud</strong>, tym razem <strong>obrzydliwości</strong>. Przy wejściu do skalnego miasta stoi drzewo, dawno temu jakiś turysta, kierowany nie wiadomo czym, przykleił do drzewa zżutą gumę do żucia. Jego czyn, z przyczyn kompletnie dla mnie niezrozumiałych, powtórzyli inni i teraz drzewo całe jest gumami oblepione. Stoi i straszy. Fuj! Na szczęście chwilę potem natknęłam się na kolejny <strong>cud</strong>, dla odmiany <strong>sanitarny</strong>. Poziom spotkanych w Gruzji toalet był przeróżny. Od dziur w ziemi po eleganckie łazienki z wielkimi murowanymi wannami. Z drżeniem serca czekałam cóż spotka mnie tutaj! Tymczasem łazienka przy wejściu do skalnego miasta była rewelacyjna: kafelki, czyściutko, papier, ciepła woda, a nawet mydło! A że kibel to narciarz i ma drzwi metrowej wysokości… No cóż… zsocjalizować się można, z osobą w kolejce pogadać, a co intymne to w sumie zasłonięte. A zresztą czym się tu przejmować?! W końcu każda baba zbudowana jest tak samo, a czynność codzienna i ogólnoludzka. </em></p>
<blockquote><p><em>Cud, że się ze śmiechu nie udusiłam korzystając z tych luksusów i usiłując jednocześnie zachować przyjemny wyraz twarzy. </em></p></blockquote>
<p><em>Nie była to jednak wbrew pozorom najdziwniejsza ze spotkanych toalet. W pobliskim hotelu była piękna nowa łazienka, gdzie narciarz oprócz funkcji podstawowej pełnił również częściowo funkcję brodzika. Po raz kolejny skłoniłam głowę w niemym podziwie…</em></p>
<p><em>             I gdy myślałam, że nic mnie już podczas tej podróży nie zdoła zaskoczyć zostałam zaprowadzona do gorącego źródła. W Wardzi są gorące źródła siarkowe, których lecznicze właściwości kiedyś chciano eksploatować (znaczy „goście&#8221; z Rosji chcieli). Skończyło się różnie. Są miejsca jak „Basen 17” gdzie rura wystaje z ziemi i gorąca woda leje się bez opamiętania. Można wziąć gorący prysznic i przy okazji kąpiel błotną, opłat brak, pełna swoboda. My skorzystaliśmy z wersji lux. Szopa, która zapewne była kiedyś eleganckim pawilonikiem, dziś rozpadająca się nieco, a w niej basem 5x5m wypełniony gorącą siarkową wodą. Chwila zawahania: wejść czy nie wejść, bo nie wiadomo co w takich warunkach może się do człowieka przyczepić. Pamiętając jednak, że zarówno Szczepan jak i Kubuś już z owego <strong>cudu</strong> korzystali i nadal cieszą się dobrym zdrowiem wlazłam. Ech… Nie chciało się potem wychodzić, oj nie chciało. A gdy jeszcze zgasło światło i przez dziurę w dachu (nie była wykonana specjalnie, zwyczajnie się zawaliło) mogliśmy podziwiać cudownie rozgwieżdżone niebo… Ech… Błogostan sięgnął szczytów.</em></p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/IMG_3115.jpg" rel="lightbox[1576]" title="Gruzja - Kraina Cudów"><img class="aligncenter  wp-image-1642" alt="Basen 17" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/IMG_3115.jpg" width="573" height="382" /></a></p>
<p><em>            <strong> Cud</strong>, że wyleźliśmy z tego basenu, bo zaczynaliśmy się uzależniać. Udało się jednak i popędziliśmy ku magnetycznym piaskom Ureki, też podobno leczniczym. Piękna plaża, czarny piasek, zachwycający sosnowy lasek, palmy, ogromne krzaki niebieskich hortensji, a w morzu wesoło baraszkujące stadko delfinów! <strong>Cud, rewelacja i raj na ziemi! </strong>Problem tylko, że w tym raju syf, kiła i mogiła. Plaża usiana śmieciami tak gęsto, że dziwiłam się, że jeszcze piasek widać, a lasek zasikany i obsrany, bo toaleta na plaży zamknięta na głucho. I dlaczego to tak? Bo Pani tu jeszcze nie sezon, a jak nie ma sezonu to wsio na głucho zamknięte. Sezon zaczyna się 25 czerwca, przedtem nie ma nic i kropka. Hmmm… No rzeczywiście tę plażę już zaczynali jakby sprzątać. Śmieci były pograbione w eleganckie kupki. Nie żeby to wiele pomogło… Szkoda, bo pogoda doskonała, woda w morzu zdecydowanie cieplejsza niż Bałtyk w sierpniu i naprawdę pięknie, pod warunkiem, że się nie przyglądasz zbyt blisko i nie oddychasz zbyt głęboko. Trochę jestem ciekawa, jak to wsio może wyglądać w sezonie, ale nadziei zbyt wielkich nie mam. Na własne oczy widziałam w Wardzi jak pewien Gruzin wyrzucił do rzeki torbę pełną śmieci, choć kosz stał 30m dalej. I nie był odosobnionym przypadkiem, bo tych śmieci rzeką płynęło więcej. Dbanie o środowisko nie jest, póki co, szczególnie mocną stroną Gruzinów. Oczywiście inaczej jest w kurortach. Kawałek plaży, który widziałam w Batumi lśnił czystością. Zresztą cała Gruzja się zmienia. Remontują się hotele, zaczyna być bardziej turystycznie. Może to dobrze, może niedobrze. To już kwestia indywidualnych upodobań.</em></p>
<blockquote><p><em> Mam nadzieję, że nie zmieni się jedno: niesamowita otwartość Gruzinów.</em></p></blockquote>
<p><em> Gdzie byśmy nie byli, z kim byśmy nie rozmawiali zawsze spotykaliśmy się z bardzo życzliwym przyjęciem. W Tbilisi gdy spytaliśmy o drogę przemiły facet wyciągnął telefon, zadzwonił w nasze miejsce docelowe z pytaniem o drogę, a potem narysował nam mapę tak dokładną, że mimo iż instrukcji udzielał po rosyjsku, a ani ja ani Marcin biegle tym językiem nie władamy (moja znajomość jest póki co szczątkowa), to trafiliśmy jak po sznurku. Od innego tubylca Marcin dostał na ulicy piwo w prezencie…  Tak po prostu, bo Polak. A już toastów z kolejnymi gospodarzami, za przyjaźń polsko-gruzińską, to wypiliśmy bez liku. Mam również nadzieję, że zostanie im też ten spokój i swego rodzaju niefrasobliwość, i że nadciągająca „cywilizacja” nie zdoła tego zniszczyć.</em></p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/IMG_3172.jpg" rel="lightbox[1576]" title="Gruzja - Kraina Cudów"><img class="aligncenter  wp-image-1646" alt="Czarne piaski w Ureki" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/IMG_3172.jpg" width="573" height="382" /></a></p>
<p><em>             Cudowna była ta Gruzja, zielono-brązowo-fioletowa, rośliny w sumie jak u nas, ale jakieś takie większe i bardziej pachnące. Smakowała wszechobecną kolendrą, dojrzewającymi w słońcu pomidorami i ogórkami, chinkali, chaczapuri, dobrą herbatą i czaczą. Pachniała słońcem, wiatrem i krowimi plackami. Obfitowała w cuda wszelakie i pozostawiła w nas palący niedosyt, bo przecież liznęliśmy jej ledwie kawałek!</em></p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/gruzja-garsc-informacji-praktycznych/" target="_blank"><strong><em>Garść informacji praktycznych</em></strong></a></p>
<p><strong><em><a href="http://cruiserowcy.com/galerie/?album=13&amp;gallery=19" target="_blank">Obejrzyj galerię</a></em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://cruiserowcy.com/gruzja-kraina-cudow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Gruzja 2014</title>
		<link>http://cruiserowcy.com/gruzja-2014/</link>
		<comments>http://cruiserowcy.com/gruzja-2014/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 18 Sep 2014 07:34:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[O wszystkim]]></category>
		<category><![CDATA[Wyprawy]]></category>
		<category><![CDATA[chaczapuri]]></category>
		<category><![CDATA[chinkali]]></category>
		<category><![CDATA[cruiserowcy]]></category>
		<category><![CDATA[gruzja]]></category>
		<category><![CDATA[motocykl]]></category>
		<category><![CDATA[podróże]]></category>
		<category><![CDATA[Szatili]]></category>
		<category><![CDATA[Wardzia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://cruiserowcy.com/?p=1523</guid>
		<description><![CDATA[PROLOG: Pomysłów na wyjazd w tym roku mieliśmy co najmniej kilka – rozważane były Złote Kolco Moskwy, szerokie ‘wokół Bałtyku’ przez Murmańsk i Drogę Trolli, Turcja, Gruzja, niektórych ciągnęło ponownie na Krym na szaszłyki… Jak zwykle zasadniczym problemem do rozwiązania był czas – tak się, bowiem składa, że miejsca nas interesujące leżą dość daleko od...]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<h2>PROLOG:</h2>
<p>Pomysłów na wyjazd w tym roku mieliśmy co najmniej kilka – rozważane były Złote Kolco Moskwy, szerokie ‘wokół Bałtyku’ przez Murmańsk i Drogę Trolli, Turcja, Gruzja, niektórych ciągnęło ponownie na Krym na szaszłyki…<br />
Jak zwykle zasadniczym problemem do rozwiązania był czas – tak się, bowiem składa, że miejsca nas interesujące leżą dość daleko od Polski i parę dni na dojazd zazwyczaj przeznaczyć trzeba. Analizowaliśmy możliwości zaoszczędzenia czasu poprzez wynajem motocykli na miejscu, transport naszych maszyn z Polski i dolot ekipy samolotem, a nawet ewentualność zakupu na miejscu ‘starych rusków’ i późniejszej ich odsprzedaży. Każda z tych opcji okazywała się mieć więcej wad niż zalet i ostatecznie, biorąc pod uwagę między innymi sytuację polityczną za naszą wschodnią granicą zdecydowaliśmy się powtórzyć jazdę na kołach do Gruzji tranzytem przez Turcję. Tym razem miało być odpowiednio dużo czasu na spokojne polatanie po Gruzji, a to oznaczało 2 tygodnie urlopu w pracy i 2 tygodnie urlopu w domu. Pozwolę sobie na stwierdzenie, że o ile to pierwsze dla większości motocyklistów jest do ogarnięcia, to z tym drugim tak łatwo już nie jest. I tu narodził się genialny w swej prostocie pomysł &#8211; otóż skoro nasze osobiste Najwyższe Izby Kontroli mogą nie zechcieć nam udzielić tak długiej dyspensy, to należy je po prostu zabrać ze sobą. W zasadzie nie tyle zabrać (bo zdecydowana większość jednak na motocyklach nie jeździ), co zapewnić możliwość dolotu do Gruzji samolotem i zwiedzania tego pięknego kraju razem z nami korzystając z wynajętego samochodu. Pomysł chwycił i w rezultacie udało się zmontować ekipę 11 osób, z których 5 miało pojechać motocyklami, a pozostała szóstka dolecieć do Tbilisi LOTem bezpośrednio z Warszawy. W pierwszej połowie roku systematycznie udało się ogarnąć tematy biletów lotniczych, rezerwacji samochodu, tureckich wiz, ubezpieczeń, opracowania trasy, itp. itd.. Dwie osoby w ostatniej chwili musiały niestety zrezygnować, ale reszta twardo trzymała się planu i 6 czerwca po robocie nadszedł wreszcie moment wyjazdu ekipy motocyklowej. Plan zakładał, że pierwszego dnia dojedziemy do Ostrawy, potem Belgrad, Izmit (trzy pierwsze noclegi mieliśmy zarezerwowane) a potem już na żywioł – kolejny nocleg gdzieś we wschodniej Turcji a następnie już Gruzja, Vardzia i moczenie tyłków w ciepłych źródłach, uzupełnione o terapię napojami kojąco-rozweselającymi. Plany planami, a życie życiem – zapraszam do lektury o tym, co nam się udało z owych planów zrealizować:<br />
