Berlin 2011

Berlin (czerwiec 2011)

Wielkie plany związane z wyjazdem na Krym musiałem niestety odłożyć na inną okazję. Małżonka Droga będą przy nadziei, pomimo wcześniejszej zgody, stanęła okoniem kilka dni przed wyjazdem, i nie było faken opcji żeby jakoś temu zaradzić. Uparła się wykorzystując to, że nie mogłem Jej denerwować, tym samym musiałem skapitulować po tym jak wywrzeszczała:  Masz być pod ręką a nie włóczyć się gdzieś po Stepach Akermańskich! No z ciężarna dyskusji nie ma.

Tak czy siak nie było opcji, gdzieś pojechać musiałem, bo to właściwie ostatni rok kiedy będzie względny spokój i w ogóle dam radę polatać. Później pojawi się Jerz, a tym samym embargo na wszelakie włóczenie będzie jeszcze bardziej restrykcyjne. Zaczęło się urabianie Małżonki, tym samym dostałem pozwoleństwo na oddalenie się, jednak tak abym w miarę szybko mógł pojawić się z powrotem. Generalnie, nie mówiąc zbyt wiele o kierunku planowanego wyjazdu, postanowiłem odwiedzić Berlin, zwłaszcza, że trafiła się okazja z fajną miejscówką do kimania.

Dzień 0

Pakowanie gratów trwa chwilę. Właściwie w kufrze ląduje to co niezbędne; kosmetyczka, cywilne ciuchy na zmianę, kondom, biała szybka i tyle. Więcej nie trzeba, w razie W jest karta a to co do motocykla niezbędne jest w schowku cały czasy. Dodatkowo chowam db killery, bo gdzieś tam słyszałem, że Faszyści potrafią się czepić zbyt głośnego sprzęta.

Dzień 1

Poranek dnia pierwszego, to akurat czas kiedy Ekipa Krymska podnosi swe zwłoki  z wieczornej libacji, i po wydmuchaniu 0.00 ma udać się w swoją długaśną podróż. Ja, wg planu, mam lecieć do Poznania, przekimać u Ziomka, po czym z rana zawinąć się na Berlin. Prognozy wskazują, że będzie padać. No nic, jakoś mnie to nie dziwi.

Grodzisk-Poznań

Schodzę do garażu, ładuję na Gienka kufer, starter, strzał i… nie bangla. Noż k*rwa, myślę sobie, co jest?! To samo co przed wyjazdem na zamki? Chwila spokoju i… No tak, akcesoryjne klamki. Przełączam na pozycję 4, strzał i zagadał. Teraz niecałe 300 km drogi. Wyjazd z garażu i po chwili lecę w kierunku Błonia.  Pogoda jest piękna, słoneczko, zero wiatru, no bajecznie. Postanawiam, ze polecę starą trasą, czyli na Kutno-Koło, i dopiero tam zjadę na A2. Do Kutna droga przebiega bezproblemowo, no może z jednym małym wyjątkiem. Dzień wcześniej odebrałem Gienka z serwisu, dostał nowe klocki, sintery, więc nie miałem pojęcia jak mogą się zachowywać. Co dohamowanie, to świerszcz, i tak przez kilkanaście kilometrów. Zjazd na pobocze i słucha. No piec pracuje pięknie, tyle mogłem stwierdzić. Coś tam popatrzyłem, pomacałem, pokopałem, no wsio ok. Chwilę później zatrzymał się ziomek na Małym Bandziorze. Chwilę pogadaliśmy, po czym padło pytanie: Jakie klocki? Ech, no i sprawa się wyjaśniła. Mogłem lecieć dalej bez stresu, choć dźwięk wnerwiał niemożebnie. Jedna rzecz, którą zaobserwowałem, każdy kierowca puszki robił mi margines, podobnie zresztą kierowcy ciągników i ciężarówek, tym samym dojechałem do Kutna w ciągu niecałej godziny, włączając w to postój na poboczu. Tutaj musiałem zdecydować, ładować się na autostradę już teraz i lecieć na Piątek czy jednak, wg planu, na Koło. Wybrałem drugą opcję, droga prosta, niezły asfalt ale jednak nieco więcej urozmaicenia niż autostradą.  Generalnie bez przygód, raz jeden mignął fotoradar i tyle.