Udział biorą (w kolejności zupełnie przypadkowej):<br />
1. Szczepan (Valkyrie)<br />
2. Qba (Valkyrie)<br />
3. Damianczyk (GS 650)<br />
4. Sławek (BMW 1200RT)<br />
5. Biedrona (plecakuje na GS650)<br />
6. Ola (jeep)<br />
7. Zosia (jeep)<br />
8. Renata (jeep)<br />
9. Marcin (jeep)</p>
<h2>ROZDZIAŁ 1: DROGA TAM &#8211; PASSPORT, MONEY AND JUMP BARRIERA</h2>
<p>Od kilku tygodni w robocie zasuwam jak dziki, żeby podopinać wszystko, co możliwe i spokojnie, w piątek wyruszyć w wymarzoną trasę. Efekt owego zasuwania jest taki sam jak zwykle, czyli z poczuciem pozostawienia po sobie kompletnego chaosu wyłączam komputer, chowam komórkę głęboko do kieszeni i wskakuję w końcu na siodło. Ze Sławkiem i Damianem spotykamy się w McDonaldzie w Jankach i bez dalszej zbędnej zwłoki… siadamy za stołem. Leje tak, że z Maca ledwo widać motocykle zaparkowane na parkingu. Na szczęście wkrótce się przejaśnia i ruszamy w drogę. W Piotrkowie dołączamy do Szczepana i dalej już we czterech raźno pomykamy na czeskiego browarka. Pierwszy przystanek w Ostrawie osiągnięty, drugi w Belgradzie również bez specjalnych problemów. Dnia trzeciego z rana wyruszamy z mocnym postanowieniem dobicia na wieczór do Izmitu w Turcji, gdzie mamy zarezerwowany hotel. Założenie jest takie, żeby Stambuł przejechać w nocy, bo doświadczenie sprzed 2 lat podpowiada, że w dzień to jest prawdziwa masakra. Niestety, już ok. 11tej nasz plan ulega nieprzewidzianej modyfikacji po tym, jak na stacji benzynowej w okolicy miasta Nisz w Serbii motocykl Damiana zupełnie niespodziewanie postanawia rzucić palenie. Powód prozaiczny – brak prądu. Przyczyna – nieznana. Bezpieczniki są w porządku, czyli może to być akumulator, alternator, regulator napięcia albo diabli wiedzą, co jeszcze. Na szczęście na stacji jak z pod ziemi wyrasta laweciarz, który najzupełniej przypadkowo zna właściciela pobliskiego serwisu BMW i wkrótce lądujemy w mieście przed zamkniętym warsztatem. Rzecz jasna, zgodnie z prawami niejakiego Murphy’ego awaria ma miejsce w niedzielę a tego dnia jak wiadomo większość warsztatów nie pracuje. Okazuje się jednak, że na miejscu czeka na nas syn właściciela, który na wstępie pokazuje nam ojcowego GS’a a potem zapewnia, że ojciec będzie w warsztacie ok. godz. 16tej i na pewno nam pomoże. Jasne staje się, że plan dojazdu tego dnia do Izmit szlag trafił. Mówi się trudno, Szczepan z Damianem ruszają w poszukiwaniu zaopatrzenia na obiadek a ja ze Sławkiem zostajemy pilnować dobytku. Dochodzimy do wniosku, że jak się tak dobrze zastanowić to sytuacja ma sporo pozytywów:<br />
1. GS zepsuł się na stacji benzynowej, pod wiatą, w cieniu a przecież mógł na środku autostrady w słońcu, które akurat tego dnia daje w czachę dość solidnie.<br />
2. Zepsuł się w dzień o stosunkowo wczesnej porze, a przecież mógł zdechnąć wieczorem podczas poszukiwania noclegu.<br />
3. Akurat nie pada, a przecież mogło rzucać żabami jak podczas plag egipskich.<br />
4. Na stacji benzynowej była laweta i laweciarz, a przecież mogliśmy trafić na chłopa z wozem drabiniastym pełnym np. mioteł (taki epizod też będzie, ale to później, nie uprzedzajmy faktów).<br />
5. Laweciarz znał telefon do serwisu BMW, a przecież mógł nawet nie mieć komórki.<br />
6. W południe jesteśmy już zaparkowani pod serwisem w cieniu rozłożystego drzewa, a przecież mogliśmy być w jasnej d… (jasnej ze względu na słońce, o którym była już mowa powyżej).<br />
Tak pełni optymizmu odpuszczamy ze Sławkiem niewątpliwą okazję kupna spalinowej piły łańcuchowej, funkiel nówka, nieśmiganej za jedyne 150 eurasków, oferowanej przez jakiegoś młodego lokalnego ‘przedsiębiorcę’. Piła wygląda na świeżutko zajumaną, nawet metki jakoweś jeszcze z niej zwisają. ‘Biznesmen’ łatwo nie odpuszcza, ale w końcu przyglądając się naszym obładowanym motocyklom stwierdza pod nosem, że faktycznie chyba nie bardzo mamy gdzie ją zapakować i daje spokój.<br />
Właściciel serwisu zjawia się prawie zgodnie z obietnicą, bo już o godzinie 18tej i stwierdza, że dzisiaj nic już nie da się zrobić. Zapewnia, że skoro świt o 9 rano w pracy będzie elektryk, a tymczasem jego syn może nas zaprowadzić do hostelu, gdzie będziemy mogli przenocować. W związku z brakiem innej sensownej alternatywy wkrótce lądujemy na jakiejś zajezdni autobusowej w hostelu o nazwie Evropa dumnie otoczonej 5 gwiazdkami.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/DSC00701.jpg" rel="lightbox[1523]" title="Gruzja 2014"><img class="alignleft size-full wp-image-1534" alt="DSC00701" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/DSC00701.jpg" /></a></p>
<p><strong>***** hostel Evropa</strong></p>
<p>Nie wnikając zbytnio w zawiłości serbskiej klasyfikacji obiektów noclegowych kwaterujemy się szybciutko w pokoju wyposażonym w cztery piętrowe łóżka i dostatecznie czystą łazienkę i ruszamy w miasto na kolację i browarka. Trafiamy do knajpy wypełnionej skocznymi dźwiękami w stylu Gorana Bregovica – właśnie odbywa się tu wesele albo poprawiny, przy jednym ze stolików jakaś para wygląda jakby właśnie odbyli zaręczyny, tym niemniej i dla nas miejsce się znajduje. Zaręczona parka stawia nam browarka, my im również a następnie przez jakieś 3 godziny zajadamy się doskonale przyrządzonymi mięsami z grilla, zagryzając pysznymi sałatkami i podziwiając urodę serbskich dziewczyn oraz kondycję miejscowych grajków, którzy nie przerywają ani na chwilę. Jakże różnie od wielu polskich wesel, na których orkiestra co 2 kawałki ogłasza przerwę na żarełko i kielicha.<br />
W poniedziałek rano okazuje się, że problem z Damianowym moto sprowadza się do padniętego akumulatora, który szybciutko zostaje wymieniony. Marka Będziesz Miał Wydatki zobowiązuje, więc Damiano zostawia zacny kawał grosiwa w warsztacie i przed 11 rano jesteśmy już znowu w trasie. Trasy przez Bułgarię nie ma sensu opisywać – zwykły tranzyt i nic więcej. Późnym popołudniem bezproblemowo przekraczamy granicę turecką i mając w pamięci poprzednie doświadczenia udajemy się na najbliższą stację benzynową w celu zakupienia kart autostradowych. Dwa lata temu były to karty typu pre-paid, które ładowało się określoną sumą i przy przekraczaniu bramek należało je przyłożyć do czytnika, który po zdjęciu z karty odpowiedniej kwoty otwierał szlaban. Tym razem okazuje się, że kart na stacji nie ma, ale podobno można je kupić przy wjeździe na autostradę. Ku naszemu zdziwieniu bramki przepuszczają nas bez żadnego problemu. Zatrzymujemy się na poboczu niepewni co dalej robić – niby autostrada stoi otworem ale co będzie jak w Stambule bramki nas nie wypuszczą? Postanawiamy zasięgnąć języka u obsługi wagi samochodowej, która kontroluje wjeżdżające TIRy. Wagowy z pełnym spokojem pokazuje nam budynek po drugiej stronie autostrady i oznajmia:<br />
- Passport, money and jump barriera.<br />
Faktycznie okazuje się, że takich ‘jump barriera’ musiało tu być całkiem sporo, gdyż przez pas zieleni pomiędzy barierkami oddzielającymi jezdnie wydeptana jest szeroka ścieżka. W kasie okazuje się, że przez 2 lata trochę się jednak zmieniło i teraz kartę wystarczy mieć przy sobie w kieszeni, a system sam ją wykryje i przepuści przez bramki. Przynajmniej tyle udaje nam się zrozumieć z bardzo łamanej angielszczyzny pana kasowego. Zaopatrzeni w karty po 50 TL od łebka ruszamy dalej. Na kolejnych bramkach w Stambule i dalej przejazdy oznaczone są tajemniczymi skrótami HGS albo OGS. Próbujemy zarówno jednych jak i drugich i za każdym razem bramki reagują na nas inaczej – raz świecą na czerwono, raz na zielono, wyją, dzwonią, wyświetlają jakieś komunikaty z dziwnymi sumami – czasem mieszczącymi się w naszych 50TL a czasem znacznie tą kwotę przewyższającymi. Tym niemniej zawsze się otwierają i rozważania czy wyświetlane sumy oznaczają wysokość opłaty za przejazd, kwotę pozostałą na kartach czy też wysokość mandatu za bezprawne używanie autostrady pozostawiamy na moment ewentualnego zatrzymania przez upoważnione do tego służby. Prawie zgodnie z planem, bo zaledwie 24 godziny później niż zakładane, dobijamy do hotelu w Izmicie. Jeszcze tylko krótkie targi z portierem starającym się ze wszystkich sił orżnąć nas na 4 pokoje za 160 Euro i ostatecznie kwaterujemy się w dwóch za 85 Euro ze śniadaniem, co biorąc pod uwagę 4 gwiazdki hotelu, późną porę i turystyczną okolicę, nie jest złym wynikiem (przez booking.com mieliśmy zarezerwowane dokładnie to samo za 100 EUR tyle, że o dobę wcześniej). Jedną ciekawostką wartą wspomnienia z tego miejsca jest jajecznica na pomidorach zaserwowana na śniadanie – wygląd toto ma niespecjalny, ale jak już się człowiek przełamie, to w smaku jest zaskakująco dobre. Polecam spróbować jak ktoś będzie miał okazję.<br />
Kolejny dzień to trasa, trasa i jeszcze raz trasa. Wspaniałe tureckie drogi, góry, serpentyny i znowu dokładnie jak przed dwoma laty, mniej więcej w tym samym miejscu deszcz i ziąb &#8211; telepie mną tak, że mało nie spadnę z motocykla. Może trudno w to uwierzyć, ale jak do tej pory podczas różnych wyjazdów motocyklowych najbardziej zmarzłem w Turcji na przełomie maja i czerwca. Kwatera tego dnia dokładnie w tym samym pielgrzymkowym hotelu, co dwa lata temu w okolicach miejscowości Refahiye. Szybka kolacja, po szklaneczce wspaniałej tureckiej herbatki i narada jak dalej jechać – stąd do Tbilisi to jeszcze dobry dzień jazdy, a nasza grupa samochodowa już dzisiaj w nocy tam wyląduje. Z mapy wynika, że najkrócej i całkiem sensownymi drogami będzie przez Armenię i tak właśnie postanawiamy pojechać. Wstajemy wcześnie rano i dzida. Znowu mamy okazję podziwiać piękne krajobrazy, surowy górski pejzaż i zapierające dech w piersiach widoki przetaczających się po okolicach burz. Kilka razy, wjeżdżając na wzniesienie mamy przed sobą niebo koloru atramentu i już, już wydaje nam się, że za chwilę wpadniemy w sam środek nawałnicy, aż tu nagle okazuje się, że droga za wzniesieniem gwałtownie skręca i jedziemy w słońcu, a burza zostaje za naszymi plecami. Widoki wprost obłędne. Jedziemy dość szybko, droga szeroka i przeważnie dobrej jakości, ale czasami zdarzają się w niej dziury wielkości lejów po bombach. Na jednej z takich niespodzianek Szczepanowi gaśnie cała elektryka z tyłu motocykla. Valkyria oprócz całego szeregu zalet ma tą jedną wadę, że pod tylnym błotnikiem znajduje się kostka łączeniowa, która czasem przy większych wybojach potrafi nie wytrzymać i tylne oświetlenie diabli biorą. To właśnie stało się w motocyklu Szczepana. Postanawiamy jednak nie zawracać sobie tym teraz głowy i naprawić uszkodzenie na miejscu w Tbilisi. Tylko Damian, jadący jako drugi, ma od tej pory większą spinkę, bo musi na słuch rozpoznać czy Szczepan właśnie nie zaczął gwałtownego hamowania :). Około godziny 15tej docieramy do granicy armeńskiej a tu ZONK! – okazuje się bowiem, że to co na mapie było elegancką dwupasmówką i przejściem granicznym w rzeczywistości okazuje się wąską, średniej jakości drogą, która w dodatku kończy się groźnie wyglądającymi tablicami: Military area! Access prohibited! Keep out! Kilkaset metrów dalej widać wieżyczki otoczone zasiekami z drutu kolczastego i żołnierzy, którzy na nasz widok groźnie podnoszą karabiny. Zatrzymujemy się trochę niepewni co dalej robić. Ryzyko tego, że zanim zbliżymy się na odległość głosu to podziurawią nam nie tylko opony wydaje się być całkiem realne i po krótkiej naradzie postanawiamy nawet nie próbować żadnych negocjacji i decydujemy się na odwrót. Do nadrobienia mamy trochę ponad 100km przez góry i przełęcz Ilgardagi na wysokości 2 550 m npm do sprawdzonego dwa lata wcześniej przejścia granicznego bezpośrednio pomiędzy Turcją i Gruzją. Nie ma co marudzić, trzeba jechać, zwłaszcza biorąc pod uwagę brak świateł u prowadzącego. Znowu mamy szczęście i udaje nam się przemknąć dokładnie między burzami – nasza droga w słońcu, a po obydwu stronach żywioły prezentują swoją groźną potęgę. Kilkanaście końcowych kilometrów zjazdu z przełęczy do granicy pokonujemy po ledwie ubitym tłuczniu – droga właśnie przechodzi remont w stylu wschodnim – tzn stara nawierzchnia została zerwana na całej długości, a nowej jeszcze nie ma, bo wysypany tłuczeń podbudowy musi zostać dobrze ubity przez przejeżdżające auta. Mamy dzięki temu trochę dodatkowych emocji i spada nam tempo, ale i tak ok. 17tej udaje nam się dobić do granicy. Odprawa przebiega wyjątkowo sprawnie i pół godziny później raźno odwijamy w kierunku oddalonego o jakieś 250km Tbilisi.</p>
<h2>ROZDZIAŁ 2 : GRUZJA, W OPARACH ABSURDU</h2>
<p>Pierwsze kilkadziesiąt km od granicy to piękna, kręta, prowadząca wzdłuż górskiej rzeki droga do Borjomi. To jest dokładnie to Borjomi, z którego pochodzi słynna gruzińska woda mineralna, a droga jest pierwszą z wielu najwspanialszych, przynajmniej moim zdaniem, dróg motocyklowych świata, które będziemy jeszcze pokonywać podczas tego pobytu w Gruzji. Zdecydowanie polecam.<br />
Do stolicy docieramy o zmierzchu. Miejscowy ruch, na pierwszy rzut oka dość chaotyczny, w rzeczywistości jest jednak płynny i przewidywalny pod warunkiem jednak dostosowania się do stylu jazdy miejscowych, czyli w skrócie: dżygit style. Po prostu trzeba zapi…ć. Szczepan doskonale się do owego stylu dostosowuje a my, próbując nie zgubić go z oczu w gęstniejącym szybko mroku, łykamy dzielnie zwiększoną dawkę adrenaliny i wkrótce, trochę tylko błądząc, docieramy pod znany nam adres hostelu prowadzonego przez Saszę Russetskyego. Jest blisko godz. 22giej, a nasza grupa samochodowa zamiast czekać na nas z kolacją włóczy się gdzieś po mieście i to w dodatku w miejscach poza zasięgiem sieci komórkowej, Sasza też gdzieś wyjechany, hostel zamknięty na głucho. Nie namyślając się długo wysyłamy dwuosobową delegację do znajdującego się nieopodal sklepu winiarskiego i wkrótce, stojąc na ulicy w zakurzonych ubraniach, przy brudnych, zdrożonych motocyklach, raczymy się przedniej jakości gruzińskim winem z otrzymanej w gratisie glinianej czarki. Klimat bezcenny, za wino zapłacone mastercard :)<br />
Nasza grupa samochodowa w końcu się zjawia i niedługo później zasiadamy przy stole zastawionym lokalnymi przysmakami, wśród których honorowe miejsce znajdują pokaźnych rozmiarów butle z winem. Dołącza do nas Sasza (nie właściciel hostelu tylko wysłany przez niego kierowca) i zaczyna się prawdziwa gruzińska supra z nieodłącznymi przy tej okazji długimi toastami, których wymyślanie przychodzi nam zdumiewająco łatwo. Po kilku pierwszych rundach Sasza wyciąga z ukrycia prawdziwy byczy róg przerobiony na kielich. Naczynie owo ma dwie zasadnicze cechy – pojemność tak na oko sięgającą 250-300ml (dobra szklanka) i brak możliwości odstawienia bez uprzedniego opróżnienia do dna. Mi przypada picie za dwie osoby, gdyż moja osobista małżonka owszem – toasty wygłasza, ale ich spełnianie zrzuca radośnie na męża. Co ja mogę? Co ja mogę? Mężnie podejmuję wyzwanie, ale nawet najdzielniejszy dżygit w końcu musi polec. Odpadam chyba jakoś w okolicach północy, a następnego dnia budzę się skoro świt ok. południa. Dziwna rzecz – co prawda w głowie nadal mi szumi, podłoga nieco chwieje się pod nogami, ale nie mam żadnych innych objawów typowych dla kaca, że tak powiem po-winnego. Znaczy się to wino jednak bardzo dobre jest. Po takiej ilości wypitego trunku zakupionego w Polsce wymagałbym zapewne detoxu, a tutaj bez większego problemu jestem w stanie przejść się do restauracji na śniadanie. Gruzja to jednak piękny kraj!<br />
Korzystając z tego, że reszta grupy jeszcze odsypia trudy wieczornej supry, Szczepan zabiera się za serwis motocykla, a ja z Olą idziemy zwiedzać miasto. Jestem tutaj drugi raz w życiu i do tej pory nie miałem okazji nic zobaczyć – czas najwyższy to nadrobić. Łapiemy taxi i za całe 3 Lari wkrótce lądujemy w centrum miasta.<br />
Tbilisi jest miastem nierównym. Nierównym w takim sensie, że obok super nowoczesnych budowli stoją ledwie trzymające się kupy rudery, pięknie odrestaurowane kamienice sąsiadują z potwornie zaniedbanymi, na ulicach można zobaczyć najnowsze Porsche Cayenne obok starego Żiguli czy Zaporożca. Miasto podnosi się z komunistycznego zaniedbania, odnowiona i pięknie podświetlona w nocy jest starówka, na wzgórze z twierdzą Narikala i pomnikiem Matki Gruzji można wjechać nową kolejką gondolową, co krok spotyka się jakąś budowę albo remont, ale widząc podejście Gruzinów do pracy chyba nie należy się spodziewać błyskawicznych efektów. Delikatnie rzecz ujmując – robota w rękach im się nie pali. Całkiem normalna jest sytuacja, kiedy nowy elegancki budynek otoczony jest kompletnie niezagospodarowanym terenem pozostawionym po zapleczu budowy, a wokół leniwie snuje się kilku robotników. Przechodniom zdaje się to zupełnie nie przeszkadzać – z filozoficznym spokojem skaczą nad wykopami i przedzierają się przez pryzmy gruzu, aby kilka metrów dalej wejść na elegancko wykończony plac, na którym spotkać można korowód barwnych postaci w tradycyjnych gruzińskich strojach świętujących zaślubiny młodej pary. Siadamy z Olą w pobliskiej kawiarence z zamiarem wypicia szybkiej kawki – zaraz, zaraz, jakiej szybkiej?! Przecież jesteśmy w Gruzji! Tu czas płynie inaczej. Kelner podchodzi do nas co prawda prawie natychmiast, ale na zamówioną kawę i ciastko przychodzi nam czekać niemal pół godziny. Biorąc pod uwagę, że liczba gości w kawiarni odpowiada mniej więcej liczbie personelu jest to wynik godny odnotowania. W standardach ogólno-unijno-europejskich dawno by mnie szlag trafił i poszedłbym do innego lokalu. Tutaj to obijanie się jest tak pełne wdzięku i niewymuszonej swobody, że człowiek szybko łapie luz w tylnej części ciała i przestaje się takimi detalami przejmować. Wypijamy kawkę, sms od Damiana informuje, że Szczepan ogarnął już usterkę, także czas najwyższy zbierać się z powrotem do hostelu. Podchodzimy do z całą pewnością dawno już pełnoletniego forda fiesty z kogutem taxi na dachu, pokazujemy wypisany na kartce adres i pytamy się niemłodego już kierowcy za ile nas tam zawiezie. Ten najpierw każe sobie to przeczytać na głos po czym on i jego stojący nieopodal koledzy nagradzają salwą śmiechu moje niezbyt udolne próby właściwego wymówienia nazwy ulicy Tsinamdzgwrishwili.<br />