Poznań – Świecko

Do rogatek Poznania dotarłem po trochę ponad dwóch godzinach jazdy, w międzyczasie robiąc szybkie tankowanie, bo jednak od wjazdu na autostradę zrobił się ogromny wir w baku. No i decyzja, Berlin czy jednak Poznań, w którym musiałbym czekać na kumpla minimum do 16.30, czyli jakieś 2-3 godziny, bo ten był w fabryce. No kompletnie bez sensu, decyzja prosta – Berlin. Droga do Nowego Tomyśla była szybka, nad wyraz, choć zanotowałem ze zdziwieniem, że obok przeleciał ziomek na przecinaku. Właściwie tylko śmignął. W Nowym Tomyślu kosmos, remonty, wahadła, no padaka komunikacyjna. Pchałem się jak mogłem, ale zmęczenie było maksymalne, nic fajnego kiedy pobocze ma szerokość pudełka od zapałek i nawet jeśli ktoś by chciał, to nie ma jak zrobić marginesu. Do tego co chwilę karmniki, i to ustawione tak, że wszystkie w plecy. W końcu nie strzymałem, bo ciągłe zwalnianie zaczęło mnie wnerwiać, i podczas ostatniego tankowania w Polsce, w Torzymiu, nieco zmodyfikowałem ułożenie blachy. Do granicy droga przebiegała już bez problemów i nawet w miarę szybko.

Świecko – Berlin

Na samej granicy konieczny był krótki postój, założenie db killerów było konieczne jeśli nie chciałem zaliczyć jakiegoś mandatu. Otwieram schowek, wyjmuję db illery, szukam klucza i… Niespodziewajka, nie zabrałem imbusów. Na całe szczęście na parkingu przy granicy stało kilka autek, klucze mieli dostępne w zestawie typu scyzoryk.  10 minut i mogę jechać dalej. Kilkanaście km za granicą uświadamiam sobie, że tak nie do końca wiem jak się kierować, zwłaszcza, że poinformowany byłem, że dojazd jest jakoś naokoło, a nie jak do Berlina. No i co? Postój na poboczu, nawigacja, wbijam miejsce docelowe i? Nie ma. Noż ku*wa, jak mam w Berlinie znaleźć tę ulicę, ba! Jak mam tam dojechać? Kombinuję jak mogę i nic. Wreszcie postanowiłem wpisać nie „Strasse” a „StraSe”, z tym ichnim dziwnym S. Poszło! No nie ma to jak Nokia Navi.

Jakieś 50 km przed czuję ten typowy przed lunięciem deszczu zapach ozonu. Bardzo szybki zjazd na pobocze, zwłaszcza, że widzę rozjazd z wiaduktem. Zatrzymuję się pod nim i chwilę później zaczyna padać. Szybko zakładam kondom i w drogę. Dojeżdżam do granicy zupełnie bezproblemowo, do tego przestaje padać i wychodzi słoneczko. Zjazd na pobocze, akurat w miejscu, w którym widać lądujące samoloty. No może nie tak blisko jak te na Okęciu, ale i tak jest fajnie i głośno. Szybko zdejmuję kondom, stoję tak sobie kilka minut i orientuję się, że od momentu wyjazdu z domu do chwili tego postoju minęło niewiele ponad 5 godzin.

Berlin

Przeżyłem szok wjeżdżając do Berlina. Niesamowita infrastruktura, kierowcy uprzejmi, spokojni, ustępujący miejsca. Właściwie skorzystałem z ich uprzejmości raz jeden, później wolałem już nie, ponieważ zaobserwowałem zachowanie motocyklistów-autochtonów. Nikt się nie pchał po linii, uznałem zatem, że nie wolno, a nie, że panowie czują przed tym jakiś lęk. Do tego wizja mandatu skutecznie pohamowała moje zapędy do szybszej jazdy. Jak wspomniałem, kultura na drodze ogromna, do tego pierwszeństwo ma pedał, zawsze, ale to zawsze, nawet przed pieszym. Masa ścieżek rowerowych, przejść dla pieszych, wydzielonych pasów, no generalnie tak wszystko opisane i wykonane, że nawet człowiek obcy bez problemu się w tym połapie. Na miejsce dojechałem kilkanaście minut później. I kolejny szok, ale to SZOK. Pod blokiem stoi masa rowerów, motocykli i skuterów. I nie chodzi mi tutaj o ilość tego dobra, która wręcz przytłaczała, ale o to, że ani jeden nie jest przypięty czy jakkolwiek inaczej zabezpieczony. I nie to, że stały same strucle i paździerze, nie. Większość to piękne sprzęty, właściwie salonówki. Znalazło się również kilka perełek, jak choćby leciwy, choć nieco podniszczony Kawasaki GT 550. I teraz mam zagwozdkę, przypiąć czy nie przypiąć, założyć pokrowiec czy nie założyć? Koniec końców postawiłem pod znakiem, założyłem pokrowiec, alarm i przypiąłem łańcuchem. Przypału nie było, zarówno alarm jak i łańcuch ładnie schowały się pod pokrowcem. Tym oto sposobem, w jakieś 6 h pokonałem trasę ponad 550 km. Teraz miałem kilka dni na zwiedzanie.