- 10 Lari – pada w końcu odpowiedź<br />
- Oczień mnogo<br />
- Skolko wy dajetie?<br />
- 5 Lari<br />
- Eto mało<br />
- Pojdziom poiskajem drugoje taxi<br />
- Charaszo, 7 Lari!<br />
Zgadzamy się wiedząc, że to i tak za dużo, ale dziadek i jego stara fiesta mają taki fajny klimacik, że w sumie można trochę do tego dopłacić.<br />
Nasz dzisiejszy cel to wykuty w skałach monastyr David Garedża w górach Kachetii jakieś 120 km od Tbilisi przy samej granicy z Azerbejdżanem. Ustalamy zasadę, że motocykle jadą pierwsze, jeep zaraz za nami, do granic miasta jedziemy spokojnie razem, a dalej odwijamy i czekamy na grupę samochodową na kolejnym rozwidleniu dróg. Jak zwykle Szczepan prowadzi i tylko drobnym utrudnieniem okazuje się być fakt, że składając do kupy tylne oświetlenie pomerdały mu się kabelki i teraz kierunkowskazy migają mu po przekątnej motocykla – tzn. jak z przodu ma lewy to z tyłu prawy i na odwrót. W zasadzie nikogo to nie dziwi – w końcu jesteśmy w Gruzji. Tak samo jak niczym dziwnym nie jest jadący równolegle z nami lewym pasem pod prąd Gruzin (auto ma kierownicę z prawej strony) i wypytujący nas przez otwarte okno skąd i dokąd jedziemy, czy podoba nam się Gruzja, co już widzieliśmy, itp. Całkiem naturalne jest również, że w pewnej chwili wyprzedza go Transit jadący jeszcze bardziej po lewym pasie i jeszcze bardziej pod prąd – przecież z prawej się nie dało, bo tam akurat dwóch kolejnych dżygitów – jeden z kierownicą po prawej, a drugi z kierownicą po lewej – postanowiło się zatrzymać ‘burta w burtę’ i pogadać wypalając przy okazji papieroska. Kompletny opad szczęki wywołuje u mnie zawodnik przechodzący przez ulicę bezpośrednio przed nami – wydaje się, że za chwilę dostanie strzał Transitem, a ten tylko wygina się zgrabnym i płynnym ruchem niczym Jim Carrey w filmie ‘Maska’, lusterko furgonetki mija jego nos na grubość lakieru i gość z pełnym spokojem idzie dalej. Ot, Gruzja!<br />
Cały dzień mocno wieje – mocno, tzn. jakieś 70km/h. A skąd wiemy, że akurat tyle wieje? Po prostu jak na krętej drodze zdarza nam się jechać z wiatrem to właśnie przy takiej prędkości wrażenie jest takie jakby wiatr ustał zupełnie. Krajobraz wokół nas jest niesamowity – po horyzont łagodne, porośnięte stepem pagórki, po niebie pędzą grupy ołowianych chmur i widać, że wokół nas co i rusz leje. Nam póki co udaje się jazda na sucho, ale w pewnym momencie podejmujemy jednak decyzję o przebraniu się w deszczówki – mokro co prawda nie jest, ale przynajmniej będzie nieco cieplej. Jeśli ktoś nigdy nie próbował założyć ortalionu na 70-cio kilometro-na-godzinnym wietrze to serdecznie polecam – niezły ubaw. Do David Garedża mamy jeszcze kilkanaście km kiedy wjeżdżamy do ponuro wyglądającej miejscowości Udabno. Wieś wygląda jak po jakiejś epidemii albo ataku zombie – większość domów stoi opuszczona, straszą puste oczodoły okien i drzwi, szary, odrapany beton. Wrażenie potęgowane jest jeszcze przez fakt, że praktycznie wszystkie domy zbudowane są z wielkich prefabrykowanych betonowych bloków. Od razu widać, że to radziecka myśl gospodarcza postanowiła kiedyś w tym miejscu stworzyć kołchoźniczy raj na ziemi, tylko jak zwykle nie do końca im to wyszło. W pewnym momencie oczom naszym ukazuje się zdumiewający, kompletnie surrealistyczny widok – na tym bezludziu, wśród wichrowych wzgórz jeden z owych betonowych, że tak to określę, blokhausów jest pomalowany na biało, w otworach okiennych i drzwiowych ma zamontowane eleganckie niebieskie okiennice, pokryty jest nowym dachem a nad wejściem łopota na wietrze afisz z dumnym napisem Oasis Club.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/DSC_3115.jpg" rel="lightbox[1523]" title="Gruzja 2014"><img class="alignleft size-full wp-image-1531" alt="DSC_3115" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/DSC_3115.jpg" /></a></p>
<p><strong>Oasis Club Udabno</strong></p>
<p>Zatrzymujemy się, wchodzimy do środka i chwilę później wycie wiatru zagłusza łoskot naszych szczęk opadających na podłogę:<br />
- Dzień dobry<br />
- A dzień dobry, tylko wieje troszkę, ale jeszcze 3 dni i przestanie. Witam, Ksawery jestem.<br />
Polak! Za barem stoi nasz rodak, który jak się wkrótce okazuje razem ze swoją dziewczyną Anią drugi sezon prowadzą w tym miejscu knajpę. Podróżując kiedyś po tych terenach stwierdzili, że na całej drodze do turystycznego miejsca jakim jest David Gareji nie ma żadnego miejsca, w którym można by się zatrzymać i napić herbatki lub zjeść coś przyzwoitego. A że akurat byli na etapie poszukiwania swojej nowej drogi życiowej postanowili, że równie dobrze tą drogą może być knajpa na tym pustkowiu. Kupili kawałek terenu ze zrujnowanym domem, wyremontowali, otworzyli klub i najwyraźniej całkiem nieźle im to wychodzi. Żyją sobie spokojnie, po gruzińsku, okoliczni ludzie (pomimo wrażenia kompletnego bezludzia mieszka tu jednak kilkaset osób) zaopatrują ich w znakomite sery, pieczywo, tudzież inne regionalne produkty i biznes powolutku się kręci. Z naszej perspektywy wygląda to jak kompletnie bezstresowy sposób na życie. Pewnie nie do końca tak jest i jak wszyscy mają swoje problemy dnia codziennego, ale na nasz prywatny użytek niech to wrażenie pozostanie.<br />
Ksawery proponuje nam nocleg na sali jadalnej, na co oczywiście z chęcią przystajemy – rozbicie namiotów w tych warunkach byłoby z pewnością większym wyzwaniem niż ubranie ortalionu. Motocykle parkują w sali barowej i nasza dziewięcioosobowa ekipa wkrótce obejmuje we władanie cały lokal. Szczepan przystępuje do kolejnego serwisu oświetlenia z mocnym postanowieniem, że tym razem wszystko powinno zadziałać jak należy. Pozostałe motocykle wprost oblepione są miejscowymi dzieciakami, dla których nasz przyjazd stanowi nie lada atrakcję. W kącie sali jadalnej siedzi ciuchutko i tak jakoś nieśmiało jeszcze jeden gość – przyjechał tutaj na rowerze i teraz uważnie studiuje mapę nie odzywając się ani słowem. Tymczasem na naszym stole zaczynają lądować lokalne przysmaki serwowane przez Ksawerego, rozlewamy wino i zaczynamy kolejną suprę. W pewnym momencie kolację przerywa nam niesamowita poświata – to wiatr rozgonił chmury i cała okolica w jednej chwili oblana zostaje ciepłym blaskiem zachodzącego słońca. Wszyscy rzucamy się na zewnątrz z aparatami fotograficznymi. Takie światło często się nie zdarza, jest po prostu bajkowo-wichrowo. Nierzeczywistości obrazu dopełnia Mercedes CLK (tzw. okularnik coupe), który kręcąc wiraże po okolicznych wzgórzach spędza krowy z pastwisk do wioski. Ot, Gruzja!</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/DSC_3143.jpg" rel="lightbox[1523]" title="Gruzja 2014"><img class="alignleft size-full wp-image-1532" alt="DSC_3143" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/DSC_3143.jpg" /></a></p>
<p><strong>Bajkowo-wichrowe krajobrazy Udabno</strong></p>
<p>Na zewnątrz wychodzi również nasz nieznajomy rowerzysta i próbując coś do nas zagadać doznaje szoku, który prawdopodobnie pozostanie mu na dłużej. Facet okazuje się Hiszpanem i niech czytelnik spróbuje sobie wyobrazić jego zdumienie, gdy okazuje się, że czworo z tych 9 rozbawionych Polaków spotkanych na gruzińskim zadupiu zaczyna z nim płynnie rozmawiać w języku Pabla Picassa, Salvadora Dali i Antonio Banderasa. Ot, Gruzja! Tu wszystko jest możliwe :)<br />
Zapomniałem napisać, że Oasis Club ma jeszcze jednego stałego mieszkańca – jest nim Francuz o niemożliwym dla mnie do zapamiętania imieniu, który jakiś czas temu przyjechał do Gruzji na rowerze. Rower mu ukradli i takiego pozbawionego środka transportu przygarnęli pod swój dach Ania i Ksawery. Facet wygląda jakby dopiero co przyjechał z festiwalu Woodstock i jego również zatyka z wrażenia gdy Szczepan i Biedrona nagle przemawiają do niego znakomitym francuskim :). Cóż, my Polacy wszędzie czujemy się jak u siebie (kto nie wierzy, tego odsyłamy do opisu rozmowy z Belgiem napotkanym w zeszłym roku na granicy estońsko-rosyjskiej)! Zapada zmierzch, Hiszpan gdzieś znika więc zamykamy okiennice i ucztujemy dalej z czasem przenosząc się pod bar, gdzie Ksawery częstuje znakomitym winem i miejscową chachą, a motocykle znakomicie sprawdzają się w roli stołków barowych. Późno w nocy palety normalnie służące za ławy przy stołach zostają rozłożone na podłodze, przykryte materacami i w ten sposób powstaje super łoże bez problemu mieszczące całą naszą dziewiątkę. Szarpane przez wichurę okiennice w miarę możliwości zastawiamy stołami i uszczelniamy czym tylko się da i w ten sposób mniej więcej do wysokości 50cm ponad poziomem podłogi udaje się uzyskać względnie osłonięte od wiatru miejsce do spania. Mamy jeden z najbardziej klimatycznych noclegów podczas całej wyprawy.<br />
Nazajutrz rano na śniadanko wraca Hiszpan. Okazało się, że wziął rower i zjechał kawałek ze wzgórza, za jakimś zrujnowanym domem znalazł miejsce osłonięte od wiatru i spędził noc pod namiotem. Twardziel z niego. Szacun. Wiatr ani na moment nie ustaje. Wieje tak silnie, że Gadżet zaraz po wyjechaniu z wnętrza Oasis Clubu zalicza glebę – ustawił się bokiem do wiatru i po prostu go wywróciło. Kolejne motocykle wyjeżdżają już znacznie ostrożniej. Ja ze zdumieniem spostrzegam, że licznik przebiegu dziennego w moim Valcu pokazuje równo 100 mil więcej niż poprzedniego wieczora. Ki czort?! Jakiś wietrzny duch gór zrobił sobie w nocy przejażdżkę na moim motocyklu? Ksawery twierdzi, że tutejsze dzieciaki są niezwykle pomysłowe i to pewnie one coś namieszały, ale szczerze mówiąc nie mam pojęcia w jaki sposób miałyby to zrobić. Uniesienie przedniego koła w Valkyrii bez podnośnika, żeby sobie nim pokręcić i nabić przebieg na liczniku raczej wykracza poza możliwości dziecka. Cóż, pozostaję przy swojej wersji o duchu gór i postanawiam nie zawracać sobie tym więcej głowy.<br />
Dawid Garedża to cały kompleks wykutych w skale klasztorów, z których część znajduje się na terenie dzisiejszego Azerbejdżanu. Ich początki sięgają VI w. a największy rozwój miał miejsce w wiekach XI-XIII. Na przestrzeni dziejów klasztory wielokrotnie były napadane i rabowane, co ostatecznie przyczyniło się do ich upadku. Przez większość XIX i XX wieku monastyr był niezamieszkany. Mnisi powrócili do obiektów znajdujących się po stronie gruzińskiej dopiero w latach 90tych XX wieku. O część znajdującą się na terenie Azerbejdżanu oba państwa toczą spór. Podobno dla Azerbejdżanu te tereny mają znaczenie strategiczne. Na czym owa ‘strategiczność’ polega? Diabli ich tam wiedzą – jest to niemal kompletne pustkowie, piękne krajobrazy, stosunkowo niewysokie góry dość łatwe do przejechania i przy dzisiejszej technice chyba też łatwe do monitorowania. Ani tam nic do zdobycia ani nic do ukrycia. Może chodzi o bliskość Tbilisi? Wieczorem, gdy zaświecą się światła miasto pięknie widać na horyzoncie. Nie wiem, nie znam się na wojskowych strategiach, ale chciałbym dożyć czasów, kiedy one wszystkie wylądują tam gdzie powinny czyli w koszu, a ich miejsce zajmie filozofia swobodnego podróżowania ograniczonego jedynie fantazją podróżnika.<br />
Zwiedzamy jeden z klasztorów położony kilkanaście km od wioski Udabno i rzecz jasna pierwsi ludzie spotkani w okolicy klasztoru to Polacy. Opowiadają, że też jeżdżą na motocyklach, ale tak daleko to jeszcze się nie odważyli, więc serdecznie ich namawiamy, żeby jednak spróbowali bo przygoda tego warta.<br />
Trzeba przyznać, że miejsce robi duże wrażenie. Klasztor jest częściowo wykuty w skale a częściowo zbudowany z kamienia, otoczony warownym murem – widać, że spokojnie to się tu nie żyło. Nikt tu jeszcze nie wpadł na pomysł łupienia turystów, więc parking i zwiedzanie klasztoru są za darmo. Mnisi prowadzą jedynie niewielki sklepik z pamiątkami. Być może za kilka lat się to zmieni, ale póki jest tak jak jest, także warto skorzystać i odwiedzić to miejsce.<br />
Wychodząc z klasztoru naszą uwagę przyciąga przedmiot zgoła nie pasujący do otoczenia – obok zabudowań leży spora łódź. Coś jakby szalupa z większego statku. Niby nic takiego, ale tu wszędzie naokoło sucho jak pieprz, żadnej kałuży nie mówiąc już o większym akwenie, a krypa wydaje się dość ciężka. Skąd toto się tu wzięło i po co? Do głowy przychodzi mi skojarzenie ze słynną historią o tym jak to nasi Górale po pijaku wtargali na Giewont syrenkę czy też innego malucha. Tu też góry, też górale, a i pić potrafią tęgo…<br />
Po zwiedzeniu klasztoru zajeżdżamy jeszcze na herbatkę do Oasis i ruszamy dalej. Dzisiaj mamy w planie dojazd do miejscowości Shatili położonej w górach Chewsuretii jakieś 140km od Tbilisi i zaledwie ok. 4 km od granicy z Czeczenią. Szczepan zapowiada, że będzie okazja przejechać się piękną drogą, na której spokojnie można zdjąć kask i poczuć wiatr we włosach. Zapowiada się ciekawie tym bardziej, że Chewsurowie zamieszkujący te okolice to podobno potomkowie rycerzy krzyżowych, którzy jeszcze na przełomie XIX i XX w używali kindżałów, szabel, skałkowych pistoletów a nawet kolczug jak ze średniowiecza (zainteresowanych tematem odsyłam np. <a href="http://docs7.chomikuj.pl/1324275149,PL,0,0,w-zbrojowni-wojownik%C3%B3w.rtf ">tutaj</a>).<br />
Kilka godzin później zjeżdżamy z głównej trasy (notabene jest to słynna gruzińska Droga Wojenna) i otwiera się przed nami trakt gorszej jakości, ale za to z przepięknymi widokami na góry i zalew utworzony na górskiej rzece. Zalesione zbocza wyrastające wprost z turkusowej wody i ta przestrzeń! Coś wspaniałego, po prostu cudowny widok. Dla takich miejsc warto przejechać te kilka tysięcy km. Zgodnie z zapowiedzią zdejmujemy kaski i w drogę. Fajnie się jedzie z wiatrem we włosach, ale jak dla mnie to tak mniej więcej do 30-40km/h. W momencie, kiedy trochę przyspieszamy zaczynam się czuć niezbyt komfortowo i przy najbliższej okazji kask znowu ląduje na swoim miejscu. Damian robi tak samo, a Szczepan i Sławek twardo jadą dalej z gołymi głowami. Robimy krótki popas nad rzeką dla uzupełnienia płynów i kalorii, Marcin wypróbowuje wędki, które targa ze sobą z Polski, ale bez sukcesów. GPS Gadżeta pokazuje, że do celu mamy jeszcze niecałe 100km i będziemy tam za jakieś 4,5 godziny. Co?! 100km w ponad cztery godziny? Chyba mu się jakieś obwody od wybojów poluzowały.<br />
Wkrótce okazuje się, że GPS chyba jednak ma rację. Droga staje się coraz mniej drogą, a coraz bardziej szlakiem górskim. Asfalt znika zupełnie i zaczynamy wspinać się szutrowymi serpentynami coraz wyżej i wyżej. Droga co jakiś czas przecinana jest rwącymi strumieniami. Przed pierwszym czuję się trochę niepewnie – w końcu obładowaną sakwami Valkyrię trudno nazwać sprzętem enduro. W praktyce przejazd przez strumień okazuje się nie taki znowu trudny i kolejne pokonuję coraz pewniej. Znowu otwierają się przed nami obłędne widoki. Pomimo, że dawno przekroczyliśmy barierę 2 tys. m npm zbocza są ciągle zielone – zupełnie inaczej niż u nas, gdzie na tych wysokościach to już prawie same skały i rachityczna kosodrzewinka. Tutaj wydaje się jakby góry były pokryte miękkim, zielonym suknem. Najwyższym punktem zaliczonym przez nas tego dnia jest przełęcz Datwis Dżwari na wysokości 2680 m npm. Do tej pory było względnie łatwo, ale teraz zaczyna się zjazd – dokładnie taką samą szutrową, miejscami błotnistą, krętą i poprzecinaną strumieniami drogą. Peleton trochę nam się rozciąga, Valkyrie wysuwają się naprzód, Damian na GSie kawałek za nami, a Gadżet zniknął gdzieś dalej. Co jakiś czas zatrzymujemy się, żeby poczekać na chłopaków. Podczas jednego z takich postojów okazuje się, że Gadżet zagapiwszy się na piękne widoki trochę za mocno przyhamował przodem i zaliczył kolejną podczas tego wyjazdu glebę. Efekt – zbity kierunkowskaz i więcej rys na owiewce. Gadżet cały i to najważniejsze.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/IMG_2871.jpg" rel="lightbox[1523]" title="Gruzja 2014"><img class="alignleft size-full wp-image-1536" alt="IMG_2871" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/IMG_2871.jpg" /></a></p>
<p><strong>Wysokość 2680 m npm, przełęcz Datwis Dżwari</strong></p>
<p>W pewnym momencie natykamy się na stado krów, psa, osła i dwóch pasterzy – całe to towarzystwo skutecznie tarasuje drogę. Smaczku dodaje fakt, że sytuacja ma miejsce na wyjątkowo stromych serpentynach pokrytych luźnym, drobnym szutrem. Zatrzymanie w takim miejscu ważącego ponad 400kg motocykla dziobem do dołu to nie lada wyzwanie. Już łatwiej jest jechać. A więc jedziemy, a krowy i osiołek przed nami – najpierw stępa, potem kłusem aż w końcu przechodzą w regularny galop. Pomimo napinki spowodowanej trudnym zjazdem nie mogę powstrzymać się od śmiechu widząc Szczepana na Valkyrii pędzącego przed sobą stado krów i objuczonego osiołka, który (biedaczysko) również dzielnie galopuje mało juk nie zgubi. Widział kto kiedy osła w galopie?!? My tak! W końcu na jednej z kolejnych agrafek trzoda zatrzymuje się na zewnętrznej, a nam udaje się wysforować do przodu. Jeszcze 2-3 km i dobijamy do Shatili. Kilka fotek pod znakiem z nazwą miejscowości i jedziemy szukać kwatery. Przejazd zajął nam dobre cztery godziny albo i więcej i wkrótce zacznie się zmierzchać, więc sprawa noclegu ma teraz pierwszorzędne znaczenie.<br />
Po raz kolejny okazuje się, że w Gruzji nocleg jest ostatnią rzeczą, o którą należałoby się martwić – chwilę później trafiamy na barak zbudowany z ledwo co ociosanych pniaków z napisem Hotel. Obok stoi całkiem przyzwoity dom, a na ganku siedzi gospodarz i przygląda nam się z filozoficznym spokojem. Oczywiście okazuje się, że akurat pełnego obłożenia nie ma i miejsce dla naszej dziewiątki się znajdzie. Poza barakiem z napisem hotel, który okazuje się być jadalnią, jest jeszcze jeden trochę większy, zbudowany w identyczny sposób. Patrząc z zewnątrz człowiek na pierwszy rzut oka spodziewa się spania na klepisku w najlepszym wypadku podesłanym nieco sianem, a tu Zonk! – okazuje się, że barak podzielony jest na trzy sypialnie, wyposażone w normalne łóżka z czyściutką, pachnącą pościelą, jest normalna ubikacja, prysznic i bieżąca woda. Ciepła! Gospodarz mówi, że w tym roku jesteśmy już trzecią grupą bajkerów z Polski, którzy u niego nocują. Z roku na rok ruch tutaj coraz większy, chętnych na nocleg przybywa więc i on się rozwija – po drugiej stronie drogi buduje kolejny dom z pokojami gościnnymi. Tylko na zimę wyjeżdża, bo przetrwanie w odciętej od świata miejscowości w zimie łatwe nie jest – droga jest nieprzejezdna przez mniej więcej pół roku i do Shatili można dostać się tylko pieszo, konno albo śmigłowcem (przy czym pierwsze dwie możliwości raczej czysto teoretycznie). Dzień kończymy tradycyjnie, czyli suprą. Gospodarze podają przepyszne młode ziemniaczki zapieczone w mundurkach, sałatkę z pomidorów i chaczapuri – najlepsze jakie mamy okazję skosztować podczas całej naszej wyprawy. Do tego oczywiście wino, chacha o mocy paliwa lotniczego i gruzińskie toasty. Cudowny kraj! :)<br />