Dni 2-3

Czułem się nieswojo w cywilnych ciuchach. Generalnie dwa dni zwiedzania miasta, właściwie po zakątkach Berlina Wschodniego i Centrum. Różnorodność kulturowa, rasowa i swoisty podział miasta na niezależne byty wywołują szok, czegoś takiego nie ma chyba nigdzie indziej. Pewne jest jedno, Adolf w grobie się przewraca. Klimat fantastyczny, do tego uliczne kafejki, pełen luz mieszkańców, no klimat niecodzienny i niespotykany u nas. A nocne włóczenie się po ulicach Berlina Wschodniego na długo zapadną mi w pamięci.

Zafascynowała mnie komunikacja w mieście, właściwie wszystko pod ręką, no nieprzyzwyczajony jest człowiek i jednak dociera do jego świadomości, że 50 lat pod rządami ZSRR zrobiło swoje. Nie ma co dużo gadać, było fajnie; zobaczyłem co zobaczyć chciałem, sporo się dowiedziałem, ale jednak klimaty wschodnie bardziej mi odpowiadają, pomimo tej naszej polsko-słowiańskiej siermiężności .

Dzień 4, powrót

Berlin – Poznań  

Pobudka, śniadanie, pakowanie. Generalnie przed 12.00 jestem gotowy do jazdy, pogoda nie zapowiada się zbyt dobrze. Motocykl znalazłem w miejscu, w którym zostawiłem go na cały czas pobytu, ale zdziwienie. Wyciągam telefon, włączam navi i… „masz nieodebrane połączenie”. Patrzę, Asia dzwoniła. Noż kurde, zawsze dzwoni na prywatny tym razem na służbowy. Sprawdzam czy połączenie było na drugim telefonie, no nie było. Czyli sytuacja nie jest awaryjna, jednak oddzwaniam i: Gdzie jesteś?! Włączyła się automatyczna sekretarka gadająca po germańsku. No i sprawa się rypła, no tego nie wziąłem pod uwagę, no słowem – lipa. Powiedziałem prawdę, a jak! Jestem za granicą, ale za chwile będę już w Polsce. Zapytałem czy wszystko ok., i kiedy usłyszałem potwierdzenie od nadal wnerwionej, ale już nieco bardziej uspokojonej Małżonki, jakoś załagodziłem sytuację po czym wsiadłem na motocykl i się zawinąłem.

Jazda przez miasto nadal sprawiała frajdę, chwile później wyskoczyłem na autostradę. Paliwa miałem na styk, więc nie szarżowałem, bo ceny paliw były kosmiczne, do tego jedyna stacja była jakieś 50 km przed granicą. Do granicy dotarłem spokojnie, bezproblemowo. Później czekała mnie jazda do Nowego Tomyśla, nawet kawałkiem jeszcze budowanej autostrady. Zdziwiłem się ponieważ było w miarę pusto, leciało się spokojnie. Zjazd na tankowanie zaliczyłem dopiero w miejscowości, w której tankowałem ostatnio, czyli spalanie przy bajtowej jeździe wyszło niecałe 6 l/100. Szok! Później podłączyłem się pod motocyklistę na kredensie, który leciał lekko 160 km/h, do tego pięknie sprzęt ogarniał. Było fajnie i miło, dopóki na poboczu nie zobaczyłem pary motocyklistów. No nic, zwolniłem, podjechałem i pytam co jest, czy wsio ok. No ok., ale kolega właśnie wyłapał combo, bo prędkość i podwójna zostały uwiecznione na wideło. No nic, wiedziałem już czego mam unikać i że jednak trzeba patrzeć w lusterka.

Poznań – Grodzisk.

Przed Poznaniem dopadł mnie deszcz, na szczęście byłem tuż przed bramkami, więc szybki zjazd, kondom na siebie i jazda dalej. Tym razem, ze względu na pogodę, leciałem bezpośrednio na Stryków, trasa spokojna i bezproblemowa. Ze Strykowa na Łowicz, niestety w dość uciążliwym deszczu, do tego ruch się znacznie wzmożył. Wszyscy jednak motocykl przepuszczali, dzięki czemu w Łowiczu pojawiłem się jakieś 30 minut później. Trasa do Grodziska była już prosta i spokojna. Do garażu zjechałem po ponad siedmiu, a właściwie blisko ośmiu godzinach jazdy. Od Małżonki zebrałem opier jak rzadko, ale i tak warto było.

Cała trasa, to trochę ponad 1100 km. Do tego przejechana bezawaryjnie. No i wreszcie klocki przestały działać mi na nerwy.

Wiewiór