Nazajutrz rano po sutym śniadaniu idziemy zwiedzać Shatili. A jest co zwiedzać – wioska pochodzi z okresu XII wieku i składa się z kilkudziesięciu obronnych wież połączonych ze sobą ścianami, pomostami i systemem chodników w rodzaj twierdzy położonej na stromym zboczu wpadającym wprost do potoku. Każda z wież należy do innej rodziny. Dzisiaj nikt w wieżach już nie mieszka – ludzie przenieśli się do wygodniejszych, nowocześniejszych domów, ale ciągle jest możliwość zanocowania w niestandardowych warunkach. Na ścianie jednej z wież dostrzegamy szyld z napisem Hostel i numerem telefonu. Większość wież jest otwarta i można swobodnie do nich wchodzić, eksplorować i wyobrażać sobie jak żyli tu ludzie od średniowiecza do połowy XX w. Miejsce jest nieprawdopodobnie klimatyczne i na mojej prywatnej liście wartych odwiedzenia zajmuje od teraz jedną z czołowych lokat.<br />
Niestety czas szybko mija a my tego dnia planujemy jeszcze dojechać do Vardzi, tak więc najwyższa pora ruszać w drogę powrotną. Żegnamy się z naszym gospodarzem i w ramach powtórki z rozrywki pokonujemy tą samą drogę co wczoraj, tylko w przeciwnym kierunku. Na przełęczy Datwis Dżwari wprawiamy w osłupienie japońskich turystów nie tylko naszymi motocyklami, ale również widokiem Gadżeta pochylonego nad laptopem rozłożonym w otwartym kufrze – biedak zapomniał zgrać filmy z dnia poprzedniego i zabrakło mu miejsca na karcie więc teraz szybko to nadrabia. Miny Japończyków – bezcenne. Utwierdzamy się w przekonaniu, że jesteśmy wspaniali – pokonaliśmy taką drogę na motocyklach. I to na jakich! Na ciężkich maszynach turystycznych, których twórcom nawet się nie śniło, że ktoś może na nich próbować offroadu. To uczucie trwa przez kolejne… kilkadziesiąt metrów w dół, kiedy to mijają nas jadące w przeciwną stronę busiki pełne turystów. Prowadzący je Dżygici wystawiają przez okna w naszą stronę aparaty fotograficzne i pokazują uniesione kciuki w geście uznania, ale prawdę mówiąc Transit pełen turystów na tej drodze i na tej wysokości jest tak samo dziwnym zjawiskiem jak obładowana Valkyria.<br />
Kilka godzin później już bez żadnych przygód dojeżdżamy z powrotem do Drogi Wojennej i uderzamy w kierunku na Tbilisi. W samym mieście troszkę błądzimy, ale w końcu udaje nam się wyjechać we właściwym kierunku. Przed nami kolejna z najwspanialszych tras motocyklowych świata znajdująca się w Gruzji – trasa z Tbilisi do Vardzi. Bardzo dobry asfalt, setki zakrętów i górzysty krajobraz z przepięknymi widokami – serdecznie polecam każdemu motocykliście, na pewno nie będzie żałował. Po drodze licznik w mojej Valkyrii postanawia odmówić dalszej współpracy – pomimo znacznej prędkości wskazówka w pewnym momencie spada do 0, a licznik przebiegu staje w miejscu. Jak się później okaże, przyczyną jest ukręcona linka. Jesteśmy oczywiście zabezpieczeni na rozmaite okoliczności i wieziemy ze sobą trochę części zamiennych, zwłaszcza takich, które już kiedyś podczas różnych wyjazdów nawalały, ale tego typu awarii nikt się nie spodziewał, więc zapasowej linki nie ma. No cóż, po prostu mój motocykl nieco wolniej się zestarzeje i będzie miał kilka tysięcy mniejszy przebieg. W Gruzji i takie cuda są możliwe :)<br />
Tymczasem dojeżdżamy do Vardzii. Namioty rozbijamy w tym samym miejscu co dwa lata temu – przy knajpie nad rzeką dokładnie naprzeciwko skalnego miasta. Obejmujemy we władanie wiatę postawioną bezpośrednio nad wodą i zamawiamy kolację. Na stół wjeżdża jak zwykle doskonała sałatka z pomidorów i cebuli, szaszłyki zrobione z jednego z tych szczęśliwych prosiąt, co to je mijaliśmy dzisiaj brykające na drodze, khinkali, piwo i nieodłączna chacha. Wstajemy, a właściwie wytaczamy się zza stołu najedzeni jak bąki – pora na dzisiejszą atrakcję dnia, którą nazwałbym ‘w oparach absurdu’.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/DSC01099.jpg" rel="lightbox[1523]" title="Gruzja 2014"><img class="alignleft size-full wp-image-1535" alt="DSC01099" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/DSC01099.jpg" /></a></p>
<p><strong>Vardzia, w oparach absurdu</strong></p>
<p>W tym rejonie znajdują się gorące lecznicze źródła siarkowe, z których jedno ukryte jest przed wzrokiem ciekawskich w rozpadającej się, postradzieckiej szopie na brzegu rzeki nieopodal naszej knajpy. Nasz gospodarz dysponuje kluczem do tego przybytku i za 3 Lari od głowy udostępnia nam go na wyłączność na tak długo jak tylko mamy ochotę. Dwa lata temu, kiedy byliśmy tutaj z bratem po raz pierwszy, szopa była zamknięta na kołek i kto o tym wiedział mógł tam wejść i korzystać do woli za darmo. Rok temu Szczepan z Tommym musieli już prosić o klucz gospodarza, ale ciągle było za darmo. W tym roku już trzeba płacić – symbolicznie, ale jednak i póki co nie ma limitów czasowych. Jeśli ktoś chciałby tego popróbować to niech się spieszy, bo za kilka lat najprawdopodobniej cena będzie w Euro (i na pewno nie będzie to 3 Euro) i ustanowiony zostanie limit czasu. Na razie jednak korzystamy z prywatnego SPA o standardzie tysiąca gwiazd. Całą dziewiątką wskakujemy do basenu, odbijamy kolejne butelki wina, które szybko staje się grzańcem. Na zewnątrz robi się mocno chłodno, a woda w basenie ma tak na oko ze 600 C – wokół nas unoszą się siarkowe opary, w głowach szumi wino, a nad głowami przez wielką dziurę w dachu widać rozgwieżdżone niebo. Normalnie w oparach absurdu! Nasze śpiewy jeszcze długo niosą się w noc…<br />
Z samego rana, skoro świt około południa dnia następnego gramolimy się z namiotów i po śniadaniu Szczepan przystępuje do kolejnego serwisu swoich świateł, a reszta ekipy powoli zbiera się do zwiedzania skalnego miasta. Postanawiamy, że zostaniemy w Vardzii na kolejną noc, więc jeszcze przed wyjściem idę do pobliskiego hotelu, żeby wynająć pokój z łazienką dla podniesienia komfortu pobytu zwłaszcza dla naszych pań, chociaż i męska część ekipy nie ma nic przeciwko skorzystaniu z normalnego kibelka i prysznica. Jeszcze tylko drobne zakupy u naszego gospodarza…<br />
- Szef, mnie nużno butyłeczku czaczy, dla zdarowija :)<br />
… i idziemy zwiedzać Vardzię. To skalne miasto założone w XIIw. Jest jednym z najbardziej znanych zabytków w Gruzji. W czasach jego świetności system korytarzy i pomieszczeń wydrążonych we wnętrzu góry był w stanie pomieścić nawet do 50 tys mieszkańców. Mieli oni do dyspozycji kościoły, prawdziwe wielopoziomowe mieszkania z piwnicami na wino, stajnie, biblioteki, a nawet system wodociągowy i kanalizacyjny. Cały ten labirynt był kompletnie niewidoczny z zewnątrz, a do miasta prowadziły ukryte nad brzegiem rzeki zamaskowane wejścia. Kres tej niesamowitej budowli przyniosły liczne trzęsienia ziemi, które spowodowały obsunięcie się znacznej części zbocza i odsłoniły miasto, a zagłady dopełniły najazdy tureckie i mongolskie. Do dzisiaj zachowały się jedynie fragmenty – część udostępniona jest do zwiedzania, a część zajęta jest przez mnichów i tam wstęp dla turystów jest zakazany. Zwiedzając poszczególne jaskinie można się domyślać gdzie była kuchnia, gdzie salon, sypialnia, spiżarnia, a gdzie piwniczka na wino. Znajdujemy również kilka bardzo klimatycznych miejsc do degustacji chachy – np. piwniczkę z zachowaną glinianą stągwią, czy też pomieszczenie wyglądające na kuchnię z paleniskiem i specjalnie wydrążonymi w skale otworami do umieszczania na nich garnków. Mijający nas turyści patrzą się trochę dziwnie, ale chyba również z niejaką zazdrością gdy rozstawiamy na skałach aluminiowe kieliszeczki, nalewamy przezroczysty płyn i wznosimy toasty. Wszak jesteśmy w Gruzji i toast jest obowiązkowy więc o co chodzi? <br />
Po zejściu na dół spotyka nas zabawna przygoda. Otóż w kolejce do damskiej toalety stoją dwie starsze panie, które widząc nas zaczynają się po rosyjsku dopytywać skąd jesteśmy, co tu robimy itd. W rozmowie wychodzi, że panie są rosyjskimi Żydówkami, pochodzą z Petersburga a teraz mieszkają w Nowym Jorku. Trochę dziwne wydaje się, że mieszkając w USA nie nauczyły się nie w ząb angielskiego, ale najwyraźniej w swoim środowisku nie miały takiej potrzeby, a nam to w żadnym razie nie przeszkadza. Gdy panie dowiadują się, że przyjechaliśmy do Gruzji na motocyklach z Polski, a w zeszłym roku byliśmy w Petersburgu są wręcz wniebowzięte. Zaczynają opowiadać o swoich wizytach w Polsce w latach 60tych i 70tych, kiedy to śpiewały z chórem na Krakowskim Przedmieściu przy pomniku Mikołaja Kopernika, jaka to Warszawa piękna była, jacy to w Polsce przystojni mężczyźni są… Tak się w tym wspominaniu rozwijają, że w pewnym momencie zapominają po co stały w kolejce i odchodzą razem z nami. Na odchodnym jedna z pań zapewnia, że jakby miała tak ze 30 lat mniej to by się jeszcze z nami przejechała. Takie oto rwanie w Gruzji zaliczają przystojni motocykliści z Polski. Po raz kolejny potwierdza się znana prawda, że za motórem panny sznurem. Tym razem być może te ‘panny’ to troszkę na wyrost powiedziane, ale i tak potwierdza regułę :).<br />
Rzecz jasna wieczorem następuje powtórka ‘oparów absurdu’, chociaż tym razem w trochę lżejszym wydaniu, bowiem następnego dnia czeka nas droga do magnetycznych plaż w okolicach Batumi. Rano robimy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcie na punkcie widokowym z Vardzią w tle i ruszamy. Dystans do zrobienia tego dnia nie jest oszałamiający – niecałe 400km i to po normalnych, asfaltowych drogach. Mamy czas, żeby po drodze zatrzymać się na szaszłyka, zrobić zaopatrzenie na wieczorne ognisko i podumać nad nieprawdopodobną symbiozą panująca w Gruzji pomiędzy kierowcami, a wszechobecną rogacizną. Widok krowy stojącej, leżącej lub niespiesznie drepczącej na środku drogi jest tak samo naturalny jak reakcja mijających ją kierowców. A właściwie kompletny brak jakiejkolwiek reakcji u obydwu stron – krowa widząc pędzący prosto na nią samochód nie rusza się z miejsca, a kierowca-dżygit mija ją na długość rogu z dowolnie wybranej strony nawet odrobinę przy tym nie zwalniając. Jakimś cudem nie dochodzi przy okazji do wielu wypadków. Być może statystyki mówią co innego, ale my podczas całej wyprawy nie widzieliśmy chyba ani jednego auta rozbitego w kolizji ze zwierzęciem. Ot, Gruzja…<br />
Tymczasem dojeżdżamy w pobliże tzw. Magnetików. Koniec języka za przewodnika i odpowiedni zjazd z drogi wskazuje nam napotkany patrol policji. Dojazd do plaży wygląda jak pierwszy lepszy kurort nad Bałtykiem – wszędzie pełno jarmarcznych bud z automatami do gry i górą plastikowej tandety do zabawy nad wodą. Zasadnicza różnica pomiędzy tym miejscem, a plażami w Polsce czy też innym kraju UE polega na fakcie, że najwyraźniej miejscowi nie doszli jeszcze do tego stanu świadomości, który podpowiadałby, że pozostawione po plażowaniu śmieci nie znikają same z siebie. Wszędzie wokół walają się plastikowe butelki, potłuczone szkła, puszki, kapsle, zużyte opony, kartony i co tam jeszcze człowiek jest w stanie przytargać ze sobą na plażę. Wrażenie jest trochę przygnębiające tym bardziej, że wybrzeże samo w sobie jest bardzo ładne, a woda w morzu wygląda na czystą. Piasek jest czarny, ale nad samą plażę dochodzi zieleń, wokół rosną palmy, a zachód słońca odbijający się w morzu wygląda bajkowo. Jedno czego najwyraźniej brakuje w tym miejscu to gospodarz, który zatroszczyłby się o porządek.<br />
Niemniej jednak decydujemy się pozostać w tym miejscu na noc – w końcu ‘twardym trza być nie miętkim’, a plan wycieczki zakładał nocleg nad morzem w namiotach. Porządkujemy kawałek terenu pod obozowisko, rozbijamy namioty i lecimy przekąpać się morzu. Jest fantastycznie, woda ciepła i o dziwo czysta, nie pływają w niej żadne śmieci, a potwierdzenie tej czystości mamy jakiś czas potem, gdy w odległości kilkudziesięciu metrów od brzegu przepływa całe stado delfinów. Po zapadnięciu zmroku zasiadamy przy ognisku i smażąc kiełbaski popadamy w nieco nostalgiczny nastrój – to już prawie koniec naszej wyprawy. Jutro jeszcze tylko przejazd do Batumi gdzie pożegnamy się z grupą samochodową i przed nami pozostanie tylko droga powrotna do Polski.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/DSC_3403.jpg" rel="lightbox[1523]" title="Gruzja 2014"><img class="alignleft size-full wp-image-1533" alt="DSC_3403" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/DSC_3403.jpg" /></a></p>
<p><strong>Magnetyczne klimaty Magnetików</strong></p>
<p>Rano jeszcze ponowna kąpiel w morzu i sprawnie zwijamy manele i ruszamy do Batumi na śniadanie. Nawet jeżeli nie wszyscy chcą to głośno przyznać, każdy po cichu poza śniadaniem marzy o przyzwoitej jakości kibelku. Na plaży co prawda są murowane, elegancko pomalowane na biało sanitariaty z prysznicami i toaletami ale… zamknięte bo jeszcze się sezon nie zaczął. Zaczyna się już niedługo, mniej więcej za tydzień i wtedy otworzą. Do tego czasu należy się wstrzymać ze swoimi potrzebami albo jechać je załatwić gdzie indziej. Efekt tej polityki, pamiętającej zapewne jeszcze czasy sowieckie, widać i czuć w każdych krzakach rosnących w pobliżu plaży. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że w tym aspekcie tak samo jak i w kwestii śmieci Gruzini za jakiś czas dojdą do właściwych wniosków i sytuacja się poprawi bo miejsce ma potencjał i spokojnie mogłoby konkurować z plażami nad Morzem Śródziemnym.<br />
Do Batumi dojeżdżamy sprawnie, znajdujemy obiecująco wyglądającą restaurację nad samym brzegiem morza i wbijamy się do środka. Wybór okazuje się trafny – pyszne śniadanie zjadamy na tarasie z pięknym widokiem na miasto. Potem krótkie pożegnanie i grupy samochodowa i motocyklowa rozjeżdżają się każda w swoim kierunku. Spotkamy się za kilka dni w Polsce.</p>
<h2>ROZDZIAŁ 3 : DROGA POWROTNA CZYLI LINGWISTYKA STOSOWANA W PRAKTYCE</h2>
<p>Po pożegnaniu z grupą samochodową kierujemy się do centrum Batumi. Szczepan dostał zlecenie na zakup jakiejś specjalnej biżuterii, którą podobno można kupić tylko tutaj. Jak mus to mus, kupić trzeba, bo jeszcze chłopa po powrocie do domu nie wpuszczą i któryś z nas będzie musiał go przygarnąć. A w końcu ileż można w swoim towarzystwie przebywać nie mając do dyspozycji gruzińskiego wina, chachy i basenu z wodą termalną?! ;)<br />
Na szczęście sprawa okazuje się stosunkowo prosta i wkrótce Szczepan pozbywa się znacznej ilości gotówki, ale w zamian za to odzyskuje wewnętrzny spokój. Robimy sobie jeszcze krótki postój na sesję zdjęciową przy rondzie Lecha i Marii Kaczyńskich w Batumi i ruszamy w kierunku granicy. Odprawa po stronie gruzińskiej przebiega szybko i sympatycznie, wyluzowani celnicy robią sobie zdjęcia na naszych motocyklach, jak zwykle wypytują skąd jesteśmy, czy nam się Gruzja podoba i zapraszają do ponownych odwiedzin. Dla kontrastu po stronie tureckiej jakiś burak w mundurze kopie mi w rejestrację wrzeszcząc coś łamanym angielskim, że brudna. Efekt jest taki, że blacha specjalnie czystsza nie jest, za to wygięta i telepiąca się na obruszonym stelażu. Pewnie, że brudna matole jeden! – myślę sobie &#8211; ma prawo po prawie 6 tysiącach km we wszystkich możliwych warunkach pogodowych i drogowych! Nie kłócę się jednak, chociaż gul mi chodzi, tylko pokornie przyznaję mu rację i zapewniam, że wyczyszczę. Z doświadczenia wiem, że na granicy lepiej z mundurowymi nie dyskutować, bo w każdej chwili mogą pokazać, kto tu rządzi. W ramach dobrej rady – jeśli ktoś będzie przekraczał granicę turecką, to niech zawczasu przetrze sobie blachy.<br />
Ruszamy ostro dalej, droga jak to w Turcji znakomita, cały czas dwupasmówka, tylko w odróżnieniu od tzw. interioru, gdzie skupiska ludzkie były stosunkowo rzadkie, nad morzem co chwila wpadamy w obszar zabudowany. Trzeba uważać na policję, bo czają się niemal w każdej miejscowości. Co prawda zawsze odpowiednio wcześniej jest znak informujący o kontroli, ale sam punkt obserwacyjny bywa dobrze zamaskowany. Wyjątkową kreatywnością wykazują się w jednym z mijanych miasteczek, w którym policjant po cywilnemu siedzi na przystanku autobusowym i fotografuje auta przecinające skrzyżowanie na późnym żółtym. Używa do tego celu dwóch aparatów – jeden trzyma w ręku a drugi ustawiony ma na koszu na śmieci nieopodal i wyzwalany zapewne z pilota. Wot – tiechnika!<br />
Na jednym z postojów kolega Gadżet potwierdza po raz kolejny trafność nadanej mu ksywki – otóż okazuje się, że uchwyt do kamerki zamocowany do kierownicy motocykla nie wytrzymał trudów podróży i się złamał. Co robi Gadżet? Oczywiście jak gdyby nigdy nic, z pełnym spokojem wyjmuje z kufra zapasowy uchwyt i montuje go w miejsce uszkodzonego! Wpadłby ktoś na to, żeby obok laptopa, aparatu, kamery z pilotem i uchwytem, zapasu kart pamięci, baterii, ładowarek i tysiąca innych gadżetów zabrać do motocykla jeszcze zapasowy uchwyt do kamery, bo a nuż ten podstawowy się złamie?!<br />
Trasa idzie nam sprawnie i miejsce, w którym dwa lata wcześniej korzystaliśmy z ostatniej kąpieli w Morzu Czarnym, i w którym planowaliśmy rozbić się na noc, osiągamy niezbyt późnym popołudniem. Słońce jeszcze wysoko na niebie i decydujemy, że szkoda czasu, trzeba jechać dalej. Robimy jeszcze jakieś 300km, z czego ostatnie kilkadziesiąt już po ciemku szukając noclegu. W końcu znajdujemy obiecująco wyglądający motel z restauracją. Obsługa nie chodzi w żadnym języku poza tureckim – w takim przypadku najlepszą metodą okazuje się używanie swojego ojczystego języka z całą jego kwiecistością i dostępną gamą słów powszechnie uznawanych za obelżywe, byle tylko przy okazji ładnie się uśmiechać. My, klnąc na czym świat stoi uśmiechamy się do nich, oni używając zapewne podobnych form leksykalnych uśmiechają się do nas i w końcu pokazując sobie na palcach kwoty dochodzimy do porozumienia i dostajemy klucze do dwóch dwuosobowych pokoi. Okazuje się, że są to jedyne dwa pokoje wyposażone w pojedyncze łóżka. We wszystkich innych są duże łóżka typu małżeńskiego, wszystkie obite bordowym pluszem, przyozdobione błyszczącymi cekinami. Dopełnieniem wystroju każdego pokoju są czerwone lampki zapalane z oddzielnego klawisza. Full romantik! No cóż, mieliśmy już w Turcji nocleg w domu pielgrzyma, dwa lata temu nocowaliśmy w prywatnej kaplicy a także w hotelu, w którym z dbałości o naszą moralność nie pozwolono nam spać z bratem w jednym pokoju, a tym razem najwyraźniej trafiliśmy do domu schadzek :).<br />
Właścicielom tego przybytku najwyraźniej nie jest obce twierdzenie, że przez żołądek do serca, bo oprócz romantycznej atmosfery w pokojach zadbali również o dobrze zaopatrzoną restaurację. Tu znowu zaczyna się scena lingwistyki stosowanej:<br />
- Szef, chcemy coś zjeść (uśmiech)<br />
- Bu yüzden bugün güzel bir hava var (szeroki uśmiech)<br />
- Taaak, dokładnie, mięsa byśmy chcieli, sałatki i coś do picia (jeszcze szerszy uśmiech)<br />
- Biz ziyaret çok güzel, serin mat makine (jeszcze bardziej szerszy uśmiech)<br />
I tak sobie uprzejmie konwersując podchodzimy w końcu do przeszklonej lodówki pełnej rozmaitych dań. Pokazuję na apetycznie wyglądające szaszłyki:<br />
- To chcemy, 4 razy (jeden palec w kierunku na szaszłyki, cztery palce drugiej ręki do góry i bardzo szeroki uśmiech)<br />
- Yes, yes – kelner wspina się na wyżyny swojej znajomości języków obcych – it is meeeee, meeeeee – pokazuje palcem na ‘moje’ szaszłyki a potem na kolejne kawałki mięsa i wyjaśnia dalej – it is beeee, beee, kokokooo<br />
I już wiemy co baraninka, co cielęcinka a co drób :)<br />
- Meeee, meeee is perfect (kciuk do góry, szeroki uśmiech), cztery razy (cztery palce w górę, uśmiech), cztery salad i cztery ayran.<br />
- Meee, meee, ok, salad ok, ayran ok! (bardzo szeroki uśmiech)<br />
Jak widać w podróży można się dogadać na każdy temat nie znając języka, wystarczy tylko odrobina dobrych chęci i odpowiednia motywacja – np. w postaci pustego żołądka :).<br />
Rano dokonujemy szybkiego serwisu szczepanowego valca polegającego na parkingowej wymianie alternatora (Szczepan przewidując problemy zabrał ten ‘drobiazg’ ze sobą jako część zamienną) i ruszamy w kierunku na Stambuł, gdzie docieramy wczesnym popołudniem. Przejazd motocyklami w ciągu dnia przez tą metropolię można zaliczyć bez wątpienia do sportów ekstremalnych – do obejrzenia w zakładce <a href="http://cruiserowcy.com/filmy/">filmy</a>. Za Stambułem zatrzymujemy się dla chwili oddechu na stacji benzynowej i trafiamy na motocyklową obstawę premiera Erdogana. Sympatyczne chłopaki dosiadają BMW …. i widać, że mają te sprzęty perfekcyjnie ogarnięte. Jadą właśnie odebrać swojego szefa chyba gdzieś z okolicy granicy Turecko-Bułgarskiej &#8211; świadczą o tym uzbrojone patrole rozstawione gęsto wzdłuż całej drogi do Edirne, dokąd bez przeszkód wkrótce docieramy.</p>
<p><a href="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/DSC_3435.jpg" rel="lightbox[1523]" title="Gruzja 2014"><img class="alignleft size-full wp-image-1660" alt="DSC_3435" src="http://cruiserowcy.com/wp-content/uploads/2014/09/DSC_3435.jpg" /></a></p>
<p><strong>Obstawa premiera Erdogana</strong></p>
<p>Przekraczając granicę od strony Tureckiej widać przepaść między wschodnimi rubieżami Unii Europejskiej, a Imperium Osmańskim. Po prostu wstyd, że ten śmietnik jest wizytówką Europy, zwłaszcza w porównaniu z wielkim i nowoczesnym terminalem po stronie tureckiej. Pełni dziadostwa tego przejścia dopełnia jeszcze konieczność przejazdu przez śmierdzący czymś w stylu wody brzozowej natrysk tzw. ‘dezynfekcji’, za którą w dodatku pobierane są opłaty. Motocykle na szczęście są z tych opłat zwolnione co nie zmienia faktu, że pobieranie myta za coś takiego od kogokolwiek jest jakąś gigantyczną pomyłką. Jeżdżąc od lat na Wschód mamy już za sobą wiele granic i tylko tutaj ten relikt komunizmu ma się ciągle dobrze. Ciekawe jak długo jeszcze…?<br />
Tego dnia pomimo deszczu, który łapie nas zaraz za granicą dajemy radę dociągnąć do miejscowości Nova Zagora. Bułgaria sprawia generalnie trochę przygnebiające wrażenie, jakby pomimo członkostwa w UE czas zatrzymał się tutaj w miejscu. Bieda i bylejakość wyłazi z każdego kąta i żaden z nas nie pali się do noclegu na dziko. Na szczęście z końcem języka za przewodnika udaje nam się w końcu znaleźć sympatyczny hotelik z kawałkiem zamkniętego terenu dla motocykli. W nocy budzą nas krzyki. Tylko o co chodzi? Czyżbyśmy zaczęli nagle rozumieć po bułgarsku?! Nie, to nasz rodak drze się wniebogłosy, a z tych wrzasków wynika, że ów inteligentny inaczej osobnik przyjechał do Bułgarii z kieszeniami wypełnionymi gotówką, żeby zakupić tu okazyjnie samochód z drugiej ręki. Jak się okazało owa ‘życiowa okazja’ w postaci silnych Bułgarów wywiozła go gdzieś za miasto, spuściła łomot, zabrała kasę, dokumenty i telefon i wyrzuciła z samochodu pod drzwiami naszego hotelu. Biorąc pod uwagę wybitny wprost geniusz tego biedaka istnieje duże prawdopodobieństwo, że zechciałby wciągnąć w kabałę napotkanych rodaków, także przezornie nie ujawniamy swojej obecności i cicho siedzimy w pokoju.<br />
Rano wyjadamy resztkę zapasów i wyruszamy w kierunku Rumunii. Mamy plan, żeby minąć Bukareszt obwodnicą i przejechać słynną Transalpinę. Niestety wkrótce po przejechaniu granicy łapie nas taka ulewa, że o jakimkolwiek lataniu po winklach można zapomnieć. Dodatkowo w potokach wody przegapiamy zjazd i zamiast obwodnicą ciśniemy przez samo centrum rumuńskiej stolicy. Ulewa towarzyszy nam jeszcze przez blisko 100km za Bukaresztem, ale w końcu pogoda się poprawia i pomimo, że Transalpina została gdzieś z boku i tak mamy dużą frajdę z jazdy piękną, krętą trasą widokową wzdłuż rzeki Olt. Rumunia w odróżnieniu od Bułgarii bardzo wyraźnie zyskała na członkostwie w Unii. Jakość dróg jest bardzo dobra, dłuższy odcinek pokonujemy nowiutką autostradą i pod wieczór docieramy w okolice Oradei. Nocleg znajdujemy na bardzo przyzwoitym kempingu, ale decydujemy się jednak na wynajęcie domku, a nie spanie w namiotach bo po pierwsze musimy się dosuszyć, a po drugie rano możemy szybciej się zwinąć w dalszą drogę tym bardziej, że zapasów już nie mamy,a śniadania na kempingu zjeść nie ma gdzie.<br />
Kolejny dzień to dla odmiany trasa, trasa, trasa…., której nie ma sensu opisywać w detalach. Jeżdżący na motocyklach i tak wiedzą na czym polega przyjemność pokonywania kolejnych kilometrów, a ci niejeżdżący zanim zrozumieją, to zanudzą się na śmierć i przestaną czytać. Na drodze tej ma miejsce zapowiadany już wcześniej zabawny epizod z rumuńskim sprzedawcą mioteł udającym Meksykanina. Na jednym z postojów podjeżdża do nas wóz drabiniasty przykryty brezentową budą i wyładowany miotłami. Powozi nim opalony chłopina prezentujący w uśmiechu rząd złotych zębów i zaczyna przy użyciu trzech hiszpańskich słów na krzyż ściemniać, że pochodzi z Meksyku i w Rumunii jest tylko przejazdem. Najwyraźniej chętnie by nam sprzedał po miotle, ale niestety jego pech polega na tym, że całkiem przypadkowo posługuję się językiem hiszpańskim dosyć swobodnie, więc demaskuję gościa w 10 sekund, chociaż image faktycznie ma meksykański i być może udaje mu się nabierać zachodnich turystów i jakimś cudem na ten bajer wciskać im do niczego niepotrzebne miotły. Prawdę mówiąc dość ciekawy pomysł na marketing – jaki związek mogą mieć meksykańskie miotły z Rumunią?!<br />
Docieramy do regionu Tokaju, gdzie Gadżet wrzuca w nawigację opcję ‘drogi kręte’ i pomimo nieco deszczowej pogody mamy sporo frajdy z jazdy dobrymi, krętymi drogami tego słynnego regionu winiarskiego i nawet nie zauważamy, a już znajdujemy się na Słowacji. Stąd już tylko rzut beretem i nasze swojskie Bieszczady witają nas nieprzebranym tłumem turystów (jakiś długi weekend czy co?), a niedługo potem przyjazna wszystkim normalnym ludziom, a zwłaszcza motocyklistom, <a href="http://www.motocyklemwbieszczady.pl">Bieszczadzka Przystań Motocyklowa</a> wita nas pierwszorzędnym bimberkiem przywiezionym przez jednego z przebywających tam gości. Następnego dnia Szczepan planuje skoro świt wyruszyć w kierunku Żyrardowa na wesele szwagra, więc jego możliwości świętowania udanego powrotu do kraju są mocno ograniczone, natomiast my we trzech spokojnie oddajemy się degustacji napojów kojąco-rozweselających.</p>
<h2>EPILOG:</h2>
<p>Z samego rana skoro świt około południa ugoszczeni wspaniałym bieszczadzkim śniadankiem zbieramy się do Warszawy. Szkoda nam, że nasza tegoroczna przygoda już się kończy, więc Gadżet znowu sięga do swojej cudownej, wszystkomającej nawigacji i z wypróbowaną już opcją ‘drogi kręte’ dojazd do domu zamiast normalnych powiedzmy 5-6 godzin zajmuje nam dobrze ponad osiem. Przy okazji mamy okazję przekonać się jak fajne drogi i krajobrazy czekają na turystę w Polsce, jeśli tylko odważy się zjechać z głównych szlaków. O dziwo większość tych lokalnych dróg, pomimo że wąskich, jest zaskakująco dobrej jakości i daje sporo frajdy z jazdy. Zawsze twierdziłem, że nawigacja na motocyklu to nieporozumienie, ale ten wyjazd sprawił, że zmieniłem zdanie. Pod jednym wszakże warunkiem – nawigacja musi posiadać opcję ‘drogi kręte’. Tymczasem docieramy do Warszawy i w głowach zaczyna nam już kiełkować pomysł na kolejną wyprawę za rok. Do zobaczenia na trasie i lewa w górę!</p>
<p><strong><a href="http://cruiserowcy.com/galerie/?album=13&amp;gallery=19">Obejrzyj galerię</a></strong></p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://cruiserowcy.com/gruzja-2014/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
